Homilie

Ks. Rafał Starzak
Jak żyć po śmierci Boga?
Jest Jeden Król Wszechświata - Trzecie kazanie pasyjne
Stał pobity w słabo oświetlonym zaułku, skąd przez szparę w drzwiach widać
było wszystko, co działo się w Pretoriom. Słońce coraz wyżej wznosiło się nad
horyzontem, gdy ktoś silnym kopniakiem otworzył drzwi i wszedł do środka. Miał
na sobie pełny rynsztunek rzymskiego legionisty, długi czerwony płaszcz, hełm,
krótki miecz i lekką zbroję. Dużą tarczę i pilum, czyli ostrą włócznię, zostawił
przy wejściu. „Wstawaj, namiestnik chce cię zobaczyć”. Krętymi schodami
zaprowadzono go na górę, gdzie na środku wielkiej sali postawiono drewniane,
proste sidilium. Było puste. Przy oknie wychodzącym na ogród stał Piłat z Pontu
– Namiestnik Judei. Odwrócił się od okna, spojrzał oskarżonemu prosto w oczy i
zapytał: „Czy ty jesteś królem?”. „Tak” – odrzekł – „Ale królestwo moje nie jest
z tego świata”.
Państwo czy Kościół? Biskup czy książę? Władza świecka czy duchowa? Prawo Boże
czy prawo ludzkie? Ten wielowiekowy spór państwa i Kościoła trwa nadal. Kto
rządzi światem? Watykan czy Masoneria? Żydzi i komuniści, czy duchowieństwo?
W rozważaniu Męki Chrystusa stajemy dziś przed wielkim dylematem człowieka
wszystkich czasów: do kogo należy władza nad światem? W naszym świecie
określanym przez wielu jako cywilizacja znajdująca się na wysokim etapie
rozwoju, słyszany był niedawno głos Papieża Słowianina. Ostrzegał on przed
„cywilizacją śmierci”: zadającą ból ludziom najmniejszym, nienarodzonym, starym,
nie potrafiącym odnaleźć się w pędzącej rzeczywistości. Cywilizacja śmierci,
która nie widzi niczego złego w zabijaniu Boga w ludzkich sercach, bo przecież
ten Bóg do niczego już nie jest potrzebny. Laickie Państwo czy Państwo
wyznaniowe?
Choć spory o inwestyturę między cesarstwem a papiestwem należą już do dalekiej
przeszłości, warto wspomnieć wielkie dzieło św. Augustyna „De civitas Dei” – „O
Państwie Bożym”, w którym kreśli wizję prawidłowego funkcjonowania aparatu
państwowego. Trzeba go bowiem oprzeć na dwóch kolumnach: władzy państwowej i
Prawie religijnym. Można przy tym popaść w dwie skrajności – albo położy się
nacisk na prawo Boże i uzna się je za jedynie obowiązujące, wtedy powstaje
państwo wyznaniowe (czego przykład mamy dziś w niektórych państwach islamskich).
Albo wesprze się tylko na prawie państwowym, które wchłaniając Boże przykazania,
zmienia kraj w laicką i antyklerykalną machinę. Aby dach się nie zawalił, dom
musi stać na ścianach, które mają równą wysokość. Czy tak jest z królestwem
Bożym?
Bardzo trudno żyć w państwie laickim człowiekowi wierzącemu. W imię tolerancji
zamyka się mu usta, wyśmiewa lub oczernia. Człowiek wierzący musi się
opowiedzieć: pójdziesz na ustępstwa ze swoją wiarą, przytakniesz parę razy, a
damy ci spokój. Tak jest teraz, dawniej było jeszcze gorzej.
Gdy czytamy opisy Męki Chrystusowej, zatrzymujemy się często nad szczegółami,
które bardzo wpływają na wyobraźnię – narzędziami męki, danymi geograficznymi
czy kulturowymi. Trudniej skupić się na prawdach, jakie stoją za wypowiedziami
czy postawami ludzi, biorących udział w scenach dramatu zbawienia człowieka.
Spójrzmy zatem dziś siostry i bracia głębiej na dwa wymiary poranka wielkiego
piątku: wymiar ludzki i wymiar boski.
„Gdyby królestwo moje było z tego świata, uczniowie moi bili by się o mnie”.
Przed nami stoi człowiek niewinny, wokół którego swoje macki rozciągnął krwawy
spisek. Człowiek prawdy, któremu zarzucono chęć obwołania się królem. Fałszywy
Prorok, który miał zwodzić lud. Naprzeciw niego siedzi sędzia. Sprawiedliwy
sędzia. Nieprzekupny, lecz liczący się ze zdaniem przywódców ludu. Człowiek
władzy, reprezentujący Cezara.
Z dialogu Piłata z Jezusem, jakie zostawiły nam Ewangelie wynika, że Namiestnik
był człowiekiem solidnym, miał wrażliwe sumienie. Widział, że cała sprawa jest
ukartowana, że chodzi o polityczne rozgrywki, dlatego próbował ocalić Jezusa.
Przesłuchiwał świadków i samego oskarżonego dwa razy, udowadniając oskarżycielom
bezpodstawność ich zarzutów. Czasami ma się wrażenie, że z sędziego Piłat
zmienia się w adwokata Jezusa. Zastosował wybieg – chciał znaleźć wyjście
pośrednie, by zadowolić kapłanów żydowskich i jednocześnie ocalić życie
Chrystusa. „Każę go ubiczować i wypuszczę”. Chciał uspokoić tłum. A więc Piłat
ubiczował Jezusa przed zatwierdzeniem wyroku skazującego! Czym było biczowanie w
rzymskim prawie? Było karą dodatkową do kary ukrzyżowania. Obywateli rzymskich
nie wolno było biczować ani skazywać na karę krzyża, o czym czytamy w Lex porcia
(195 przed Chr) i w Lex Sempronia (123 przed Chr). Wobec narodów podbitych
Rzymianie często stosowali straszliwą karę biczy rzymskich – flagrum albo
taxillum Romanum. Taki bicz składał się z dwóch lub trzech rzemieni osadzonych w
jednej rękojeści, z twardym zakończeniem, takim jak ołów, żeliwo, czasem kości
lub krzemienie. Rzymianie w odróżnieniu od żydów nie ograniczali liczby razów
bicza. I podczas gdy u żydów obowiązywała zasada czterdzieści bez jednego, u
Rzymian liczba ta była dowolna. Najstarsi pisarze podają, że praktycznie zawsze
kara biczy prowadziła do śmierci (Flagellis ad mortem caesus – biczami na śmierć
zatłuczony – jak napisał Horacy). U Pana Jezusa rany były zadane kulkami
ołowianymi, zamocowanymi na końcach rzemieni bicza. Ran ósemkowych było 121,
stąd liczba uderzeń musiała się wahać od 60 do 70. Bito całe ciało Jezusa,
oszczędzając tylko podbrzusze (aby nie wystąpiło rozcięcie powłok brzusznych i
śmierć) i omijając okolice serca, aby nie nastąpił zawał. Najwięcej uderzeń
spadło na plecy Jezusa. Warto podkreślić, że choć te rany przeplatają się ze
sobą w różnych kierunkach, to zasadniczo ich układ pozwala na wyciągnięcie
jeszcze dwóch wniosków: że skazanego bito stacjonarnie, w pozycji pochylenia, i
że, wziąwszy pod uwagę wachlarzowate rozrzucenie ran, Chrystusa Pana biło dwóch
żołnierzy, z których jeden był wyższy, a drugi nieco niższy. Żołdacy wykonujący
tę katowską czynność należeli do Syrofenicjan, a więc rasy szczególnie
nienawidzącej Żydów. Słysząc, że to ma być ich król, biczowali tym okrutniej.
Królewską godność Proroka z Nazaretu żołnierze wykpili też w inny, znany nam
dobrze z kart Ewangelii sposób: włożyli mu na głowę cierniową koronę. Już święty
Wincenty z Lerynu i św. Brygida uważali, iż korona cierniowa Chrystusa Pana
inaczej wyglądała, aniżeli chciałaby to widzieć pobożna wyobraźnia całej plejady
ludowych artystów, od wczesnego średniowiecza począwszy. Według tych świętych –
co z całą pewnością potwierdza całun turyński – musiano tę koronę uformować w
kształcie rzymskiej czapki, zwanej pileus, podobnej do dzisiejszego beretu lub
kasku ochronnego, stosowanego na budowach. Więc nie korona, lecz kolczasty
czepiec otaczał obwód całej głowy Jezusa, łącznie z jej sklepieniem. Wynikiem
tej straszliwej innowacji było zadanie w obrębie owłosionej skóry głowy
Zbawiciela około 70 głębokich, silnie krwawiących, niezwykle bolesnych ran
kłutych.
Z tekstu Ewangelii wynika, że Chrystusa bito „trzciną” po głowie. Lecz ta
trzcina nie przypominała tej odmiany, jaką możemy spotkać nad brzegami naszych
stawów i jezior. Raczej był to kij bambusowy lub jemu podobny, zdolny do zadania
niezwykle bolesnych razów tak „ukoronowanej” głowie. Całego obrazu dopełnił
jeszcze wojskowy płaszcz, który uformowano na kształt królewskiego stroju.
Gdy Piłat zobaczył taki widok, słowa „Oto Człowiek” wydają się być przepełnione
smutkiem i pewną nutą kpiny, bo to, co ledwo stało przed nim na dwóch nogach,
człowieka nie przypominało. Rozszalały tłum przed lithostrotos żądał śmierci.
Piłat ugiął się pod naporem ogółu. Przecież wszyscy tego chcieli. Lud tego
żądał. A przecież to lud rządzi – to są rządy ludu – demos kratos, demokracja.
Gdy w perspektywie ludzkiej demokracji, nie szanuje się prawa Bożego, zawsze
ginie niewinny, sprawiedliwy człowiek, bo krętacz się zawsze ustawi.
Gdyby Męka Chrystusa kończyła się tylko na tym, co ludzkie, byłaby największą
przegraną wszechczasów. Ale posiada ona jeszcze wymiar boski. Co tak naprawdę
wydarzyło się w pałacu namiestnika Judei?
Chłosta Jezusa była wypełnieniem przepowiedni Starego Przymierza dotyczących
cierpiącego Zbawiciela, jak napisał Izajasz: „Spadła nań chłosta zbawienna dla
nas, a w jego ranach jest nasze zdrowie. Jak wielu osłupiało na Jego widok, tak
nieludzko został oszpecony Jego wygląd i Jego postać była niepodobna do ludzi”
(Iz 52). Ecce Homo. Oto człowiek – zasiada na katedrze Mojżesza, dzierżąc w
dłoni trzcinę i losy świata, na pośmiewisko ubrany w szkarłatny płaszcz, odziany
w majestat i piękno, władca najlepszy z możliwych, który nie złamie trzciny
nadłamanej ani nie zgasi knotka o nikłym płomieniu. Władca, który jak dobry
pasterz odda za swe owce własne życie. Przez swoje zmartwychwstanie dostąpi
chwały i stanie się władcą życia i śmierci, jego panowanie nie będzie miało
kresu, obejmie całe uniwersum. Oto prawdziwa władza, której nikt nie może
pokonać. Oto wasz król: oto człowiek. Ecce Homo.
Ten Boży wymiar Męki przez wieki nawrócił i zmienił życie niezliczonej liczbie
osób. Zmienił też życie krakowskiego malarza, artysty żyjącego w XIX w. Nazywał
się Adam Chmielowski. Był ceniony przez swych kolegów ze świata kultury,
niemniej poszukiwał w życiu czegoś więcej. Był zdolny do poświęceń – walczył
czynnie w Powstaniu Styczniowym, przypłacając to utratą nogi. Wszystko zmieniło
się, gdy ktoś poprosił go o namalowanie obrazu, przedstawiającego umęczonego
Chrystusa. Gdy zaczął szkicować, a później malować obraz Ecce Homo zauważył, że
to nie on tworzy obraz, lecz że obraz zmienia jego wnętrze. Zamiast malować
godzinami wpatrywał się w twarz, która spoglądała na niego umęczonymi oczami.
Wtedy zobaczył, w czym tkwi człowieczeństwo, władza, popularność. Poszedł do
krakowskiej ogrzewalni, gdzie gromadzili się bezdomni z całego miasta, by
przynajmniej w cieple spędzić noc. Zanosił im jedzenie, brał niektórych do swego
mieszkania, oferując nocleg w lepszych warunkach, ale dziwna rzecz, widział
pogardę w oczach tych ludzi. Dlaczego? Bo traktował ich jak ludzi gorszej
kategorii. Gdy kończył malować obraz Ecce Homo doznał olśnienia: to Chrystus
jest w tych biednych ludziach, którzy żyją na marginesie społeczeństwa,
pogubieni moralnie i duchowo. Umęczony Chrystus, Pan i władca całego świata
czeka na mnie w ubogim. Takiej okazji nie mógł odrzucić. Postanowił żyć jak
żebrak wśród najuboższych. Gdy zbierając jedzenie i jałmużnę przejeżdżał ulicami
Krakowa swoim wózkiem, zaprzężonym w osła, wyglądał jak cezar na rydwanie
wracający z udanej wyprawy wojennej. Pan Krakowa, który mawiał, że trzeba być
dobrym jak chleb, który leży na stole, do którego każdy może podejść i wziąć
sobie kawałek. Dziś św. Brat Albert Chmielowski jest drugim po Matce Teresie z
Kalkuty symbolem ofiarowania życia na rzecz ubogich i bezdomnych. Symbolem
wielkiej władzy ducha pokazującym światu, co się dzieje, gdy w sercu dokonuje
się Boże królowanie.
Dzisiaj lud Europy też woła: nie chcemy Jezusa! Chcemy Barabasza! Zdejmij krzyż,
ściągnij jarmułkę, zdejmij chustę, bo państwo jest świeckie! Wyrzuć Boga ze
szkoły, z życia publicznego, zamknij go w swoim pokoju, żeby nie królował, bo od
rządzenia jest lud – demos kratos! Lecz tego rozwrzeszczanego świata nie można
się bać, bo przecież do niego jesteśmy posłani. I choć będą mówić, że Bóg już
umarł, Ty w swoim sercu zawsze miej ten obraz umęczonego Zbawiciela, który oddał
za Ciebie życie. Chyba jesteś Mu to winien. Ecce Homo – Oto Człowiek. Amen.
Cykl kazań „Jak żyć po śmierci Boga?”
1 - 2 -
3 - 4 -
5 - 6
|