|

-------------------------------------------------------------------------------------
• tapety na pulpit •
dla Webmastera •
banery • rozrywka •
gry • SMS •
• Wyślij E-Kartkę •
Wyślij kwiaty •
blogi •
konkurs •
FORUM •
konta •

Życie Warszawy / wiara.pl, 6.11.2007.
Dlaczego nie wzywamy księdza do chorego?
W polskim społeczeństwie funkcjonuje mit, że istnieje coś takiego jak sakrament
ostatniego namaszczenia. Według badań, to całkowicie błędne przekonanie podziela
ponad 90 proc. polskich katolików! - powiedział w rozmowie z Życiem Warszawy
Marcin Zarzecki, socjolog religii z UKSW.
- Duchowni skarżą się, że są wzywani do umierających coraz później. Skąd się to
bierze?
- W polskim społeczeństwie funkcjonuje mit, że istnieje coś takiego jak
sakrament ostatniego namaszczenia. Według badań, to całkowicie błędne
przekonanie podziela ponad 90 proc. polskich katolików! Tymczasem w Kościele
katolickim takiego sakramentu nie ma, jest tylko sakrament namaszczenia chorych.
Każdy może o niego poprosić swojego duszpasterza, niezależnie od stopnia
choroby. U nas sakrament ten został jednak utożsamiony ze stanem agonii. Dlatego
właśnie księdza wzywa się w ostatnim momencie, gdy przychodzi lekarz i mówi, że
zostało tylko kilka godzin.
Wskutek całkowicie błędnego przekonania istnieje więc obawa przed wzywaniem
księdza do chorego. Kościół co prawda próbuje z tym walczyć, ale przypuszczam,
że jest to walka z wiatrakami. Bo wezwanie księdza stało się w społeczeństwie
najwyższym aktem odwagi, przyznaniem się „Tak, ja niedługo umrę”.
- To nasza polska specyfika...
- Nie. W połowie XIX wieku austro-węgierski lekarz Ignacy Semmelweis badał,
dlaczego gorączka połogowa w Wiedniu zabija tak dużą liczbę kobiet. I zadał
pytanie czy nie jest to psychologiczny efekt wizyt księdza, który przemierzał
cały szpital, dzwoniąc dzwonkiem A więc już wtedy uważano, że ksiądz jest niczym
czarny kruk zwiastujący śmierć. Generalnie w naszej cywilizacji proces chorobowy
oddano specjalistom – lekarzom, a elementy religijne zaniknęły i zaczęły
kojarzyć się właśnie ze śmiercią.
- W jednym z sondaży 30 proc. Polaków przyznało, że nigdy nie myśli o śmierci.
Jak można się nie zastanawiać nad czymś tak podstawowym?
- Jeszcze w XIX wieku ludzie umierali w domach, pośród swojej rodziny, sąsiadów,
przyjaciół. Ale potem, na przełomie XIX i XX wieku śmierć została przeniesiona
do specjalnych obiektów – szpitali. Zapanowało przekonanie, że choć życie
podlega prawom biologii, to za pomocą farmakologii możemy odwlekać moment
śmierci. Terminalnie choremu trudno jest przyznać się przed samym sobą „Ja
niedługo umrę”. Zawsze jest nadzieja – a nuż pojawi się nowy lek Coraz rzadziej
też się zdarza, żeby rodzina obmywała i ubierała zwłoki. Ludzie boją się trupów
i ten obowiązek przerzuca się na wyspecjalizowane firmy.
Proszę też spojrzeć na typy osobowościowe lansowane przez kulturę masową –
reklamy, filmy. Człowiek ma być młody, piękny, zdrowy. Ma się oddawać
konsumpcji, zabawie, kolekcjonować doświadczenia, gromadzić dobra materialne.
Stąd u ludzi wewnętrzne przekonanie, że śmiertelna choroba to rodzaj słabości,
który może wywoływać wstyd, a nawet wstręt i lęk.
- Uważa Pan, że popularność Halloween łączy się z tym współczesnym postrzeganiem
śmierci?
- Za czasów Celtów święto Samhain, z którego wywodzi się Halloween, było świętem
pogodzenia się ze śmiercią, z jej oczywistością. Przebywano cały dzień ze swoimi
zmarłymi, jedzono z nimi, „dyskutowano”. Obecne Halloween nie ma już z tym nic
wspólnego. Opiera się tylko na dobrej zabawie, żarcikach, przebieraniu,
wkładaniu masek. Trzeba być „funny”, „cool”. To jest święto całkowicie świeckie.
- Czy agonia Jana Pawła II, który nie krył się ze swoją słabością i chorobą,
niczego nie zmieniła w postrzeganiu śmierci przez Polaków?
- Kościół rzymskokatolicki chciał „wykorzystać” fakt umierania Jana Pawła II do
zademonstrowania godnej śmierci. To był fenomen nikt dotychczas nie pokazał
czegoś takiego na tak wielką skalę. Wszyscy śledzili to z takim zapałem, że
przez ten okres stali się rzeczywiście bardziej refleksyjni. Zrobiliśmy wtedy w
naszym instytucie badanie na gorąco i okazało się, że był to naprawdę moment
refleksji nad własnym życiem i własną śmiertelnością. Skuteczność tego
oddziaływania była jednak niewielka, trwało to może tydzień.
- Co współcześni polscy katolicy sądzą o życiu po śmierci?
- Od wielu lat widać w badaniach jedną prawidłowość. Więcej ludzi wierzy w
niebo, mniej w piekło. To takie bardzo wygodne. Nasze czyny nie będą podlegać
negatywnej ocenie, ale pozytywnej – jak najbardziej! Ludzie coraz częściej
wybierają sobie z katolicyzmu to, co dla nich wygodne, a resztę odrzucają.
Przeprowadzono niedawno badania wśród młodych polskich katolików z miast. Wierzą
nadal w życie po śmierci, bo nie chcą umrzeć tu i teraz. Ale gdy spytać ich,
jakie będzie to życie po śmierci, to okazuje się, że wyznają koncepcje albo
filozoficzne, albo buddyjskie. Odsetek katolików wierzących w reinkarnację
wynosi w Polsce 17 procent i jest jednym z najwyższych w Europie! Oczywiście ta
reinkarnacja nie jest postrzegana tak jak u hinduistów. Polski „katolik” wierzy,
że w następnym wcieleniu będzie po prostu innym człowiekiem, a nie psem, mrówką
czy słoniem.
rozmawiał Marcin Szymaniak

• więcej aktualności
Więcej aktualności...
• archiwum
aktualności
• skrzynka
intencji
• zamów
Mszę Świętą
• ofiara on-line
|