|

-------------------------------------------------------------------------------------
• tapety na pulpit •
dla Webmastera •
banery • rozrywka •
gry • SMS •
• Wyślij E-Kartkę •
Wyślij kwiaty •
blogi •
konkurs •
FORUM •
konta •

Nasz Dziennik / wiara.pl, 22.02.2008.
Współcześni męczennicy
Przez wschodnie rubieże Indii co jakiś czas przelewa się fala przemocy. Hinduscy
nacjonaliści napadają i równają z ziemią wioski zamieszkałe przez chrześcijan -
donosi Nasz Dziennik.
Ci ostatni, wypędzeni ze swoich domów i pozbawieni środków do życia, aby
przetrwać, częstokroć zmuszeni są do plądrowania pól i okradania sklepów.
Spirala nienawiści nakręca się, a rozwiązania nie widać. Dlaczego żyjące do tej
pory w pokoju społeczności zapałały do siebie nienawiścią? Dlaczego doszło to
rozlewu krwi między wyznawcami religii, u których podstaw leży miłość bliźniego?
Wynika to z faktu istnienia pewnych potężnych sił, którym zależy na trwaniu tego
konfliktu, a nawet jego eskalacji.
Setki rodzin z region Orissa leżącego na dalekim wschodzie Indii nadal pozostają
bez domów, pozbawione jakiegokolwiek wsparcia w wyniku fali przemocy, jaka w
ostatnim miesiącu przetoczyła się przez ten region. Chrześcijanie z dystryktu
Kandhamal, w większości będący członkami niewielkich plemion i należący do
jednej z najniższych kast zwanej Dalitami, stali się ostatnio celem radykalnych
hinduskich organizacji nacjonalistycznych. Ich działania w ostatnim czasie
sprowadzają się do prób zlikwidowania Kościoła katolickiego w regionie, a także
zdławienia wszelkich form jego aktywności. Zarzuty te odrzucają jednak hinduscy
bojówkarze, którzy twierdzą, że przemoc jest konsekwencją lokalnych porachunków
i nie ma nic wspólnego z obecnością katolików w regionie. Od kiedy napięcia
zaczęły wzrastać, cały obszar został objęty ścisłą obserwacją sił rządowych, a w
nocy wprowadzono godzinę policyjną. Teren objęto także całkowitym zakazem wstępu
dla zagranicznych dziennikarzy.
Ojciec Ravi Samasundar, stojąc pośród zgliszczy swojego kościoła w mieście
Bamunigan, powiedział: "Przynieśli olej i naftę. Po środku świątyni ułożyli stos
ze wszystkiego, co znaleźli w jej wnętrzu, a potem to podpalili. Zniszczyli
wszystko albo ukradli". W tym opuszczonym regionie, położonym daleko, w
wysokogórskich lasach ten sam wzór postępowania powtarza się raz za razem.
Kościoły są plądrowane, całe wioski palone, a ich mieszkańcy zmuszani do
uciekania w głąb lasu. Zapoczątkowane w Wigilię akty przemocy obecnie straciły
nieco na sile, jednak fatalne położenie ludności nie ulega poprawie. Wielu
prześladowanych chrześcijan żyje obecnie w ruinach swoich spalonych domostw, bez
najbardziej podstawowych środków do życia. Zdobycie tych ostatnich graniczy z
cudem, gdyż cały dobytek został skradziony lub spłonął.
"Ostatnie wydarzenia pogłębiły tylko konflikt pomiędzy hindusami a
chrześcijanami i zwiększyły niechęć wzajemną różnych plemion. Wszyscy ponoszą
część odpowiedzialności za to, co się stało, wszyscy cierpieli" - czytamy w
relacji dziennikarzy BBC. Tymczasem w rzeczywistości wina chrześcijan nie jest
wcale taka oczywista. Konflikt wydaje się mieć ewidentnie podłoże czysto
ideologiczne, natomiast jednostronnych aktów przemocy dopuszczali się (i nadal
to czynią) jedynie hinduscy nacjonaliści. Można zadać sobie pytanie, czy lata
relatywnie spokojnej koegzystencji tych społeczności, żyjących kruchym rolniczym
życiem, zostały zniweczone. Czy też jest jeszcze możliwa stabilizacja wzajemnych
relacji?
Chrześcijanie winą za swój los obarczają zaciekle jadowitą, antychrześcijańską
retorykę hinduskich nacjonalistów, a w szczególności czczonego przez lokalnych
hindusów niczym świętego Lakhanananda Saraswati'ego. Ojciec Samasundar unosi
się, gdy tylko słyszy to nazwisko. - Saraswati złorzeczy wszystkim
chrześcijanom, złorzeczy księżom i zakonnicom - mówi duchowny.
Hinduscy aktywiści oskarżają wierzących w Chrystusa o eskalowanie konfliktu
przez zgłaszanie nierozumnych żądań. Mają przez to na myśli próby składania
wniosków o przyznanie takich samych praw do pracy i edukacji dla najniższych
klas społeczeństwa i grup plemiennych. Lokalne gazety, które całkowicie
spoczywają w rękach hinduskich ekstremistów, napisały, że żadne polityczne
organizacje nie mają nic wspólnego z zaistniałymi problemami, lecz jest to tylko
i wyłącznie kwestia socjologiczna. Jedna z takich gazet na pierwszej stronie
oskarża "Synów Jezusa" o ataki na społeczność Hindusów. Możemy w niej znaleźć
reportaż z "brutalnego napadu" na ich "świętego" przywódcę Saraswati'ego,
dokonanego przez "bandę chrześcijan". Oczywiście cały artykuł jest z gruntu
fałszywy. Został spreparowany tylko i wyłącznie w celu wywołania jeszcze
większej niechęci do chrześcijan. Jeśli chodzi o dialog między religiami, to na
tym terenie jest on praktycznie niemożliwy. Dopuszcza się bowiem tylko i
wyłącznie nawrócenia na hinduizm.
Chrześcijanie wypędzani ze swoich domostw często łączą się w liczne grupy, które
w poszukiwaniu pożywienia plądrują pola, wioski czy sklepy. Takie zachowania
sprawiają, że winą obarcza się na równi hindusów i chrześcijan, nie patrząc na
to, co tak naprawdę leży u podstaw powstania i działania tzw. chrześcijańskich
band. Obie strony, które w wyniku zajść straciły mieszkania i dobytek, nie mogą
liczyć na żadną formę pomocy ze strony rządu. Kilka namiotów, plastikowych
nakryć, trochę jedzenia i naczynia do gotowania - to wszystko, co były w stanie
zaproponować poszkodowanym państwowe służby. Rządzący nie silą się nawet na
stworzenie w regionie trwałego podłoża, na którym można by budować stabilizację.
Przedstawiciel rządu przybył, odwiedził wprawdzie zwaśnione tereny, złożył wiele
obietnic najbardziej potrzebującym, jednak nie był w stanie zaproponować
jakiegoś długodystansowego, konstruktywnego rozwiązania. Rządzący swoją niechęć
do pomocy poszkodowanym argumentują tym, że pomoc dla jednej ze społeczności
może popchnąć drugą do kolejnych aktów przemocy.
Nieść pomoc próbują jednakże chrześcijańskie organizacje i kościoły z większych
miejscowości. - Te walki prowadzi się w imię religii - mówi pracownik
międzynarodowego stowarzyszenia organizacji pozarządowych NGO. - Jednak jego
prawdziwe motywy mają charakter ekonomiczny i polityczny - dodaje.
Przedstawiciele lokalnego biznesu, posiadający niejasne powiązania z bojówkami
nacjonalistycznymi, objęli teren prawie całkowitą kontrolą. Swoje przemożne
wpływy uzyskali dzięki udzielaniu Dalitom pożyczki na bardzo wysoki procent.
Często wartości te osiągały poziom 120 proc. w skali roku. Dłużnicy niebędący w
stanie spłacić kredytów musieli sprzedawać swoje farmy za ułamek ich
rzeczywistej wartości. W ten sposób większa część ziem trafiła pod kontrolę
lokalnych "biznesmenów", wraz z zamieszkującą ją rodziną. W ten sposób ludność
stawała się niewolnikami i nawet przez pokolenia musiała spłacać zaciągnięty
dług.
Obecnie najbardziej ubogim farmerom organizacje zrzeszone przy NGO pomagają w
otrzymywaniu kredytów w legalnych bankach, przy oprocentowaniu ok. 10 procent.
Dzięki temu relatywnie szybko mogą oni spłacić swoje zadłużenie i w ten sposób
stać się znów wolnymi ludźmi. Taki rozwój sytuacji jest bardzo nie na rękę
lokalnym lichwiarzom. Toteż pod płaszczykiem konfliktu religijnego usiłują
przerwać wszelkie próby uniezależniania się farmerów. Wykorzystując bojówki, na
nowo pozbawiają najbiedniejszych tego, co udało im się zgromadzić. W ten sposób
starają się skłonić ich do ponownego zapożyczania się i na nowo całkowicie od
siebie uzależnić.
W ten perfidny sposób wykorzystuje się religię do realizacji celów ekonomicznych
niektórych grup. Podsycając nienawiść do chrześcijaństwa, próbuje się odzyskać
kontrolę nad regionem. Lecz najsmutniejsze w tym procederze jest to, że przelewa
się w nim krew najmniej winnych.

• więcej aktualności
Więcej aktualności...
• archiwum
aktualności
• skrzynka
intencji
• zamów
Mszę Świętą
• ofiara on-line
|