|
-------------------------------------------------------------------------------------
• tapety na pulpit •
dla Webmastera •
banery • rozrywka •
gry • SMS •
• Wyślij E-Kartkę •
Wyślij kwiaty •
pogoda •
sondy •
konkurs •
Aktualności

Radio Watykańskie, 14-08-2006.
Wywiad Benedykta XVI Chrześcijaństwo nie jest zbiorem zakazów, ale
czymś pozytywnym. Mogliśmy usłyszeć bardzo wiele na temat tego, czego nie wolno,
teraz trzeba powiedzieć: mamy coś pozytywnego do zaproponowania - mówi Benedykt
XVI w rozmowie z dziennikarzami niemieckich stacji telewizyjnych i Radia
Watykańskiego. Benedykt XVI zachęca do odkrywanie w świecie „Boga o ludzkim
obliczu”. Papież mówi o rzeczach fundamentalnych dla Kościoła i świata. Z
drugiej strony ukazuje pewne aspekty swej osobowości, których wcześniej nie
można było tak łatwo dostrzec. Wyznaje, jak ważną rzeczą w pełnieniu jego
„męczącej posługi” jest „dostrzegania także zabawnej strony życia, i nie
traktowania siebie z nadmierną powagą”.
We wrześniu Wasza Świątobliwość odwiedzi Niemcy, czy precyzyjniej mówiąc,
Bawarię. „Papież tęskni za swoją Ojczyną” - mówili prowadząc przygotowania
papiescy współpracownicy. Jakie tematy Ojciec Święty podejmie w trakcie swej
wizyty; czy koncepcja „ojczyzny” należy do wartości, które Wasza Świątobliwość
zechce zaproponować w sposób szczególny?
Oczywiście. Powodem podróży jest to, że właśnie ja, jeszcze raz chciałem
zobaczyć miejsca i ludzi, wśród których rosłem, którzy mnie naznaczyli i
ukształtowali moje życie. Chcę podziękować tym osobom. Także przekazać
przesłanie, które wykracza poza moją ziemię, co jest konsekwencją mojej posługi.
Tematy po prostu wskazały mi uroczystości liturgiczne. Tematem fundamentalnym
jest to, że my musimy odkryć Boga, i to nie jakiegoś tam Boga, ale Boga o
ludzkim obliczu, ponieważ kiedy widzimy Jezusa Chrystusa, dostrzegamy Boga.
Zaczynając od tego, musimy odnaleźć drogi, by spotkać się ze sobą w rodzinach,
między pokoleniami, a następnie między kulturami i narodami; odnaleźć drogi
pojednania i pokojowego współistnienia w tym świecie oraz drogi prowadzące ku
przyszłości. Tych dróg w przyszłość nie odkryjemy, jeśli nie otrzymamy światła z
góry. Nie wybrałem więc jakichś konkretnych tematów; mogę powiedzieć, że
liturgia jest przewodniczką w głoszeniu fundamentalnego przesłania wiary,
wpisującego się oczywiście w aktualną sytuację, w której przede wszystkim
pragniemy poszukiwać współpracy między narodami i możliwych dróg prowadzących do
pojednania i pokoju.
Jako papież, odpowiada Ojciec Święty za Kościół na całym świecie. Jednak w
sposób naturalny ta pielgrzymka skupia uwagę także na aktualnej sytuacji
katolików w Niemczech. Obserwatorzy zgodni są, że obecnie panuje dobra
atmosfera, także dzięki wyborowi Ojca Świętego. Stare problemy jednak pozostały,
choćby dla przykładu: coraz mniej ludzi praktykuje, jest coraz mniej chrztów, a
przede wszystkim Kościół wywiera coraz mniejszy wpływ na życie społeczne. Jak
Wasza Świątobliwość ocenia aktualną sytuację Kościoła katolickiego w Niemczech?
Powiedziałbym przede wszystkim, że Niemcy należą do Zachodu, nawet jeśli z
charakterystycznym dla siebie kolorytem. A w dzisiejszym świecie zachodnim
przeżywamy falę oświeceniowego radykalizmu czy też laickości, jakkolwiek byśmy
to nazwali. Wierzyć jest coraz trudniej, ponieważ świat, w którym żyjemy jest
całkowicie dziełem naszych rąk i w nim - można powiedzieć - Bóg, nie jawi się
już w sposób bezpośredni. Nie pijemy ze źródła, lecz z naczynia, który dostajemy
już napełnione, itd. Ludzie stworzyli sobie sami swój świat i znalezienie w nim
Boga staje się coraz trudniejsze. Nie jest to tylko charakterystyka Niemiec, ale
coś, z czym mamy do czynienia na całym świecie, a szczególnie w świecie
zachodnim. Z drugiej strony Zachód jest dziś obecnie mocno doświadczany przez
inne kultury, w których pierwotny element religijny jest bardzo silny i są one
przerażone oziębłością, jaką napotykają na Zachodzie w stosunku do Boga. Ta
obecność sacrum w innych kulturach, nawet jeśli zagadkowa na wiele sposobów,
ponownie dotyka świat zachodni, dotyka nas, którzy znajdujemy się na
skrzyżowaniu wielu kultur. Także z głębi człowieka na Zachodzie i w Niemczech
wznosi się ponownie wołanie o coś „większego”. Widzimy, że młodzież poszukuje
tego „więcej”, widzimy, że w pewien sposób – jak to się mówi – fenomen religijny
powraca, nawet jeśli chodzi o niezbyt określone poszukiwania. Jednak w tym
wszystkim Kościół jest na nowo obecny, jako odpowiedź oferuje się wiarę. Myślę,
że ta wizyta, tak samo jak ta w Kolonii, jest okazją do tego, by pokazać jak
piękną rzeczą jest wierzyć, że radość wielkiej powszechnej wspólnoty posiada moc
pociągającą, że za nią kryje się coś ważnego, że wraz z nowymi ruchami
poszukiwawczymi otwierają się nowe możliwości wiary, które zbliżają jednych do
drugich i są czymś pozytywnym także dla społeczeństwa jako całości.
W ubiegłym roku Wasza Świątobliwość spotkał się z młodzieżą w Kolonii. Jestem
przekonany, że Ojciec Święty doświadczył tam, iż młodzież jest gotowa i otwarta,
także papież został tam bardzo dobrze przyjęty. Czy podczas tej zbliżającej się
podróży znajdzie się specjalne przesłanie dla młodych?
Przede wszystkim powiedziałbym, że bardzo się cieszę, iż są młodzi, którzy chcą
się spotykać, razem przeżywać wiarę i zrobić coś dobrego. Otwartość młodzieży na
dobro jest bardzo silna, wystarczy choćby pomyśleć o różnych formach
wolontariatu. Zaangażowanie w to, by osobiście odpowiedzieć na potrzeby tego
świata jest rzeczą naprawdę wielką. Pierwszym impulsem może więc być zachęta:
Róbcie tak dalej! Szukajcie okazji do czynienia dobra! Świat potrzebuje waszej
chęci pomocy, potrzebuje tego zaangażowania! Następne, szczególne słowo mogłoby
być takie: odwaga podejmowania ostatecznych decyzji! Młodzi są bardzo hojni,
jednak kiedy się podejmuje ryzyko decyzji na całe życie, czy to małżeństwa czy
kapłaństwa, odczuwa się lęk. Świat jest wciąż w dramatycznym ruchu: teraz mogę
stale dysponować moim całym życiem z jego niespodziankami: czy podejmując
ostateczną decyzję nie wiążę przypadkiem mojej wolności, czy nie pozbawiam się
swobody decyzji? Obudzenie odwagi śmiałego podejmowania definitywnych decyzji,
które w rzeczywistości są jedynymi umożliwiającymi rozwój, kroczenie do przodu i
osiągnięcie w życiu czegoś wielkiego, tylko i wyłącznie to nie niszczy naszej
wolności, ale nadaje jej odpowiedni kierunek w przestrzeni. Zaryzykować ten,
można powiedzieć, skok w ostateczność i dzięki temu otrzymać pełnię życia; to
jest to, co z radością chciałbym przekazać.
Ojcze Święty, pytanie dotyczące polityki zagranicznej. Nadzieje na przywrócenie
pokoju na Bliskim Wschodzie w ostatnich tygodniach znacznie się zmniejszyły.
Jaką rolę w rozwiązaniu tej sytuacji może odegrać Stolica Apostolska? W jaki
sposób Wasza Świątobliwość osobiście może wpłynąć na rozwój sytuacji na Bliskim
Wschodzie?
Oczywiście nie mamy politycznych możliwości ani nie chcemy dla siebie żadnej
władzy politycznej. Pragniemy jednak zaapelować do chrześcijan i do wszystkich,
którzy liczą się w jakiejś mierze ze słowami Stolicy Świętej, o zmobilizowanie
wszelkich sił uznających, że wojna jest dla każdego najgorszym rozwiązaniem.
Nikomu nie przynosi nic dobrego, nawet pozornym zwycięzcom. Wiemy o tym bardzo
dobrze w Europie po dwóch wojnach światowych. Tym, czego wszyscy potrzebują,
jest pokój. Istnieje silna wspólnota chrześcijańska w Libanie, są chrześcijanie
wśród Arabów, nie brakuje ich w Izraelu. A chrześcijanie z całego świata
angażują się na rzecz tych drogich nam krajów. Istnieją siły moralne, które
gotowe są dać do zrozumienia, iż jedynym rozwiązaniem jest to, że musimy żyć
razem. Te siły pragniemy zmobilizować. Politycy muszą znaleźć drogi, by
nastąpiło to jak najprędzej, a przede wszystkim w sposób trwały.
Jako biskup Rzymu jest Wasza Świątobliwość następcą św. Piotra. Jak posługa
Piotrowa powinna wyglądać w dzisiejszych czasach, jak wygląda relacja między
zasadą kolegialności a prymatem Piotrowym?
Istnieje tu oczywiście pewne napięcie, ale i równowaga. I tak powinno być.
Różnorodność i jedność powinny wciąż odnawiać wzajemne odniesienie, a to musi
znajdować wciąż na nowo odzwierciedlenie w zmieniających się warunkach świata.
Obecnie mamy do czynienia z nową „polifonią kultur”, w której Europa nie gra już
pierwszych skrzypiec, ale wspólnoty chrześcijan różnych kontynentów zdobywają
swoje własne miejsce i nabierają własnych barw. Musimy wciąż na nowo uczyć się
tej fuzji różnych składników. W tym celu rozwinęliśmy różne rodzaje narzędzi;
tak zwane wizyty „ad limina” biskupów, które zawsze istniały, a teraz są lepiej
wykorzystywane, by naprawdę spotkać się ze wszystkimi instancjami Stolicy
Świętej, a także ze mną. Ja osobiście rozmawiam z każdym biskupem. Rozmawiałem
już prawie ze wszystkimi biskupami Afryki i z wieloma biskupami Azji. Teraz
przybędzie Europa Środkowa, Niemcy, Szwajcaria. Myślę, że w tych spotkaniach, w
których centrum w szczerej wymianie myśli styka się z peryferiami, rozwija się
owa właściwa relacja wzajemna, dająca się opisać pojęciem „zrównoważonego
napięcia”. Mamy też inne narzędzia, jak synod, konsystorz, których zamierzam
regularnie używać, i które pragnąłbym jeszcze rozwinąć. Chodzi o to, by nawet
bez narzucania reżimu obrad można było razem przedyskutować aktualne problemy,
poszukać rozwiązań. Z jednej strony wiemy, że papież żadną miarą nie jest jakimś
monarchą absolutnym, ale powinien – jak się to mówi – uosabiać ogół złączony w
słuchaniu Chrystusa. Tym niemniej istnieje świadomość, że potrzeba instancji
jednoczącej, która zarazem zapewniłaby niezależność od sił politycznych, i że
„chrześcijańskość” nie powinna zbytnio utożsamiać się z narodowością. Chodzi o
tę właśnie świadomość, która czuje potrzebę instancji wyższego rzędu tworzącej
jedność w dynamicznej integracji całości, a z drugiej strony przyjmuje i wspiera
różnorodność. Ta świadomość jest niezwykle silna. Dlatego sądzę, że naprawdę
istnieje głębokie wewnętrzne przekonanie do posługi Piotrowej, które wyraża się
w pragnieniu dalszego jej rozwoju tak, aby odpowiedzieć zarówno na wolę Bożą,
jak i na potrzeby czasów.
Niemcy jako ojczyzna Reformacji są w sposób oczywisty szczególnie naznaczone
relacjami międzywyznaniowymi. Odniesienia ekumeniczne to rzeczywistość
delikatna, napotykająca coraz to nowe trudności. Jakie Wasza Świątobliwość widzi
możliwości, gdy chodzi o polepszenie stosunków z Kościołem ewangelickim, albo
jakie trudności widzi na tej drodze?
Może warto zwrócić przede wszystkim uwagę na to, że Kościół ewangelicki
reprezentuje znaczącą różnorodność. W Niemczech mamy, jeśli się nie mylę, trzy
większe wspólnoty: luterańską, reformowaną i Unię Pruską. Ponadto powstają
liczne tak zwane wolne Kościoły, a w obrębie Kościoła tradycyjnego ruchy takie,
jak „Kościół Wyznawców”, itd. Chodzi więc o pewną wielokształtną rzeczywistość,
z którą powinniśmy rozpocząć dialog w poszukiwaniu jedności z szacunkiem dla
wielości opinii i z którą chcemy współpracować. Myślę, że pierwszą rzeczą do
zrobienia jest to, byśmy w naszym społeczeństwie wszyscy razem zatroszczyli się
o przejrzystość najważniejszych zasad etycznych, o to by je określić i
wprowadzić w życie. W ten sposób uda się zapewnić etyczną spoistość
społeczeństwu, bez której nie da się zrealizować ostatecznego celu polityki, to
znaczy sprawiedliwości dla wszystkich, pomyślnego współistnienia i pokoju.
Myślę, że w tym kierunku już wiele się dzieje, że już znajdujemy się naprawdę
razem na wspólnym fundamencie chrześcijaństwa wobec wielkich wyzwań moralnych.
Oczywiście chodzi też o świadczenie o Bogu w świecie, który ma trudność w
odnalezieniu Go, jak o tym już była mowa; o ukazywanie Boga w ludzkim obliczu
Chrystusa; o zapewnienie ludziom dostępu do tych źródeł, bez których moralność
jałowieje i traci punkt odniesienia; o dawanie radości, bo przecież nie żyjemy
sami na tym świecie. Tylko w ten sposób rodzi się radość z wielkości człowieka,
który nie jest jakimś „bublem procesu ewolucji”, ale obrazem Boga. Musimy
działać na tych dwóch, jak by to rzec, płaszczyznach: tej dotyczącej wielkich
odniesień etycznych i tej, która ukazuje – poczynając i kierunkując się ku owym
wartościom – obecność Boga, i to konkretnego Boga. Jeśli tego dokonamy i przede
wszystkim jeśli we wszystkich naszych środowiskach postaramy się uniknąć
przeżywania wiary na sposób partykularny, odnosząc się do jej najgłębszych
podstaw, wówczas być może nie dojdziemy tak szybko do zewnętrznych oznak
jedności, jednak będziemy dojrzewać do jedności wewnętrznej, która z czasem –
jeśli Bóg zechce – doprowadzi także do widzialnego zjednoczenia.
Przejdźmy do tematu rodziny. Ostatnio Wasza Świątobliwość uczestniczył w
Światowym Spotkaniu Rodzin w Walencji. Kto uważnie słuchał, zauważył że ani razu
Ojciec Święty nie użył terminu „małżeństwo homoseksualne”, nie mówił też o
aborcji czy antykoncepcji. Obserwatorzy powiedzieli sobie: jest to coś niezwykle
ciekawego! Widocznie jego zamiarem jest głoszenie wiary, a nie jeżdżenie po
świecie jako „apostoł moralności”. Czy Wasza Świątobliwość może to skomentować?
Oczywiście, że tak. Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że w obu wypadkach
miałem na każde wystąpienie po dwadzieścia minut. I jeśli ktoś ma do dyspozycji
tak mało czasu, nie może zaczynać od mówienia NIE. Przede wszystkim trzeba
wiedzieć, czego naprawdę chcemy, czyż nie? Chrześcijaństwo, katolicyzm nie są
zbiorem zakazów, ale czymś pozytywnym. Ważne jest dostrzeżenie tego na nowo,
ponieważ ta świadomość dzisiaj prawie zupełnie zaginęła. Mogliśmy usłyszeć
bardzo wiele na temat tego, czego nie wolno, teraz trzeba powiedzieć: ależ my
mamy coś pozytywnego do zaproponowania, że kobieta i mężczyzna stworzeni są
jedno dla drugiego. Że hierarchia: seksualność, eros i agape wskazuje wymiary
miłości i że na tym najpierw buduje się małżeństwo jako spotkanie mężczyzny i
kobiety pełne szczęścia i błogosławieństwa, a następnie rodzinę, która
gwarantuje kontynuację między pokoleniami, w której poszczególne pokolenia
jednają się między sobą i gdzie mogą spotykać się także kultury. Przede
wszystkim należy wskazać to, czego pragniemy. W drugim rzędzie następnie można
zobaczyć, dlaczego pewnych rzeczy nie chcemy. Trzeba dostrzec i zastanowić się
nad tym, że nie jest katolickim wynalazkiem to, iż mężczyzna i kobieta są
stworzeni dla siebie nawzajem, by ludzkość mogła dalej żyć: wiedzą o tym
wszystkie kultury. Jeśli chodzi o aborcję, dotyczy ona nie szóstego, ale piątego
przykazania: „Nie zabijaj!”. To musimy uznać za oczywiste i zawsze musimy
powtarzać: osoba ludzka powstaje w matczynym łonie i jest nią aż do ostatniego
tchnienia. Człowiek zawsze musi być szanowany jako człowiek. To staje się
bardziej zrozumiałe, jeśli wcześniej wskaże się to, co pozytywne.
To pytanie nawiązuje w jakiś sposób do wcześniejszego. Na całym świecie wierzący
oczekują od Kościoła odpowiedzi na najpilniejsze globalne problemy jak AIDS czy
przeludnienie. Dlaczego Kościół katolicki kładzie nacisk na moralność zamiast
podjąć konkretne próby rozwiązania kluczowych problemów ludzkości, jak to się
dzieje chociażby na kontynencie afrykańskim?
Tak, to jest problem: czy naprawdę tak wielki nacisk kładziemy na moralność?
Powiedziałbym, i jestem tego coraz bardziej pewny po rozmowach z afrykańskimi
biskupami, że sprawie fundamentalnej, jeśli chodzi o postęp na tym polu jest na
imię edukacja, formacja. Postęp może być prawdziwy jedynie wtedy, jeśli służy
ludzkiej osobie, jeśli sam człowiek wzrasta i to nie tylko w sensie wzrostu
możliwości technicznych, ale także w zakresie zdolności moralnych. I myślę, że
prawdziwym problemem w naszej sytuacji historycznej jest brak równowagi między
nieprawdopodobnie szybkim wzrostem naszych możliwości technicznych, a
zdolnościami moralnymi, które nie wzrosły w sposób proporcjonalny. Dlatego
formacja osobowa jest prawdziwą receptą, powiedziałbym kluczem do wszystkiego. I
to także jest naszą drogą. Ta formacja posiada mówiąc pokrótce dwa wymiary.
Przede wszystkim oczywiście musimy się nauczyć, uzyskać wiedzę, zdolność, know
how, jak się to mówi. W tym kierunku Europa, a w ostatnich dziesięcioleciach
także Ameryka uczyniły bardzo wiele i to jest sprawa bardzo ważna. Ale jeśli
szerzy się tylko know how, jeśli się naucza tylko jak budować i używać maszyn,
albo jak korzystać ze środków antykoncepcyjnych, wtedy nie można się dziwić, że
w końcu mamy do czynienia z wojnami czy z epidemią AIDS. Albowiem potrzebujemy
dwóch wymiarów: konieczne jest - jeśli tak mogę powiedzieć - jednoczesne
formowanie serca, przy pomocy którego człowiek zyskuje punkty odniesienia i uczy
się właściwego korzystania z techniki. I właśnie to staramy się robić. W całej
Afryce a także w wielu krajach Azji posiadamy wielką sieć szkół wszelkich
stopni, gdzie przede wszystkim można się czegoś nauczyć, otrzymać prawdziwą
znajomość rzeczy, zawodowe kwalifikacje, a dzięki temu dochodzi się do
niezależności i wolności. I w tych szkołach staramy się właśnie nie tylko
przekazywać know how, ale formować osoby, które pragnęłyby się jednać, które
wiedziałyby jak budować a nie burzyć, które posiadałyby niezbędne punkty
odniesienia by umieć współistnieć. W przeważającej części Afryki relacje
muzułmańsko-chrześcijańskie są wzorowe. Biskupi wraz z muzułmanami utworzyli
wspólne komitety by zobaczyć, jak wprowadzać pokój w sytuacjach konfliktu. A tą
tak ważną sieć szkół doskonalących zawodowo i po ludzku uzupełnia sieć szpitali
i ośrodków opieki, która dociera do nawet najbardziej odległych wiosek. I w
wielu miejscach, także po wszystkich zniszczeniach wojennych, Kościół stanowi
jedyną siłę, która pozostaje nienaruszona. Taka jest rzeczywistość! I tam gdzie
się leczy, także z AIDS, tam z drugiej strony daje się wychowanie, które pomaga
ustanowić właściwe relacje z innymi. Dlatego uważam, że powinno się ukazywać ten
prawdziwy obraz, zamiast wizji wyłącznego rozsiewania wokół zakazów. Właśnie w
Afryce dużo się robi na rzecz integrowania różnych wymiarów formacji, tak aby
stało się możliwe przezwyciężenie przemocy czy epidemii, do których należy
zaliczyć także malarię i gruźlicę.
Ojcze Święty, chrześcijaństwo rozszerzyło się na świecie poczynając od Europy.
Obecnie wielu uważa, że przyszłość Kościoła należy do innych kontynentów, czy to
prawda? Albo innymi słowy, jaka przyszłość czeka chrześcijaństwo w Europie,
gdzie wydaje się ono sprowadzać do prywatnych poglądów wyznawanych przez
mniejszość?
Przede wszystkim chciałbym tu wprowadzić pewien światłocień. Tak naprawdę, jak
wiadomo, chrześcijaństwo wyrosło na Bliskim Wschodzie i przez długi czas jego
główny nurt rozwojowy pozostawał tam rozszerzając się na Azję dużo bardziej niż
myślimy dzisiaj, po zmianach, jakie przyniósł ze sobą islam. Z drugiej strony
właśnie z tego powodu oś chrześcijaństwa wyraźnie się przesunęła ku Zachodowi i
Europie, a Europa – i z tego jesteśmy dumni – wpłynęła następnie na dalszy
rozwój chrześcijaństwa, także w jego wielkich nurtach intelektualnych i
kulturowych. Tym niemniej uważam, że ważne jest pamiętanie o chrześcijanach
Wschodu. Istnieje bowiem ryzyko, że ci, którzy od zawsze byli tam ważną
mniejszością skutecznie wpływającą na otaczający świat, teraz wyemigrują. I to
jest wielkie niebezpieczeństwo, że właśnie te miejsca pochodzenia
chrześcijaństwa zostaną pozbawione chrześcijan. Myślę, że musimy wiele im
pomagać, aby mogli tam pozostać. Ale powróćmy do pytania. Europa stała się
oczywiście centrum chrześcijaństwa i jego ruchu misyjnego. Dzisiaj to inne
kontynenty, inne kultury z podobną siłą budują dzieje świata. W ten sposób
rośnie liczba głosów w Kościele, i dobrze, że tak jest. Dobrze, że mogą
dochodzić do głosu odmienne temperamenty i różne przymioty Afryki, Azji i
Ameryki, w szczególności Ameryki Łacińskiej. Wszystkie te cechy są oczywiście
naznaczone nie tylko słowem chrześcijaństwa, ale także przesłaniem tego świata,
które niesie - także na inne kontynenty – rozdzierającą próbę, jakiej
doświadczyliśmy my sami. Wszyscy biskupi z innych stron świata opowiadają: wciąż
potrzebujemy Europy, nawet jeśli Europa jest tylko jakąś częścią większej
całości. Wciąż na nas spoczywa odpowiedzialność, pochodząca z doświadczenia, z
nauk teologicznych, które tu zostały rozwinięte, z naszego doświadczenia
liturgicznego, naszych tradycji, także z doświadczeń ekumenicznych, jakie
zgromadziliśmy: to wszystko jest bardzo ważne także dla innych kontynentów.
Dlatego nie wolno nam dziś się poddawać, użalając się nad sobą i mówiąc:
jesteśmy tylko mniejszością, starajmy się utrzymać przynajmniej w tej
niewielkiej liczbie; ale powinniśmy zachować żywotny dynamizm, otworzyć się na
wymianę, tak aby z zewnątrz zaczerpnąć nowych sił. Dzisiaj mamy hinduskich i
afrykańskich kapłanów zarówno w Europie jak i w Kanadzie, gdzie wielu księży
afrykańskich pięknie pracuje. To znaczy właśnie dawać i otrzymywać. Ale jeśli w
przyszłości więcej otrzymamy, powinniśmy także nadal z siebie dawać z rosnącą
odwagą i dynamizmem.
Ojcze Święty, ten temat został już poruszony. Nowoczesne społeczeństwa nie
kierują się, jeśli chodzi o ważne decyzje w polityce i nauce, wartościami
chrześcijańskimi, a Kościół, jak wiemy z badań, uważany jest raczej za czynnik
napominający czy wręcz hamujący. Czy Kościół nie powinien wyjść z tych pozycji
obronnych i pozytywniej spojrzeć na siebie i swoją przyszłość?
Powiedziałbym, że naszym zadaniem jest uwypuklenie tego co uważamy za pozytywne.
I to przede wszystkim powinniśmy robić w dialogu z kulturami i religiami,
ponieważ jak to już chyba powiedziałem, kontynent afrykański, dusza afrykańska,
ale także dusza azjatycka, są zmrożone chłodem naszej racjonalności. To ważne by
widziano, że w nas jest coś więcej. I z drugiej strony jest ważne, aby nasz
zlaicyzowany świat zdał sobie sprawę, że chrześcijańska wiara nie jest jakąś
przeszkodą, ale pomostem dialogu z innymi światami. Nie słuszny jest pogląd, że
kultura czysto racjonalna, dzięki swojej tolerancji, ma łatwiejszy przystęp do
innych religii. Brakuje jej w znacznej mierze jakiegoś „narządu religijnego”, a
co za tym idzie punktu zaczepienia, od którego i ku któremu inni chcieliby wejść
w relacje. Dlatego powinniśmy i możemy pokazać, że właśnie dla nowej
międzykulturowości, w jakiej żyjemy czysta racjonalność pozbawiona Boga jest
niewystarczająca. Potrzeba szerszej racjonalności, która widzi Boga w harmonii z
rozumem i która jest świadoma, że chrześcijańska wiara rozwinięta w Europie
stanowi także środek jednoczący rozum i kulturę dla zintegrowania ich również z
działaniem w jednolitej i zrozumiałej wizji. W tym znaczeniu myślę, że stoi
przed nami wielkie zadanie, to znaczy chodzi o ukazanie, że Słowo, które
posiadamy nie należy do lamusa historii, ale jest niezbędne właśnie dziś.
Pomówmy o podróżach. Wasza Świątobliwość mieszka w Watykanie, może nieco
odizolowany od ludzi i świata, dzieje się tak nawet w Castel Gandolfo. Niebawem
Ojciec Święty skończy 80 lat, czy Wasza Świątobliwość sądzi, że z pomocą Bożą
będzie mógł jeszcze tyle pielgrzymować? Czy są jakieś podróże, które chciałby
odbyć? Na przykład do Ziemi Świętej, czy Brazylii...
Prawdę rzekłszy nie jestem wcale taki samotny. Oczywiście, że są - jakby to
powiedzieć - mury, które utrudniają przystęp, ale jest przecież tak zwana
„rodzina papieska”, każdego dnia wiele odwiedzin, szczególnie gdy jestem w
Rzymie. Przyjeżdżają biskupi, inne osoby, są wizyty państwowe, odwiedziny
osobistości, które chcą ze mną prywatnie rozmawiać i to nie tylko o sprawach
politycznych. W tym znaczeniu jest wiele spotkań, które dzięki Bogu cały czas
się odbywają. I to ważne, żeby siedziba następcy Piotra była miejscem spotkania
prawda? Od czasów Jana XXIII wahadło wychyliło się też w drugą stronę: to
papieże zaczęli odbywać wizyty. Muszę powiedzieć, że nie czuję się na siłach
planować zbyt wielu długich podróży. Ale tam gdzie się da, gdzie powiedzmy
istnieje prawdziwa potrzeba, tam chciałbym jechać, z częstotliwością, na jaką
mnie stać. Są rzeczy już przewidziane: w przyszłym roku w Brazylii jest
Konferencja Ogólna Episkopatów Ameryki Łacińskiej i Karaibów i myślę, że ważne
byłoby tam być mając na uwadze, że jest to wydarzenie ważne dla Ameryki
Południowej. Chodzi o umocnienie nadziei, którą żyje ten region. Następnie
chciałbym pojechać do Ziemi Świętej i mam nadzieję, że ją odwiedzę w czasie
pokoju. A co do reszty zobaczymy, co mi Opatrzność ześle.
Pozwolę sobie być nieustępliwym. Austriacy także mówią po niemiecku i oczekują
Ojca Świętego w Mariazell.
Owszem, zgodziłem się. Obiecałem to, ot tak, bez większego zastanowienia. To
miejsce mi się tak spodobało, że powiedziałem: tak, wrócę do Magna Mater
Austriae. Oczywiście ta odpowiedź zaraz została uznana za obietnicę, którą
spełnię i to spełnię chętnie.
Podziwiam Waszą Świątobliwość każdej środy, gdy odbywa się audiencja ogólna.
Przychodzi 50 tysięcy ludzi. To musi być męczące, nawet bardzo. Jak to się da
wytrzymać?
Dobry Bóg mi daje potrzebne siły. A serdeczne przyjęcie dodaje odwagi.
Przed chwilą Wasza Świątobliwość opowiedział o swej nie do końca przemyślanej
obietnicy. Czy to znaczy, że pełniona posługa i wymogi protokołu nie odebrały
Ojcu Świętemu spontaniczności?
W każdym razie staram się o to, by oprócz powinności zachować także coś naprawdę
osobistego.
Ojcze Święty w różnych posługach kościoła Katolickiego bardzo aktywne są
kobiety. Czy ich wkład nie powinien stać się bardziej widoczny także na bardziej
odpowiedzialnych stanowiskach kościelnych?
Na ten temat oczywiście wiele się myśli. Jak wiadomo uważamy, że nasza wiara,
ustanowienie kolegium Apostołów, nas zobowiązują i nie pozwalają nam udzielać
święceń kapłańskich kobietom. Ale przecież nie trzeba myśleć, że jedynym
sposobem, by coś znaczyć w Kościele to być księdzem. W dziejach Kościoła mamy do
czynienia z wielką liczbą zadań i funkcji. Poczynając od sióstr Ojców Kościoła,
poprzez średniowiecze, gdy wybitne niewiasty odgrywały decydującą rolę, aż po
epokę współczesną. Pomyślmy o Hildegardzie z Bingen, która mocno sprzeciwiała
się biskupom i papieżowi; o Katarzynie ze Sjeny i o Brygidzie Szwedzkiej. Także
w naszych czasach kobiety powinny, a my wraz z nimi, szukać dla siebie
odpowiedniego miejsca. Dzisiaj są one obecne także w dykasteriach Stolicy
Świętej. Ale istnieje pewien problem prawny, dotyczy on jurysdykcji czyli faktu,
iż według prawa kanonicznego moc podejmowania decyzji prawnie wiążących
przynależy do władzy święceń. A zatem z tego punktu widzenia mamy do czynienia z
ograniczeniami. Ale uważam, że same kobiety dzięki swemu zapałowi i sile, ze swą
przewagą, dzięki temu co nazwałbym duchową mocą, będą potrafiły znaleźć dla
siebie miejsce. A my powinniśmy starać się słuchać Boga, abyśmy przypadkiem nie
przeszkadzali w tym dziele, ale wprost przeciwnie cieszymy się, że czynnik
kobiecy uzyska w Kościele należne mu miejsce poczynając od Matki Bożej i Marii
Magdaleny.
Ojcze Święty w ostatnich czasach mówi się o nowej fascynacji katolicyzmem. Co
stanowi o witalności i przyszłych możliwościach instytucji Kościoła, tak
przecież starej?
Powiedziałbym, że już cały pontyfikat Jana Pawła II zwrócił uwagę ludzi i ich
jakoś zgromadził. To, co się wydarzyło w związku z jego śmiercią pozostaje czymś
historycznie niezwykłym. Kiedy setki tysięcy osób zdyscyplinowanie podążały na
Plac św. Piotra, stały godzinami w kolejkach i zamiast mdleć ze zmęczenia
wytrzymywały, poruszone wewnętrznym impulsem. A potem widzieliśmy to przy okazji
inauguracji mojego pontyfikatu, czy w Kolonii. To piękne, że doświadczenie
wspólnoty staje się jednoczesnym doświadczeniem wiary, że doświadcza się
wspólnoty nie tylko w jakimś tam miejscu, ale że doświadczenie to staje się
żywsze i daje katolicyzmowi jaśniejącą intensywność właśnie tam gdzie są miejsca
wiary. Oczywiście to musi trwać także w codziennym życiu. Dwie rzeczy powinny
iść razem. Z jednej strony wielkie chwile, w których doświadcza się, że dobrze
jest być tutaj, że Pan jest obecny, a my tworzymy wielką wspólnotę pojednaną
ponad wszelkimi granicami. Ale stąd trzeba oczywiście czerpać zapał, by
wytrzymać podczas trudów pielgrzymowania przez codzienność i żyć w odniesieniu
do tych świetlistych punktów, i zachęcić innych, by dołączyli do tej wspólnoty w
drodze. Chciałem skorzystać z okazji, by powiedzieć: czuję się zawstydzony tym
wszystkim, co dzieje się w ramach przygotowań do mojej wizyty. Tym wszystkim, co
ludzie robią. Mój dom rodzinny został odmalowany, szkoła zawodowa odnowiła płot,
pracował przy tym ewangelicki nauczyciel religii, a przecież to są tylko małe
szczególiki. Ale są znakiem tych wielkich rzeczy, które się dzieją. Uważam to za
coś nadzwyczajnego, czego nie odnoszę do siebie samego, ale uznaję za znak woli
uczestniczenia w tej wspólnocie wiary i służenia jedni drugim. Okazywanie tej
solidarności i słuchanie Bożych natchnień w tym dziele jest to coś, co mnie
porusza i za co chciałbym z całego serca podziękować.
Była mowa o doświadczeniu wspólnoty. Ojciec Święty przyjeżdża teraz do Niemiec
już po raz drugi po swoim wyborze. Po Światowym Dniu Młodzieży, a być może także
po Mistrzostwach Świata w piłce nożnej atmosfera jest w pewnym sensie inna. Ma
się wrażenie, że Niemcy stali się bardziej otwarci na świat, bardziej
tolerancyjni, bardziej radośni, czego Wasza Świątobliwość spodziewa się jeszcze
od nas Niemców?
Powiedziałbym, że już od końca II wojny światowej zaczęła się pewna wewnętrzna
przemiana społeczeństwa niemieckiego, także gdy chodzi o niemiecką mentalność.
To wszystko zostało jeszcze wzmocnione przez powtórne zjednoczenie. Włączyliśmy
się dużo głębiej w światową społeczność i oczywiście zostaliśmy przemienieni
przez jej mentalność. W ten sposób wychodzą na jaw także te aspekty niemieckiego
charakteru, których inni wcześniej nie byli świadomi. A być może zbytnio uważano
nas za zawsze zdyscyplinowanych i powściągliwych, co być może miało nawet jakieś
podstawy. Jednak jeśli teraz lepiej widać to, co wszyscy dostrzegają, to mi się
podoba: Niemcy są nie tylko powściągliwi, dokładni, zdyscyplinowani, ale także
spontaniczni, radości, gościnni. To bardzo piękne. I tego bym życzył: niech te
cnoty jeszcze bardziej wzrastają i niech stymuluje je i umacnia także
chrześcijańska wiara.
Jan Paweł II ogłosił błogosławionymi i świętymi wielką liczbę chrześcijan.
Niektórzy uważają, że zbyt wielką. I tu moje pytanie: beatyfikacje i kanonizacje
dają Kościołowi coś nowego wtedy, jeśli te osoby mogą być uznane za prawdziwe
wzory. Niemcy dają stosunkowo niewielu błogosławionych i świętych w porównaniu z
innymi krajami. Czy da się coś zrobić, aby ten wymiar duszpasterstwa się
rozwinął i aby potrzeba beatyfikacji oraz kanonizacji dała prawdziwy owoc
duszpasterski?
Na początku także i mnie trochę się wydawało, iż ta ogromna liczba beatyfikacji
nas prawie „przygniata” i że może trzeba było bardziej dobierać postaci, które
jaśniej przemawiałyby do naszych sumień. W ostatnim czasie doprowadziłem do
decentralizacji uroczystości beatyfikacyjnych, by za każdym razem czynić te
postaci bardziej widoczne w określonych miejscach, do których one przynależą.
Być może święty z Gwatemali nie interesuje nas w Niemczech, czy też odwrotnie
ten z Altőtting nie budzi zainteresowania w Los Angeles, i tak dalej, czyż tak
się nie dzieje? Ponadto jestem przekonany, że ta decentralizacja idzie w zgodzie
z kolegialnością episkopatu, z jego kolegialnymi strukturami i że jest to
doskonała okazja by pokazać, iż poszczególne kraje mają swoich ludzi, którzy
właśnie w danym kraju są skuteczni. Zauważyłem ponadto, że te odbywające się w
różnych miejscach beatyfikacje dotyczą ogromnej rzeszy ludzi, którzy mówią:
„Nareszcie to jest ktoś z nas!”, zwracają się do niego, i on ich wspomaga.
Błogosławiony należy do nich, a my cieszymy się, że takich postaci jest bardzo
wiele. I jeśli stopniowo także my, dzięki rozwojowi światowej wspólnoty, poznamy
ich lepiej, będzie to piękne. Najważniejsze jest jednak to, by także na tej
płaszczyźnie istniała różnorodność, a co za tym idzie ważne jest, byśmy także my
w Niemczech nauczyli się poznawać swoich błogosławionych i cieszyć się nimi.
Obok beatyfikacji mamy też kanonizacje wielkich postaci, które są ważne dla
całego Kościoła. Powiedziałbym, że poszczególne konferencje biskupie powinny
dokonać wyboru, muszą zobaczyć, co jest odpowiednie dla nas, czy dana osoba ma
naprawdę coś do powiedzenia, następnie powinny wskazać te postaci – niezbyt
liczne - które wywarły głęboki pływ. Można dokonać tego poprzez katechezę,
kazania, może warto by było pomyśleć o nakręceniu filmu. Mogę wyobrazić sobie
piękne filmy. Naturalnie ja znam tylko Ojców Kościoła: film o św. Augustynie,
także o św. Grzegorzu z Nazjanzu i jego bardzo charakterystycznej postaci, jego
nieustannym uciekaniu przed coraz większymi obowiązkami, jakie na niego
nakładano, itd. Trzeba to przemyśleć: nie zawsze istnieją tylko złe, wydarzenia
na podstawie których kręcone są filmy, istnieją także wspaniałe postaci
historyczne, które wcale nie są nudne i są bardzo aktualne. Czyli innymi słowy,
nie można przesadnie obciążać ludzi, ale trzeba im ukazać aktualne, wciąż
inspirujące postaci.
Czy chodzi także o zabawne historie? Jakie znaczenie w życiu papieża odgrywa
poczucie humoru ?
(śmiech) Nie jestem człowiekiem, któremu ciągle przychodzą do głowy kawały.
Jednak umiejętność dostrzegania także zabawnej strony życia i jego radosnego
wymiaru, i nie przyjmowanie wszystkiego z nadmierną powagą, uważam za coś bardzo
ważnego, i powiedziałbym nawet koniecznego, także w mojej posłudze. Któryś z
pisarzy powiedział, że anioły mogą fruwać, ponieważ nie traktują siebie ze
śmiertelną powagą. Także my moglibyśmy więcej fruwać gdybyśmy nie uznawali
siebie za tak bardzo ważnych.
Kiedy pełni się tak ważne funkcje, jak chociażby bycie papieżem, cały czas jest
się obserwowanym. Inni mówią o Waszej Świątobliwości. Czytając różne rzeczy
uderzyło mnie, iż wielu obserwatorów pisze, że osobowość Papieża Benedykta różni
się od tej kard. Ratzingera. Jeśli mogę o to zapytać, jak Ojciec Święty
postrzega samego siebie?
Podzielono mnie na kawałki już wielokrotnie: na początkującego profesora i tego
z okresu przejściowego, na pierwszego kardynała i tego późniejszego. Teraz
pojawia się nowy podział. Oczywiście wpływają na to okoliczności i sytuacja, a
także ludzie, ponieważ pełni się różne funkcje. Powiedzmy jednak w ten sposób:
moje podstawowe cechy osobowości i idee podlegały rozwojowi, jednak w tym, co
zasadnicze pozostały niezmienne, i to mnie cieszy. Teraz uwidaczniają się także
aspekty, których wcześniej nie można było tak łatwo dostrzec.
Czy można powiedzieć, że ta posługa podoba się Waszej Świątobliwości, że nie
jest dla niego ciężarem?
To może byłoby za dużo powiedziane, ponieważ w rzeczywistości jest ona męcząca,
w każdym razie szukam radości także w tym.
Dziękujemy za rozmowę i czekamy na Waszą Świątobliwość w Niemczech, w Bawarii.
Do zobaczenia.
Wywiad dla Bayerischer Rundfunk (ARD), ZDF, Deutsche Welle i Radia
Watykańskiego.
Castel Gandolfo 05.08.2006 • aktualności |