|

-------------------------------------------------------------------------------------
• tapety na pulpit •
dla Webmastera •
banery • rozrywka •
gry • SMS •
• Wyślij E-Kartkę •
Wyślij kwiaty •
blogi •
konkurs •
FORUM •
konta •

wiara.pl/KAI, 5.03.2008.
Kard. Glemp: Nie widzę w Polsce kryzysu duchowego
Prymas Polski w rozmowie z KAI mówi, ze choć w Episkopacie nie ma tak wielkich
autorytetów jak ongiś, to sytuacja ta ma dobre strony, gdyż doskonalone są formy
kolegialnej współpracy.
Opowiada także o sposobie w jaki Jan Paweł II troszczył się o Kościół w Polsce,
nie udzielając nigdy bezpośrednich rad Episkopatowi. Ujawnia wreszcie, że
zaledwie kilkunastu kapłanów można uznać za poważnych współpracowników
komunistycznej SB, a wśród nich nie ma żadnego z biskupów. Mówi o
zmniejszających się praktykach religijnych w naszym kraju, czemu towarzyszy
jednak pogłębienie życia duchowego.
Publikujemy cały tekst rozmowy KAI z kardynałem Józefem Glempem, Prymasem
Polski:
KAI: Od ponad roku Ksiądz Prymas nie jest już arcybiskupem metropolitą
warszawskim – jest Prymasem Polski. Jak można najkrócej zdefiniować funkcję
Prymasa w obecnej rzeczywistości. Jakie są jego obowiązki i zakres działań?
- Teraz następuje okres wypracowania nowej formuły sprawowania posługi Prymasa.
Za wcześnie na precyzyjne definicje. Nic na ten temat nie mówi statut
Konferencji Episkopatu ani inne dokumenty.
Najogólniej rzecz biorąc, Prymas to swego rodzaju zwornik Kościoła w Polsce.
Będzie on zawsze duchowym punktem odniesienia. Polska nie jest wyjątkiem. W
Ameryce Łacińskiej czy w niektórych krajach Europy obserwujemy pewien nawrót do
tej funkcji. Wszystkie inne stanowiska kościelne mają charakter kadencyjny.
Prymas zapewne będzie przewodniczył publicznym uroczystościom liturgicznym,
odbywającym się z jego udziałem. Sprawować też będzie duchową opiekę nad
Polonią. Będzie też autorytetem rozstrzygającym różne spory wewnątrz Kościoła.
KAI: Ksiądz Prymas wybrał na obecną rezydencję Wilanów. Czy ze względu na
świątynię Opatrzności Bożej?
- To zupełny przypadek. Akurat tutaj znalazło się wolne miejsce. Oczywiście,
nadal będę wspierać budowę świątyni Opatrzności. Wiosną budowa powinna ruszyć z
nowym impetem. 1 czerwca odbędzie się ogólnopolska zbiórka na ten cel. Pragnę
zaproponować Episkopatowi, aby świątynia Opatrzności nosiła imię Maryi, a jej
święto patronalne przypadało 12 września, w rocznicę odsieczy wiedeńskiej.
KAI: Czemu obecnie Ksiądz Prymas poświęca najwięcej czasu?
- Mam bardzo dużo zajęć. Zdrowie mi wciąż służy, a abp Nycz jest na tyle
życzliwy, że na wiele mi pozwala. Biorę udział w pastoralnym życiu
archidiecezji. Ciągle jestem zapraszany w różne miejsca Polski i poza Polskę.
KAI: Za półtora roku Prymasami Polski będą kolejni metropolici gnieźnieńscy. Czy
Gniezno dostanie też purpurę kardynalską?
- W historii bywało, że arcybiskup gnieźnieński nie otrzymywał kapelusza
kardynalskiego. Jednak na znak wyjątkowej godności przysługują mu purpurowe
szaty. W przyszłości Gniezno z pewnością stanie się metropolią kardynalską.
KAI: Czy mógłby Ksiądz Prymas odnieść się do opinii wielu publicystów, że
Kościół w Polsce po śmierci Jana Pawła II jest rozproszony i brak w nim
autorytetów czy przywódcy...
- Po takich indywidualnościach jak kard. Stefan Wyszyński czy Jan Paweł II nie
można oczekiwać, żeby pojawił się ktoś z podobnym charyzmatem. Drugi taki dąb
natychmiast nie wyrośnie. Teraz mamy ludzi, którzy idą do Winnicy Pańskiej jako
słudzy, a nie charyzmatyczni przywódcy. Nie umniejsza to ich rzetelnej,
organicznej pracy.
Istnieje grupa publicystów, którzy wieszczą kryzys w Kościele, sprowadzający się
rzekomo do braku silnych autorytetów wśród biskupów. Takie ujęcie świadczy o
nieznajomości istoty pracy Kościoła. Kościół stoi nie na „autorytetach”, ale na
Jezusie Chrystusie.
Brak tak silnych osobowości i autorytetów jest obecnie rekompensowany
doskonaleniem kolegialnej pracy całego Episkopatu. To nowy etap, który – ufam –
przynieść może wiele dobra.
Kościół w Polsce stara się odpowiadać na wszystkie wyzwania, jakie przed nim
stoją. Owszem, pojawia się tendencja rosnącego zeświecczania społeczeństwa,
czemu towarzyszy ubytek liczby wiernych. Nie możemy jednak nie dostrzegać
pogłębienia wiary. Rozwinęły się uczelnie katolickie, liczba studentów jest
duża. Mamy czasopisma i media katolickie nie gorsze niż w innych krajach.
Natomiast w mediach publicznych mamy poważnie myślących katolików, którzy
starają się rzetelnie informować o Kościele.
KAI: Jedną w wielkich wartości w Polsce jest masowa religijność. Jednak – jak
pokazują socjologowie – rysują się pewne niebezpieczne rysy. Maleje religijność
młodzieży, spadają powołania kapłańskie i zakonne. W 2007 roku do furty
seminariów zapukało o 24 proc. mniej młodych niż rok wcześniej. Co zrobić, aby
temu zapobiec?
- Owszem, zmniejszyła się ilość praktykujących. Towarzyszy temu jednak
pogłębienie życia religijnego, szczególnie wśród tych, którzy są członkami
ruchów. Więcej też wiernych przystępuje do sakramentów. Może więc odnajdziemy
pewne nowe formy religijności, podobnie jak dzieje się to w krajach, które
dotknęła znacznie silniejsza niż u nas fala laicyzacji.
Jeśli chodzi o powołania, to nie formułowałbym specjalnych obaw. Zmniejszenie
ilości wstępujących do seminariów ma z pewnością wiele przyczyn zewnętrznych.
Polska wchodzi w kryzys demograficzny. Tak samo mniej jest chętnych do wojska.
Na razie ilość kandydatów do kapłaństwa jest wystarczająca. Problem tkwi gdzie
indziej. Należy troszczyć się nie tyle o ilość, co o jakość powołań. Cieszę się,
że dziś do seminariów przychodzą ludzie nie tylko z wiosek, ale i z miast,
często już uformowani np. przez ruchy religijne. Coraz więcej jest też powołań
wśród tych, co ukończyli studia uniwersyteckie. Nie widzę w Polsce kryzysu
duchowego, który można by ująć w kategoriach zjawiska społecznego.
Problemem jest co innego. Największym wyzwaniem na dziś jest relatywizm moralny.
Przejawia się on w tym, że człowiek usiłuje zastąpić Boga w decydowaniu o tym,
co jest dobre a co złe. Stają przed nami zupełnie nowe wyzwania, choćby w
dziedzinie bioetyki. Musimy znaleźć odpowiedni język, aby ludziom wytłumaczyć,
dlaczego nie sposób godzić się na te wszystkie eksperymenty. Wyzwania - w epoce
relatywizmu – stają się coraz bardziej subtelne.
KAI: Minęło ćwierćwiecze od kiedy Eminencja został wybrany do Kolegium
Kardynalskiego. Przez ten czas Ksiądz Kardynał – niezależnie od pasterzowania
Kościołowi w Polsce – uczestniczył w istotnych wydarzeniach Kościoła
Powszechnego. Które z nich były najważniejsze dla Eminencji?
Kard. Józef Glemp: Jeśli chodzi o Kolegium Kardynalskie, to chyba najważniejsze
było dla mnie kilkakrotne uczestnictwo w Synodach Biskupów, związane też z
możliwością przewodniczenia niektórym obradom. Miałem okazję do poznania
Kościoła powszechnego w skali świata i uświadomienia sobie najważniejszych
wyzwań przed nim stojących.
Drugim – powiedziałbym szczególnie cennym i ożywczym - wątkiem mojej pracy jako
kardynała były częste spotkania i rozmowy z Janem Pawłem II. Rozmawiałem z nim
za każdym razem, kiedy jako przewodniczący Episkopatu bywałem w Rzymie. Bardzo
istotna dla mnie była możliwość towarzyszenia Ojcu Świętemu w Polsce, a także
podczas innych jego pielgrzymek zagranicznych. Z Janem Pawłem II byłem w Paryżu,
we Włoszech, w Hiszpanii, w Kanadzie, w krajach bałtyckich, na Węgrzech, na
Słowacji i na Ukrainie.
Tak bezpośredni kontakt był dla mnie nie tylko ogromnym przeżyciem, ale i
materiałem do przemyśleń.
Innym niezapomnianym przeżyciem były dla mnie Światowe Dni Młodzieży. Był to
żywioł, ale dobrze zorganizowany i pełen entuzjazmu. Jan Paweł II nigdy nie
ograniczał tej spontaniczności, jaką młodzież okazywała.
Bardzo przeżyłem udział w Konklawe po śmierci Jana Pawła II. Był to ważny czas
refleksji, w jakim kierunku powinien teraz pójść Kościół.
KAI: Ksiądz Prymas mówi jak ważne były dlań spotkania z Janem Pawłem II. Jakie
miejsce Kościół z Polski zajmował przez te 27 lat w myśleniu i działaniu Jana
Pawła II? Czy Papież udzielał szczególnych rad Księdzu Prymasowi?
- Jan Paweł II czuł się pasterzem całego Kościoła. Jeśli mówił o sprawach
polskich, to zawsze ukazywał je z tej właśnie perspektywy. Oczywiście, Polskę
miał na uwadze w sposób szczególny ze względu na miłość, sentyment, a także
znajomość różnych szczegółów. Jednak na Kościół w Polsce patrzył przez pryzmat
Kościoła powszechnego.
W rozmowie ze mną czy z Radą Stałą naszego Episkopatu nigdy nie udzielał
bezpośrednich wskazówek czy poleceń. Zawsze podkreślał, że to Episkopat jest
odpowiedzialny za Kościół na swojej ziemi. Nigdy nie słyszałem poleceń, wskazań
czy ukierunkowań ze strony Ojca Świętego. Pozostawiał nam, jako Episkopatowi,
pełną odpowiedzialność za nasze kolegialne działanie oraz za konkretne wybory i
decyzje. Owszem, przy wizytach „ad limina” oficjalne przemówienia Ojca Świętego
przyjmowaliśmy jako programowe wskazania.
Ojciec Święty bardzo chętnie słuchał. Jeżeli my, biskupi, coś od niego
przyjmowaliśmy, to raczej jako przykład pewnej jego postawy. Wnioskowaliśmy z
tego, czy sprawa, którą omawialiśmy, raduje go czy zasmuca, bądź też sprawia
ból.
Zachęcał nas, abyśmy rozeznawali najlepszą drogę na modlitwie w Duchu Świętym.
Przypominał nam, że jako biskupi z Polski winniśmy być obdarzeni charyzmatem
pracy na tym terenie. Kiedy mowa była o Polsce, to często podkreślał nasze
zobowiązania wobec innych krajów, szczególnie krajów sąsiednich, w sensie
apostolstwa czy pomocy w ewangelizacji.
KAI: A w najtrudniejszych momentach, takich jak np. ogłoszenie stanu wojennego?
Czy istniała wtedy „gorąca linia” z Janem Pawłem II i możliwość konsultacji
działań?
- W pierwszym momencie nie było bezpośredniego kontaktu. Mój telefon był
wyłączony, tak samo jak wszystkie telefony w Polsce. Była to więc łączność
modlitewna. Bardzo nas podtrzymywała świadomość, że Jan Paweł II otacza modlitwą
wszystko, co się dzieje w Polsce.
Możliwość konsultowania czegokolwiek pojawiła się w kilka dni później, kiedy abp
Bronisław Dąbrowski mógł udać się do Rzymu. Kiedy i ja się tam w końcu
znalazłem, to miałem wrażenie, że moje relacje były uspokajające dla Ojca
Świętego. Mogłem powiedzieć Janowi Pawłowi II, że Kościół w Polsce wypełnia
swoje zadania, biskupi i kapłani żyją i pełnią posługę w zakresie możliwości.
Mówiłem o uwięzionych i internowanych działaczach „Solidarności”, ale też o tym,
że biskupi i księża ich odwiedzają. Przekonywałem Papieża, że stan wojenny –
choć jest bardzo trudnym doświadczeniem – nie jest ciosem, który śmiertelnie
zranił Polskę.
Wcześniej – z powodu oddalenia – Jan Paweł II przejmował się znacznie bardziej
od nas w kraju. Cierpiał, patrząc na to z daleka.
KAI: Ksiądz Kardynał przeprowadził Kościół w Polsce przez jedną z najbardziej
burzliwych epok. Totalitaryzm, odejście komunizmu, budowa nowego modelu
obecności Kościoła w świecie wolności i demokracji. Jakie momenty były
najtrudniejsze?
- Najtrudniejszy był początek stanu wojennego. Gen. Jaruzelski przysłał do mnie
swoich przedstawicieli zaledwie na pół godziny przed jego ogłoszeniem. Od
początku miałem jednak przekonanie, że jest to czas przejściowy. Zresztą,
baliśmy się nie tylko my, ale i władza. Oni bali się rozlewu krwi. Ja też byłem
przekonany, że nie można podjąć bezpośredniej walki.
Jednak pacyfikacja kopalni „Wujek” postawiła to wszystko pod znakiem zapytania.
Nie wiedzieliśmy, czy był to wypadek, czy zmiana strategii władzy - ku rozlewowi
krwi.
Otuchy dodawało to, co się działo w obozach internowania. Nieraz były to piękne
rekolekcje. Rzadko widziałem tak wiele modlitwy czy nawróceń. To była druga
strona medalu, o której nie można zapominać.
Innym bardzo trudnym momentem było zamordowanie ks. Jerzego Popiełuszki.
KAI: A czy dziś Ksiądz Prymas potrafi udzielić jednoznacznej odpowiedzi,
dlaczego został on zamordowany?
- Trudno znaleźć głębsze, polityczne racje tego mordu. Są różne teorie na ten
temat. Najbardziej bliska jest mi ta, która mówi o rozłamie w samej partii. Być
może była to próba wytrącenia władzy z rąk Jaruzelskiego. Drugi możliwy czynnik
to osobista nienawiść Piotrowskiego do ks. Jerzego. Ta psychologiczna racja jest
dość przekonywająca.
Dlatego – znając narastające napięcie wokół ks. Jerzego i kolejne prowokacje ze
strony służb - za wszelką cenę chciałem go bronić i ocalić życie. Ks. Jerzy
jednak był tak zaangażowany, że trudno było mu postawić tamę. Uwierzył w
„Solidarność” jako ruch wyzwalający, przeniknięty Ewangelią. Stąd tak silne jego
przylgnięcie do idei „solidarności”.
KAI: Po pewnym czasie Ksiądz Prymas rozpoczął w diecezji proces beatyfikacyjny
kapłana. Od kiedy towarzyszyła Księdzu Kardynałowi świadomość, że był on
człowiekiem świętym?
- Świadomość ta przyszła później. Nie przeszkadzałem jednak, kiedy po śmierci
ks. Jerzego pani Walentynowicz zaczęła zbierać podpisy pod wnioskiem o
rozpoczęcie procesu.
Jednak chcąc być w zgodzie z prawem kanonicznym, nie chciałem zbyt szybko
rozpoczynać procesu. Najpierw obserwowałem stosunek wiernych po śmierci. Jedyną
podstawą umożliwiająca rozpoczęcie procesu jest autentyczny kult prywatny
wiernych.
KAI: Proces beatyfikacyjny ks. Jerzego prowadzony jest na szczeblu Kongregacji
ds. Kanonizacyjnych. Kiedy zostanie ogłoszony błogosławionym?
- Nie wiem. Być może świadomość, że w Polsce odnajdują się nieznane wcześniej
dokumenty zachęca Kongregację do czekania. Niewykluczone, że jakieś nowe
dokumenty jeszcze się znajdą: w Polsce bądź poza jej granicami.... Ks. Jerzy
zginął z rąk systemu, który miał szerszy zasięg.
KAI: A kiedy nastąpił przełom okrągłego stołu. Czy Ksiądz Prymas miał wrażenie,
że to już upadek komunizmu?
- Bynajmniej. W większości panowało przekonanie, że komunizm trwać będzie
znacznie dłużej. Nie oznaczało to jednak braku wiary w jego powolny upadek.
Żyliśmy nadzieją na możliwość rozszerzania sfery wolności w ramach systemu.
Kiedy rozpoczynały się obrady „Okrągłego Stołu”, to towarzyszyło nam poczucie,
że jest to taki krok naprzód.
KAI: Czy obradom w Magdalence towarzyszył jakiś nieformalny układ, o którym
mówią dziś krytycy Trzeciej R.P.?
- Mogę z całą powagą powiedzieć, że przy „Okrągłym Stole” nie było żadnego
układu z komunistami. Był to sposób na pokojową zmianę ustroju. Taką miałem
świadomość. Trudno było się w to nie zaangażować. Dlatego Kościół oddelegował
dwóch obserwatorów: ks. Alojzego Orszulika i ks. Bronisława Dembowskiego.
KAI: Przejdźmy nieco do przodu. Czy dla Księdza Prymasa nie był zaskoczeniem tak
silna krytyka Kościoła, jaka nastąpiła zaraz po 1989 r.? Konfrontacja z nowymi
formami laicyzmu?
- Zaskoczeniem była także postawa pewnych ośrodków emigracyjnych, Wolnej Europy
nie wykluczając. Była to krytyka Kościoła jako „ ciemnogrodu”, który nie chce
uznać zasad demokracji. Nasiliła się ona szczególnie po wizycie Jana Pawła II w
czerwcu 1991 r.
Jednak nie przywiązywałbym do tego zbyt dużego znaczenia. Mimo krytyk, Kościół
zachował autorytet. W pewnym sensie krytyki te nam pomogły. Wypracowaliśmy
silniejszą jedność w Episkopacie. Skoncentrowaliśmy się na zreformowaniu
struktur Kościoła w Polsce, tak aby lepiej służyły pracy duszpasterskiej. Ciągle
też uczyliśmy się, w jaki sposób Kościół powinien być obecny w tych nowych
warunkach.
KAI: Czy ta jedność Episkopatu trwa do dziś?
- Nie może trwać, gdyż ludzie się zmieniają. Zmienił się nie tylko
przewodniczący, ale i skład wielu komisji czy zespołów. To normalny proces.
Obecnie jest większy wachlarz poglądów i zapatrywań. Różnice wśród biskupów
powoduje ocena Radia Maryja, a jest to ośrodek bardzo głośny, który odpowiada
wielu katolikom.
KAI: To skąd problemy?
- Problem w tym, że między o. Rydzykiem a przedstawicielami Episkopatu nie ma
dialogu.
To nas boli, choć nie usiłujemy tego rozwiązywać w sposób administracyjny.
Te sprawy powoli dojrzewają. Nie są niebezpieczne w sensie jakiejś schizmy.
KAI: A czy nowy prowincjał redemptorystów zdoła coś zmienić?
- Nie mam takiej nadziei. Aby coś się zmieniło, musiałyby nastąpić bardziej
zdecydowane działania ze strony Episkopatu. Zresztą, Jan Paweł II ciągle
podkreślał, że to Episkopat jest odpowiedzialny za jedność Kościoła. A do Radia
Maryja apelował: Musicie być w jedności z Episkopatem!
KAI: Co sprawia, że w Episkopacie nie ma jedności wokół tej sprawy?
- Wielu biskupów jest ujętych formą, z jaką ten medialny ośrodek zwraca się do
ludzi. Trudno, aby biskup krytykował, kiedy 80 proc. jego diecezjan słucha tego
radia i podziela opinie tam głoszone, także w sferze narodowo-politycznej.
KAI: Kościół w Polsce w ciągu ostatnich lat podjął trud rozliczenia się z
bolesnymi fragmentami własnej przeszłości. Mówię o pracy Kościelnej Komisji
Historycznej i komisji diecezjalnych. Czy ta praca została wykonana z należytą
starannością? Jakie są z niej wnioski?
- Wspaniały przykład rachunku sumienia z win popełnionych przez ludzi Kościoła
dał Jan Paweł II. Nigdy nie należy obawiać się wyznania win, dającego impuls do
nawrócenia.
Zawsze towarzyszyła nam świadomość, że był pewien procent duchownych złamanych
przez totalitaryzm. Jednak to, co się wydarzyło wokół tzw. teczek, było dla nas
zaskoczeniem w niektórych indywidualnych przypadkach.
Pamiętać trzeba, że te dokumenty nie są w pełni wiarygodne. Niemniej, wszystko
to należy traktować jako wezwanie do oczyszczenia. Potrafimy dzięki temu lepiej
spojrzeć na siebie. Skłania to do uznania naszych słabości. Z tego oczyszczenia
Kościół w Polsce wychodzi umocniony.
A inną sprawą jest fakt, że wysunięto na pierwszą linię stan duchowny, dzięki
czemu przed podobną lustracją mogli się ukryć ludzie mediów czy politycy.
KAI: Czy wśród biskupów, których akta przebadała Kościelna Komisja Historyczna
są przypadki poważnej współpracy?
- Nie znam takich przypadków. Jako biskupi dobrze się znamy, znamy szczegóły
naszej pracy i motywy działania. W przypadku żadnego z biskupów nie może być
mowy o jakiejś frontalnej zdradzie. Każdy z nas przeszedł jakieś próby, ubecja
wobec nikogo nie była obojętna. Jedni zdali ten egzamin lepiej, inni gorzej.
Generalnie rzecz biorąc, wśród polskich księży można mówić tylko o kilkunastu
przypadkach pełnej i świadomej współpracy. Myślę o ludziach, którzy poddali się
reżimowi i stali się dlań dyspozycyjni ze szkodą dla Kościoła. W tej liczbie nie
ma żadnego z obecnych biskupów.
KAI: Eminencja przed rokiem bronił abp. Stanisława Wielgusa. Czy to samo Ksiądz
Prymas powtórzyłby dziś?
- Podtrzymuję to stanowisko. A to dlatego, że abp Wielgus został pozbawiony
możliwości obrony. Każdemu oskarżonemu przysługuje adwokat, chociażby z urzędu.
Znamy tylko ułamek akt abp. Wielgusa. Poza zobowiązaniem do współpracy, trudno
znaleźć inne obciążające materiały. A winę, aby ją orzec, trzeba udowodnić. W
przypadku abp. Wielgusa tego nie zrobiono.
KAI: Jak Ksiądz Prymas skomentowałby bolesną sprawę odejścia trzech znanych
kapłanów: Węcławskiego, Bartosia i Obirka? Czy to pewna norma, bo zawsze byli
tacy co odchodzili, czy jakieś szczególne wezwanie do refleksji?
- Odejścia ze stanu duchownego nie są niczym nowym. Zawsze był pewien procent
kapłanów, którzy rezygnowali. Nie wszyscy są w stanie wytrzymać. Trudno się tym
specjalnie gorszyć.
Dziś odejścia te stają się głośne dzięki mediom. Nie jest ich więcej niż przed
laty. Największa fala porzuceń kapłaństwa – tak w Kościele powszechnym, jak i w
Polsce – miała miejsce bezpośrednio po Soborze Watykańskim II.
Rozmawiał: Marcin Przeciszewski

• więcej aktualności
Więcej aktualności...
• archiwum
aktualności
• skrzynka
intencji
• zamów
Mszę Świętą
• ofiara on-line
|