Sługa Boży Jan Paweł II

ENCYKLIKA REDEMPTOR HOMINIS
I
Dziedzictwo
U kresu drugiego tysiąclecia
1. ODKUPICIEL CZŁOWIEKA Jezus Chrystus jest ośrodkiem wszechświata i historii.
Do Niego zwraca się moja myśl i moje serce w tej doniosłej godzinie dziejów, w
której znajduje się Kościół i cała wielka rodzina współczesnej ludzkości. Oto
bowiem czas, w którym Bóg w swoich tajemniczych zamiarach powierzył mi po moim
umiłowanym Poprzedniku Janie Pawle I posługę powszechną związaną ze Stolicą św.
Piotra w Rzymie, ogromnie się już przybliżył do roku dwutysięcznego. Trudno
jeszcze w tej chwili powiedzieć, co będzie oznaczał ów rok na zegarze dziejów
ludzkości, jaką okaże się datą dla poszczególnych ludów i narodów, krajów i
kontynentów, choć zapewne niejedno staramy się już teraz przewidywać. Dla
Kościoła, dla Ludu Bożego, który — chociaż nierównomiernie — rozprzestrzenił się
już jednak na całą ziemię aż po jej krańce, będzie to rok wielkiego Jubileuszu.
Zbliżamy się do daty, która przyjmując wszelkie poprawki wymagane przez ścisłość
chronologiczną — przypomni nam i odnowi w sposób szczególny świadomość tej
kluczowej prawdy wiary, której dał wyraz św. Jan na początku swej Ewangelii:
„Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas” (J 1, 14), a na innym miejscu:
„Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto
w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3, 16).
Jesteśmy więc poniekąd w okresie nowego Adwentu, w okresie oczekiwania.
„Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków,
a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna” (Hbr 1, 1 n.), przez
Syna-Słowo, który stał się człowiekiem i narodził się z Dziewicy. W tym zbawczym
wydarzeniu dzieje człowieka w Bożym planie miłości osiągnęły swój zenit. Bóg
wszedł w te dzieje, stał się — jako człowiek — ich podmiotem, jednym z
miliardów, a równocześnie Jedynym! Ukształtował przez swe Wcielenie ten wymiar
ludzkiego bytowania, jaki zamierzył nadać człowiekowi od początku. Ukształtował
w sposób definitywny, ostateczny — w sposób Sobie tylko właściwy, stosowny dla
swej odwiecznej Miłości i Miłosierdzia, z całą Boską wolnością — a równocześnie
z tą szczodrobliwością, która pozwala nam wobec grzechu pierworodnego i wobec
całej historii grzechów ludzkości, wobec manowców ludzkiego umysłu, woli i
serca, powtarzać z podziwem te słowa: „O szczęśliwa wino, któraś zasłużyła mieć
takiego i tak potężnego Odkupiciela!” (hymn Exsultet z Wigilii Wielkanocnej).
Pierwsze słowa nowego pontyfikatu
2. Do tego więc Chrystusa-Odkupiciela zwróciły się moje myśli i serce w dniu 16
października, gdy po kanonicznie dokonanym wyborze postawiono mi pytanie: „Czy
przyjmujesz?”. Odpowiedziałem wówczas: „W posłuszeństwie wiary wobec Chrystusa,
mojego Pana, zawierzając Matce Chrystusa i Kościoła — świadom wielkich trudności
— przyjmuję”. I dzisiaj tę moją odpowiedź jawnie powtarzam, aby była wiadoma
wszystkim bez wyjątku i aby tłumaczyła, że posługa, która wraz z przyjęciem
wyboru na Biskupa Rzymu i Następcę Apostoła Piotra stała się na tej Stolicy moim
szczególnym obowiązkiem, jest związana z tą właśnie pierwszą i podstawową prawdą
Wcielenia.
Przyjąłem również te same imiona, jakie wybrał mój umiłowany Poprzednik Jan
Paweł I. Już bowiem w dniu 26 sierpnia, kiedy wobec Świętego Kolegium ujawnił,
że chce się nazywać Jan Paweł — a ta dwoistość imienia była bez precedensu w
historii — dostrzegłem w tym jakby wymowny znak łaski na drodze nowego
pontyfikatu. A ponieważ pontyfikat ten trwał tylko 33 dni, wypada mi go nie
tylko kontynuować, ale niejako podjąć w samym punkcie wyjścia, o którym świadczy
naprzód wybór tych dwu właśnie imion. Przyjmując je w ślad za moim umiłowanym
Poprzednikiem, pragnę przez to — mniemam, że podobnie jak On — dać wyraz
umiłowania dla tego szczególnego dziedzictwa, jakie pozostawili Papieże Jan
XXIII i Paweł VI, oraz gotowości jego kontynuowania z Bożą pomocą.
Poprzez te dwa imiona i dwa pontyfikaty nawiązuję łączność z całą tradycją tej
świętej Stolicy, z wszystkimi Poprzednikami w wymiarze tego dwudziestego
stulecia i w wymiarze stuleci poprzednich, łącząc się coraz dalszymi jakby
etapami z całą tą ciągłością posłannictwa i służby, która wyznacza szczególne
miejsce Stolicy Piotrowej w Kościele. Jan XXIII i Paweł VI stanowią etap, do
którego bezpośrednio pragnę nawiązywać — próg, od którego wspólnie poniekąd z
Janem Pawłem I zamierzam iść ku przyszłości, kierując się tym bezgranicznym
zaufaniem oraz posłuszeństwem wobec Ducha, którego Chrystus Pan obiecał i zesłał
swojemu Kościołowi. Mówił wszakże do Apostołów w przeddzień swojej męki:
„pożyteczne jest dla was moje odejście, bo jeśli nie odejdę, Pocieszyciel nie
przyjdzie do nas, a gdy odejdę, poślę Go do was” (J 16, 7). „Gdy jednak
przyjdzie Pocieszyciel, którego Ja wam poślę od Ojca, Duch Prawdy, który od Ojca
pochodzi, On będzie świadczył o Mnie. Ale wy też świadczycie, bo jesteście ze
Mną od początku” (J 15, 26 n.). „Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi
was do całej prawdy. Bo nie będzie mówił od siebie, ale powie wszystko,
cokolwiek słyszy i oznajmi wam rzeczy przyszłe” (J 16, 13).
W zawierzeniu Duchowi prawdy i miłości
3. W głębokim zawierzeniu Duchowi Prawdy podejmuję bogate dziedzictwo
współczesnych nam pontyfikatów. Jest to zaś dziedzictwo głęboko osadzone w tej
świadomości Kościoła, której w mierze przedtem nieznanej przysłużył się Sobór
Watykański II, zwołany i zapoczątkowany przez Jana XXIII, z kolei zaś
szczęśliwie doprowadzony do końca i wytrwale realizowany przez Pawła VI, na
którego działalność mogłem patrzeć z bliska, podziwiając Jego głęboką mądrość i
odwagę, a równocześnie wytrwałość i cierpliwość w niełatwym posoborowym okresie
pontyfikatu. Jako sternik Piotrowej łodzi Kościoła zachował On opatrznościowy
spokój i równowagę nawet w momentach krytycznych, które tą łodzią zdawały się
wstrząsać od wewnątrz, utrzymując niezachwianą ufność dla jej spoistości. To
bowiem, co poprzez Sobór naszych czasów „Duch powiedział Kościołowi”, co w tym
Kościele mówi „wszystkim Kościołom” (Ap 2, 7), nie może — pomimo doraźnych
niepokojów — służyć czemu innemu, jak tylko jeszcze dojrzalszej spoistości
całego Ludu Bożego, świadomego swej zbawczej misji.
Tę to właśnie współczesną świadomość Kościoła uczynił Paweł VI pierwszym tematem
swej podstawowej Encykliki zaczynającej się od słów Ecclesiam suam, do której
niech mi będzie wolno przede wszystkim się odwołać i przede wszystkim nawiązać w
tym pierwszym, niejako inauguracyjnym dokumencie obecnego pontyfikatu. Stale
pogłębiająca się świadomość oświecanego i prowadzonego przez Ducha Świętego
Kościoła, zarówno jego Boskiej tajemnicy, jak też ludzkiego posłannictwa, a
nawet wszystkich ludzkich słabości, jest i musi pozostać pierwszym źródłem
miłości. tego Kościoła — tak jak miłość ze swej strony przyczynia się do
ugruntowania i pogłębienia świadomości. Świadectwo takiej niesłychanie
wyostrzonej świadomości Kościoła pozostawił nam Paweł VI. Poprzez wszystko, co
składa się na Jego pontyfikat, niejednokrotnie naznaczony cierpieniem, uczył nas
tej nieustraszonej niczym miłości Kościoła, który — jak głosi Sobór — jest
„niejako sakramentem, czyli znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia z
Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego”1.
W nawiązaniu do pierwszej encykliki Pawła VI
4. I dlatego świadomość Kościoła musi łączyć się z jego wszechstronną
otwartością, aby wszyscy mogli w nim znajdować owe „niezgłębione bogactwo
Chrystusa” (Ef 3, 8), o którym mówi Apostoł Narodów. Taka otwartość, organicznie
połączona ze świadomością własnej istoty, z pewnością własnej prawdy — tej, o
której powiedział Chrystus: „nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca”
(J 14, 24) — stanowi o apostolskim, czyli posłanniczym dynamizmie Kościoła.
Właśnie w imię tego dynamizmu, Kościół, wyznając i głosząc bez żadnego
uszczerbku prawdę otrzymaną od Chrystusa, pozostaje równocześnie „w dialogu”,
który Paweł VI w swojej Encyklice Ecclesiam suam nazwał „dialogiem zbawienia”,
rozróżniając precyzyjnie poszczególne kręgi, w ramach których winien być
prowadzony2. Gdy dzisiaj nawiązuję do tej programowej Encykliki Pawłowego
pontyfikatu, nie przestaję równocześnie dziękować Bogu za to, że ten wielki mój
Poprzednik, a zarazem prawdziwy ojciec, potrafił — mimo różnych słabości
wewnętrznych, których w okresie posoborowym doznawał Kościół — ukazać „ad
extra”, „na zewnątrz” jego prawdziwe oblicze. W ten sposób też cała rodzina
ludzka, w różnych zakresach swej wielorako zróżnicowanej egzystencji, stała się
— jak mniemam — bardziej świadoma tego, jak zasadniczo potrzebny jest jej
Kościół Chrystusowy, jego posłannictwo i jego służba. Może nawet czasem ta
świadomość okazywała się silniejsza niż różne kierunki krytyki, jakiej Kościół,
jego instytucje i struktury, ludzie Kościoła i ich działalność bywały poddawane
„ad intra”, „od wewnątrz”. Ten wzrost krytycyzmu miał z pewnością różne
przyczyny. Jesteśmy pewni, że nie zawsze był on oderwany od autentycznej miłości
Kościoła. Z pewnością przejawiała się w nim także dążność do przezwyciężenia
tzw. tryumfalizmu, o którym nieraz była mowa w czasie Soboru. Jeśli jednak jest
rzeczą słuszną, ażeby Kościół na wzór swego Mistrza, który był „pokorny sercem”
(Mt 11, 29), również kierował się pokorą, żeby był krytyczny w stosunku do
wszystkiego, co stanowi o jego ludzkim charakterze i ludzkiej działalności, żeby
nieustannie wiele od siebie wymagał — to równocześnie owa postawa krytyczna musi
posiadać słuszne granice. W przeciwnym razie przestaje być twórcza, nie wyraża
się w niej prawda, miłość i wdzięczność za łaskę, której właśnie w Kościele i
przez Kościół stajemy się uczestnikami. Nie wyraża się w nim także postawa
służby, ale chęć rządzenia opinią drugich przy pomocy własnej opinii, zbyt
pochopnie nieraz rozpowszechnianej.
Należy się wdzięczność Pawłowi VI za to, że szanując każdą cząstkę prawdy
zawartej w jakiejkolwiek ludzkiej opinii, zachował równocześnie tę
opatrznościową równowagę sternika Łodzi3. Kościół, który — poprzez Jana Pawła I
— po Nim niejako został mi powierzony, jest Kościołem zapewne nie wolnym od
wewnętrznych trudności i napięć, ale równocześnie bardziej wewnętrznie
zabezpieczonym wobec przerostów autokrytycyzmu — można powiedzieć — „bardziej
krytycznym wobec różnych nieopatrznych krytyk”, bardziej też odpornym wobec
różnych „nowinek”, bardziej dojrzałym w duchu „rozeznania”, bardziej uzdolnionym
do tego, aby z odwiecznego Skarbu wydobywać „rzeczy nowe i stare” (Mt 13, 52),
bardziej skupionym na swej własnej Tajemnicy — i przez to wszystko bardziej
gotowym służyć posłannictwu zbawienia wszystkich. Bóg bowiem „pragnie, by
wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2, 4).
Kolegialność i apostolstwo
5. Jest to Kościół — wbrew pozorom — o wiele bardziej zjednoczony wspólnotą
służby i świadomością apostolatu. Owo zjednoczenie wyrasta z przypomnianej przez
Sobór Watykański II zasady kolegialności, którą sam Chrystus Pan zaszczepił w
apostolskim Gronie Dwunastu z Piotrem na czele i którą ciągle odnawia w stale na
całym okręgu ziemi rosnącym Kolegium Biskupów, skupionych wokół Następcy św.
Piotra i poddanych Jego kierownictwu. Tę to zasadę kolegialności Episkopatu
Sobór nie tylko przypomniał, ale niesłychanie ożywił, zapowiadając między innymi
ustanowienie stałej Instytucji, którą Paweł VI definitywnie określił, powołując
do życia Synod Biskupów. Działalność tego Synodu nadała jakby nowy wymiar całemu
pasterzowaniu Pawła VI, a z kolei odezwała się żywym echem od pierwszych dni
pontyfikatu Jana Pawła I, jak też jego niegodnego Następcy.
Ów wymiar okazał się szczególnie na czasie w trudnym okresie posoborowym, kiedy
to wspólne i jednomyślne stanowisko Kolegium Biskupiego, ujawniającego zwłaszcza
poprzez Synod swoje zespolenie wokół Następcy Piotra, dopomagało w rozproszeniu
wątpliwości, a równocześnie wskazywało w wymiarze uniwersalnym właściwe drogi
odnowy Kościoła. Z Synodu też wyrósł między innymi ów zasadniczy impuls
ewangelizacyjny, którego wyrazem stała się Adhortacja Apostolska Evangelii
nuntiandi4, z taką radością przyjęta jako program odnowy o charakterze
apostolskim i duszpasterskim zarazem. W tym samym kierunku poszły również prace
ostatniej sesji zwyczajnej Synodu Biskupów — niespełna rok przed śmiercią
Papieża Pawła VI — poświęconej katechezie, której owoce czekają jeszcze na
syntetyczne ujęcie i wypowiedzenie ze strony Stolicy Apostolskiej.
Kiedy mowa o odczuwalnym postępie różnych form, w których wyraża się
kolegialność Episkopatu, trudno bodaj nie wspomnieć o konsolidowaniu się w całym
Kościele Konferencji Krajowych Biskupów, a także innych struktur kolegialnych o
charakterze międzynarodowym czy kontynentalnym. Wchodząc zaś na ślady
wielowiekowej tradycji Kościoła, należy uwydatnić działalność różnych synodów —
o charakterze lokalnym. Taka bowiem była myśl Soboru, którą Paweł VI
konsekwentnie wcielał w życie, ażeby takie od wieków wypróbowane struktury
Kościoła, a zarazem formy kolegialnej współpracy Biskupów, jak np. metropolia,
nie mówiąc już o każdej z osobna diecezji, pulsowały pełną świadomością swej
tożsamości i zarazem swej oryginalności w uniwersalnej jedności Kościoła. Ten
sam duch współpracy i współodpowiedzialności udzielał się również kapłanom, jak
o tym świadczy powstawanie po Soborze tak wielu Rad Kapłańskich. Przenosił się
on również na świeckich, nie tylko potwierdzając dawne formy organizacji
apostolskich laikatu, ale także rodząc nowe, często o nowym profilu i
niesłychanej dynamice. Poza tym, świeccy świadomi swej odpowiedzialności za
Kościół, chętnie podejmowali współpracę z duszpasterzami czy przedstawicielami
zakonów w obrębie synodów diecezjalnych czy też rad duszpasterskich w
poszczególnych parafiach i diecezjach.
Trzeba to wszystko sobie uświadomić na początku nowego pontyfikatu, dziękując
Bogu, wyrażając żywą zachętę wszystkim Braciom i Siostrom, wdzięczną w końcu
pamięcią otaczając dzieło Soboru Watykańskiego II oraz wielkich Poprzedników,
którzy dali początek tej nowej fali życia Kościoła. Jest ona potężniejsza od
symptomów zwątpienia, załamania, kryzysu.
Droga do zjednoczenia chrześcijan
6. A cóż powiedzieć o wszystkich poczynaniach, które wynikły z nowej orientacji
ekumenicznej? Niezapomniany Papież Jan XXIII z całą ewangeliczną jasnością
postawił sprawę zjednoczenia chrześcijan jako prostą konsekwencję woli samego
naszego Mistrza Jezusa Chrystusa, wyrażonej tylokrotnie, a zwłaszcza w tych
słowach modlitwy wypowiedzianej w Wieczerniku w przeddzień śmierci: „Proszę
(...) aby wszyscy stanowili jedno (...) jak Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie” (J
17, 21; por. J 17, 11. 22 n.; 10, 16, Łk 9, 49 n. 54). Sobór Watykański II nadał
temu zwarty kształt Dekretu o ekumenizmie. Papież Paweł VI, posługując się
działalnością Sekretariatu Jedności Chrześcijan, wziął na siebie trud pierwszych
kroków na drodze realizacji tej jedności. Czy zaszliśmy daleko na tej drodze?
Nie wchodząc tutaj w szczegóły możemy śmiało powiedzieć, że osiągnęliśmy na tej
drodze prawdziwy i widoczny postęp, że pracowaliśmy wytrwale i konsekwentnie, że
czynili to wspólnie z nami przedstawiciele innych Kościołów — i Wspólnot
chrześcijańskich, za co jesteśmy im szczerze zobowiązani. Pewne jest także i to,
że nie widzimy na tym etapie dziejów chrześcijaństwa i dziejów świata innej
możliwości wypełnienia powszechnego posłannictwa Kościoła w dziedzinie
ekumenicznej, jak tylko tę, aby rzetelnie, wytrwale, pokornie i odważnie zarazem
szukać dróg zbliżenia i jedności, tak jak tego przykład osobisty dał nam Papież
Paweł VI. Musimy jej więc szukać bez względu na to, jakie trudności na tych
drogach mogą się pojawiać i spiętrzać. Inaczej nie dochowalibyśmy wierności
słowu Chrystusa, nie wypełnilibyśmy Jego testamentu. Czy wolno nam na to się
ważyć?
Są czasem ludzie, którzy widząc trudności, a także ujemnie oceniając skutki
zapoczątkowanych starań ekumenicznych, chcieliby wycofać się z tej drogi.
Niektórzy nawet wyrażają pogląd, że szkodzi ona sprawie Ewangelii, że przynosi z
sobą dalsze rozbicie Kościoła, że wywołuje zamieszanie pojęć w sprawach wiary i
moralności, że prowadzi do swoistego indyferentyzmu.
Może i dobrze, że rzecznicy takich poglądów ujawniają nam swoje obawy, chociaż i
tutaj należy zachować słuszne granice. Rzecz jasna, iż ten nowy etap życia
Kościoła domaga się od nas szczególnie świadomej, pogłębionej i odpowiedzialnej
wiary. Prawdziwa działalność ekumeniczna oznacza otwartość, zbliżenie, gotowość
dialogu, wspólne szukanie prawdy w jej pełnym znaczeniu ewangelicznym i
chrześcijańskim, ale żadną miarą nie oznacza i nie może oznaczać zacierania
granic tej prawdy wyznawanej i nauczanej przez Kościół. Wobec tych przeto,
którzy z jakichkolwiek względów chcieliby odwieść Kościół od szukania
uniwersalnej jedności chrześcijan, trzeba raz jeszcze powtórzyć: czy możemy tego
nie czynić? Czy wolno nam nie zaufać — przy całej słabości ludzkiej, przy
wszystkich obciążeniach wielowiekowej przeszłości — łasce naszego Pana, która
się objawiła w ostatnim czasie poprzez tę mowę Ducha Świętego, którą
usłyszeliśmy na Soborze? Przecież wówczas zaprzeczylibyśmy tej prawdzie o sobie
samych, którą tak wspaniale wyraził Apostoł: „za łaską Boga jestem tym, czym
jestem, a dana mi łaska Jego nie okazała się daremna” (1 Kor 15, 10).
W inny sposób i w innej mierze należy odnieść to samo do działalności mającej na
celu zbliżenie z przedstawicielami innych religii, pozachrześcijańskich,
wyrażającej się w dialogu, w spotkaniach, we wspólnej modlitwie, w odkrywaniu
tych skarbów ludzkiej osobowości, których — jak dobrze wiemy — nie brak również
wyznawcom tych religii. A czy niejednokrotnie zdecydowane przekonania w wierze
wyznawców religii pozachrześcijańskich — będące również owocem Ducha Prawdy
przekraczającego w swym działaniu widzialny obręb Mistycznego Ciała Chrystusa —
nie mogłoby wprawić w zakłopotanie chrześcijan, tak nieraz zbyt skłonnych do
powątpiewania w prawdy objawione przez Boga i głoszone przez Kościół, zbyt
pochopnych w rozluźnianiu zasad moralności i torowaniu dróg etycznego
„permisywizmu”? Szlachetna jest gotowość rozumienia każdego człowieka,
analizowania każdego systemu, przyznawania racji wszystkiemu co słuszne — nie
może ona jednak oznaczać gubienia pewności własnej wiary5 ani też podkopywania
zasad moralności, których brak bardzo szybko daje się odczuć w życiu całych
społeczeństw, również po swych opłakanych skutkach.
II
Tajemnica Odkupienia
W kręgu tajemnicy Chrystusa
7. Jeśli drogi, na które Sobór wprowadził Kościół naszego stulecia, które
wskazał w swej pierwszej Encyklice nieodżałowany Papież Paweł VI, nie przestają
na długi czas być tymi drogami, po których wszystkim nam kroczyć wypada — to
równocześnie na tym, nowym etapie słusznie możemy stawiać sobie pytanie: jak? W
jaki sposób dalej należy nimi postępować? Co czynić, aby ten nowy Adwent
Kościoła, związany ze zbliżającym się kresem drugiego tysiąclecia, przybliżył
nas do Tego, o którym Pismo Święte mówi: „Wielkie będzie Jego panowanie”, Pater
futuri saeculi? (Iz 9, 6). Jest to podstawowe pytanie, które musi sobie stawiać
nowy Papież, kiedy w duchu posłuszeństwa wiary przyjmuje Chrystusowe wezwanie
tyle razy wyrażone pod adresem Piotra: „paś baranki moje” (J 21, 15), co znaczy:
bądź pasterzem mojej owczarni, a kiedy indziej znowu: „Ty ze swej strony
utwierdzaj swoich braci” (Łk 22, 32).
I tutaj właśnie, Drodzy Bracia, a zarazem umiłowani Synowie i Córki, jedna
narzuca się odpowiedź, zasadnicza i podstawowa. Jeden zwrot ducha, jeden
kierunek umysłu, woli i serca: ad Christum Redemptorem hominis, ad Christum
Redemptorem mundi. Ku Niemu kierujemy nasze spojrzenie, powtarzając wyznanie św.
Piotra: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego”, bo tylko w
Nim, Synu Bożym, jest nasze zbawienie (J 6, 68; por. Dz 4, 8 nn.). Poprzez całą
tak bardzo wraz z Soborem rozbudowaną świadomość Kościoła, poprzez wszystkie
warstwy tej świadomości, poprzez wszystkie kierunki działalności, w której
Kościół wyraża siebie, odnajduje i potwierdza siebie — stale musimy dążyć do
Tego, który jest Głową (por. Ef 1, 10. 22; 4, 25; Kol 1, 18), do Tego, „przez
którego wszystko się stało i dzięki któremu także my jesteśmy” (1 Kor 8, 6; por.
Kol, 17), który równocześnie jest „drogą i prawdą” (J 14, 6) i
„zmartwychwstaniem i życiem” (J 11, 25); do Tego, którego widząc, widzimy także
i Ojca (por. J 14, 9), do Tego, którego odejście przez Krzyż, a potem
Wniebowstąpienie było pożyteczne dla nas (por. J 16, 7), ażeby Pocieszyciel
przyszedł do nas i stale przychodził: Duch Prawdy (por. J 16, 7. 13). W Nim są
„wszystkie skarby mądrości i wiedzy” (Kol 2, 3), Kościół jest Jego Ciałem (por.
Rz 12, 5; 1 Kor 6, 15; 10, 17; 12, 12. 27; Ef 1, 23; 2, 16; 4, 4; Kol 1, 24; 3,
15), „jest w Chrystusie niejako sakramentem, czyli znakiem i narzędziem
wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego”6,
którego źródłem jest On! On Sam! Redemptor!
Kościół nie przestaje słuchać Jego słów, odczytuje je wciąż na nowo, każdy
szczegół Jego życia odtwarza z największym pietyzmem. Ale przecież tych słów
słuchają nie tylko chrześcijanie. To życie przemawia równocześnie do tylu ludzi,
którzy nie potrafią na razie powiedzieć wraz z Piotrem: „Ty jesteś Mesjasz, Syn
Boga żywego” (Mt 16, 16). „Chrystus, Syn Boga żywego”, przemawia do ludzi
równocześnie jako Człowiek. Przemawia Jego życie, Jego człowieczeństwo, Jego
wierność prawdzie, Jego miłość wszystkich ogarniająca. Przemawia z kolei Jego
śmierć na Krzyżu, zdumiewająca głębia cierpienia i oddania. Kościół nie
przestaje przeżywać Jego śmierci na Krzyżu i Jego Zmartwychwstania. Są one
treścią codziennego życia Kościoła. Z ustanowienia bowiem samego Chrystusa —
swojego Pana — Kościół stale sprawuje Eucharystię, znajdując w niej „źródło
życia i świętości” (por. Litania do Najświętszego Serca Pana Jezusa), znak
skuteczny łaski i pojednania z Bogiem, zapowiedź życia wiecznego. Kościół żyje
Jego tajemnicą, czerpie z niej bez wytchnienia i stale szuka dróg, ażeby tę
tajemnicę swojego Mistrza i Pana przybliżać ludzkości: ludom, narodom, coraz
nowym pokoleniom, każdemu człowiekowi — jakby wciąż powtarzał za Apostołem:
„postanowiłem (...) nie znać niczego więcej, jak tylko Chrystusa, i to
ukrzyżowanego” (1 Kor 2, 2). Kościół trwa w kręgu Tajemnicy Odkupienia, która
stała się najgłębszą zasadą jego życia i jego posłannictwa.
Odkupienie odnowionym stworzeniem
8. Redemptor mundi! W Nim objawiła się niejako na nowo ta podstawowa prawda o
stworzeniu, którą Księga Rodzaju wyznaje, powtarzając po tylekroć: „widział Bóg,
że było dobre (...) że było bardzo dobre” (por. Rdz 1). Dobro ma swoje źródło w
Mądrości i Miłości. W Jezusie Chrystusie świat widzialny, stworzony przez Boga
dla człowieka (por. Rdz 1, 26 nn.) — świat, który wraz z grzechem został poddany
marności7 — odzyskuje na nowo swą pierwotną więź z samym Boskim źródłem Mądrości
i Miłości, Tak bowiem „Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał” (J
3, 16). I tak jak w człowieku-Adamie ta więź została zerwana, tak w
Człowieku-Chrystusie zostaje ona nawiązana na nowo (por. Rz 5, 12 nn.). Czyż do
nas, ludzi XX wieku nie przemawiają swą wstrząsającą wymową słowa Apostoła
Narodów o stworzeniu, które „aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia” (Rz 8,
22) i „oczekuje objawienia się synów Bożych...” (Rz 8, 19), o stworzeniu, które
„poddane jest marności”? Czyż olbrzymi, nie znany przedtem postęp, jaki dokonał
się w ciągu tego zwłaszcza stulecia w dziedzinie opanowania świata przez
człowieka, nie ujawnia zarazem w stopniu przedtem nieznanym owego wielorakiego
„poddania marności”? Wystarczy wspomnieć choćby o takich zjawiskach jak
zagrożenie ludzkiego środowiska w miejscach gwałtownej industrializacji, jak
wciąż wybuchające i odnawiające się konflikty zbrojne, jak perspektywa
samozniszczenia przy pomocy broni atomowej, wodorowej, neutronowej i innych, jak
brak poszanowania dla życia nie narodzonych. Czyż świat nowej epoki, świat lotów
kosmicznych, nieosiągalnych przedtem zdobyczy nauki i techniki, nie jest
równocześnie tym światem, który „jęczy i wzdycha” (Rz 8, 22), gdyż wciąż „z
upragnieniem oczekuje objawienia się synów Bożych”? (Rz 8, 19).
Sobór Watykański II w swej wnikliwej analizie „świata współczesnego” stale
docierał do tego najważniejszego w widzialnym stworzeniu punktu, którym jest
człowiek, zstępując — tak jak Chrystus — w głąb ludzkich sumień, dotykając
wewnętrznej tajemnicy człowieka, tej którą w języku biblijnym i pozabiblijnym
również wyraża „serce”. Chrystus-Odkupiciel świata jest Tym, który dotknął w
sposób jedyny i niepowtarzalny tajemnicy człowieka, który wszedł w Jego „serce”.
Słusznie przeto Sobór Watykański II uczy: „Tajemnica człowieka wyjaśnia się
naprawdę dopiero w tajemnicy Słowa Wcielonego. Albowiem Adam, pierwszy człowiek,
był figurą przyszłego, mianowicie Chrystusa Pana. Chrystus, nowy Adam, już w
samym objawieniu tajemnicy Ojca i Jego Miłości objawia w pełni człowieka samemu
człowiekowi i okazuje mu najwyższe jego powołanie”, I dalej: „Ten, który jest
«obrazem Boga niewidzialnego» (Kol 1, 15), jest człowiekiem doskonałym, który
przywrócił synom Adama podobieństwo Boże, zniekształcone od czasu pierwszego
grzechu. Skoro w nim przybrana natura nie uległa zniszczeniu, tym samym została
ona wyniesiona również w nas do wysokiej godności. Albowiem On, Syn Boży, przez
wcielenie swoje zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem. Ludzkimi rękami
pracował, ludzkim myślał umysłem, ludzką działał wolą, ludzkim sercem kochał,
urodzony z Maryi Dziewicy, stał się prawdziwie jednym z nas, we wszystkim do nas
podobny oprócz grzechu”8. Redemptor hominis!
Boski wymiar tajemnicy Odkupienia
9. Rozważając na nowo te wspaniałe zdania nauki soborowej, nie zapominamy ani na
chwilę, że „Jezus Chrystus — Syn Boga żywego, stał się naszym pojednaniem u
Ojca” (por. Rz 5, 11; Kol 1, 20). Że to On właśnie i On jeden uczynił zadość tej
odwiecznej miłości, właśnie temu Ojcostwu, które od początku wyraziło się w
stworzeniu świata, w obdarowaniu człowieka całym bogactwem tego stworzenia, w
uczynieniu go „niewiele mniejszym od istot niebieskich” (Ps 8, 6), bo stworzonym
na obraz Boży i Bogu podobnego (por. Rdz 1, 26) — a z kolei przecież Ojcostwu i
miłości niejako odepchniętej przez człowieka wraz ze złamaniem pierwszego
Przymierza (por. Rdz 3, 6 nn.) i łamaniem tych dalszych, które Bóg wielokrotnie
zawierał z ludźmi (por. IV Modlitwa Eucharystyczna). Odkupienie świata — owa
wstrząsająca tajemnica miłości, w której niejako na nowo „powtarza się”
tajemnica stworzenia9 — jest w swoim najgłębszym rdzeniu „usprawiedliwieniem”
człowieka w jednym ludzkim Sercu: w Sercu Jednorodzonego Syna, ażeby mogło ono
stawać się sprawiedliwością serc tylu ludzi, w tym Przedwiecznym Jednorodzonym
Synu przybranych odwiecznie za synów (por. Rz 8, 29 n.; Ef 1, 8) i wezwanych do
Łaski, wezwanych do Miłości. Krzyż na Kalwarii, poprzez który Jezus
Chrystus-Człowiek, Syn Maryi Dziewicy, przybrany Syn Józefa z Nazaretu —
„odchodzi” z tego świata, jest równocześnie nowym otwarciem odwiecznego Ojcostwa
Boga, który w Nim na nowo przybliża się do ludzkości, do każdego człowieka,
obdarzając go tym trzykroć świętym „Duchem Prawdy” (J 16, 13).
W tym objawieniu Ojca, w tym wylaniu Ducha Świętego, które wyciskają jakby
niezniszczalną pieczęć na Tajemnicy Odkupienia, tłumaczy się sens krzyża i
śmierci Chrystusa. Bóg stworzenia objawia się jako Bóg odkupienia, jako Bóg,
który jest wierny Sobie Samemu (por. 1 Tes 5, 24), wierny swej miłości do
człowieka i do świata, wyrażonej w dniu stworzenia. A miłość Jego nie cofa się
przed niczym, czego w Nim Samym domaga się sprawiedliwość I dlatego Synowi
swojemu nie przepuścił, ale Go „dla nas grzechem uczynił” (2 Kor 5, 21; por. Ga
3, 13). Jeśli „uczynił grzechem” absolutnie Bezgrzesznego, to dlatego, aby
objawić miłość, która zawsze jest większa od całego stworzenia, która jest Nim
Samym, gdyż „Bóg jest miłością” (1 J 4, 8. 16). A nade wszystko jest Ona większa
od grzechu, od słabości, od „marności stworzenia” (Rz 8, 20), potężniejsza od
śmierci — stale gotowa dźwigać, przebaczać, stale gotowa wychodzić na spotkanie
marnotrawnego dziecka (por. Łk 15, 11 nn.), stale szukająca „objawienia się
synów Bożych” (Rz 8, 19), którzy są wezwani do chwały (Rz 8, 18). To objawienie
miłości nazywa się również miłosierdziem10. To objawienie miłości i miłosierdzia
ma w dziejach człowieka jedną postać i jedno imię. Nazywa się: Jezus Chrystus.
Ludzki wymiar tajemnicy odkupienia
10. Człowiek nie może żyć bez miłości. Człowiek pozostaje dla siebie istotą
niezrozumiałą, jego życie jest pozbawione sensu, jeśli nie objawi mu się Miłość,
jeśli nie spotka się z Miłością, jeśli jej nie dotknie i nie uczyni w jakiś
sposób swoją, jeśli nie znajdzie w niej żywego uczestnictwa. I dlatego właśnie
Chrystus-Odkupiciel, jak to już zostało powiedziane, „objawia w pełni człowieka
samemu człowiekowi”. To jest ów — jeśli tak wolno się wyrazić — ludzki wymiar
Tajemnicy Odkupienia. Człowiek odnajduje w nim swoją właściwą wielkość, godność
i wartość swego człowieczeństwa. Człowiek zostaje w Tajemnicy Odkupienia na nowo
potwierdzony, niejako wypowiedziany na nowo. Stworzony na nowo! „Nie ma już Żyda
ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma mężczyzny ani
kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie” (Ga 3, 28).
Człowiek, który chce zrozumieć siebie do końca — nie wedle jakichś tylko
doraźnych, częściowych, czasem powierzchownych, a nawet pozornych kryteriów i
miar swojej własnej istoty — musi ze swoim niepokojem, niepewnością, a także
słabością i grzesznością, ze swoim życiem i śmiercią, przybliżyć się do
Chrystusa. Musi niejako w Niego wejść z sobą samym, musi sobie „przyswoić”,
zasymilować całą rzeczywistość Wcielenia i Odkupienia, aby siebie odnaleźć.
Jeśli dokona się w człowieku ów dogłębny proces, wówczas owocuje on nie tylko
uwielbieniem Boga, ale także głębokim zdumieniem nad sobą samym. Jakąż wartość
musi mieć w oczach Stwórcy człowiek, skoro zasłużył na takiego i tak potężnego
Odkupiciela (por. hymn Exsultet z Wigilii Wielkanocnej), skoro Bóg „Syna swego
Jednorodzonego dał”, ażeby on, człowiek „nie zginął, ale miał życie wieczne”
(por. J 3, 16).
Właśnie owo głębokie zdumienie wobec wartości. i godności człowieka nazywa się
Ewangelią, czyli Dobrą Nowiną. Nazywa się też chrześcijaństwem. Stanowi o
posłannictwie Kościoła w świecie — również, a może nawet szczególnie — „w
świecie współczesnym”. Owo zdumienie, a zarazem przeświadczenie, pewność, która
w swym głębokim korzeniu jest pewnością wiary, ale która w sposób ukryty ożywia
każdą postać prawdziwego humanizmu — pozostają najściślej związane z Chrystusem.
Ono wyznacza zarazem Jego miejsce. Jego — jeśli tak można się wyrazić —
szczególne prawo obywatelstwa w dziejach człowieka i ludzkości. Kościół, który
nie przestaje kontemplować całej tajemnicy Chrystusa, wie z całą pewnością
wiary, że Odkupienie, które przyszło przez Krzyż, nadało człowiekowi ostateczną
godność i sens istnienia w świecie, sens w znacznej mierze zagubiony przez
grzech. I dlatego też to Odkupienie wypełniło się w tajemnicy paschalnej,
prowadzącej przez krzyż i śmierć do zmartwychwstania.
Jest to podstawowe zadanie Kościoła we wszystkich epokach, a w szczególności w
epoce naszej, aby skierowywał wzrok człowieka, aby skierowywał świadomość i
doświadczenie całej ludzkości w stronę tajemnicy Chrystusa, aby pomagał
wszystkim ludziom obcować z głębią Odkupienia, która jest w Jezusie Chrystusie.
Przez to samo dotykamy równocześnie największej głębi człowieka: ludzkich serc,
ludzkich sumień, ludzkich spraw.
Tajemnica Chrystusa u podstaw Misji Kościoła i Chrześcijaństwa
11. Sobór Watykański II dokonał olbrzymiej pracy dla ukształtowania owej pełnej
i wszechstronnej świadomości Kościoła, o jakiej pisał Papież Paweł VI w swej
pierwszej Encyklice. Świadomość ta — czy raczej samoświadomość Kościoła —
kształtuje się równocześnie „w dialogu”, który zanim stanie się rozmową, musi
naprzód być skierowaniem własnej uwagi w stronę „drugiego”, tego właśnie z kim
mamy rozmawiać. Sobór Watykański II dokonał podstawowej pracy dla ukształtowania
samoświadomości Kościoła właśnie przez to, że tak trafnie i kompetentnie
pozwolił nam spojrzeć na ten wielki obszar ludzkości, który pokryty jest „mapą”
różnych religii. Ukazał również, jak na tę mapę religii nakłada się — nieznaną
przedtem, a znamienną dla współczesności warstwą — zjawisko ateizmu w różnych
postaciach, przede wszystkim ateizmu programowego, który jest cechą pewnych
systemów politycznych.
Jeśli mowa o religii, to chodzi tu naprzód o religię jako zjawisko powszechne,
towarzyszące dziejom człowieka od początku — chodzi z kolei o różne religie
pozachrześcijańskie oraz o samo chrześcijaństwo. Dokument, jaki Sobór poświęcił
religiom pozachrześcijańskim, jest przede wszystkim pełen głębokiego
poszanowania dla wielkich wartości duchowych, owszem — dla pierwszeństwa tego,
co duchowe, a co w życiu ludzkim wyraża się poprzez religię, a i kolei przez
moralność, promieniując na całą kulturę. Słusznie Ojcowie Kościoła widzieli w
różnych religiach jakby refleksy jednej prawdy „semina Verbi”11, które świadczą
o tym, że na różnych wprawdzie drogach, ale przecież jakby w jednym kierunku
postępuje to najgłębsze dążenie ducha ludzkiego, które wyraża się w szukaniu
Boga — a zarazem w szukaniu poprzez dążenie do Boga — pełnego wymiaru
człowieczeństwa, pełnego sensu życia ludzkiego. Osobną uwagę poświęcił Sobór
religii Izraela, wspominając ogromne dziedzictwo duchowe wspólne chrześcijanom i
Żydom. Odniósł się z szacunkiem do wyznawców Islamu, których wiara chętnie
nawiązuje do Abrahama12.
Poprzez otwarcie, jakiego dokonał Sobór Watykański II, Kościół i wszyscy
chrześcijanie mogli osiągnąć jeszcze pełniejszą świadomość tajemnicy Chrystusa
Jest to „tajemnica (...) ukryta od wieków” (Kol 1, 26) w Bogu po to, aby objawić
się w czasie, aby objawić się w Człowieku Jezusie Chrystusie — i aby wciąż się
objawiać, nieustannie, w każdym czasie. W Chrystusie i przez Chrystusa
najpełniej objawił się ludzkości Bóg, najbardziej się do niej przybliżył — i
równocześnie w Chrystusie i przez Chrystusa człowiek zdobył pełną świadomość
swojej godności, swojego wyniesienia, transcendentnej wartości samego
człowieczeństwa, sensu swojego bytowania.
Trzeba przeto, ażebyśmy wszyscy — wyznawcy Chrystusa — spotkali się i
zjednoczyli wokół Niego Samego. Zjednoczenie to w różnych zakresach życia,
tradycji, ustroju, dyscypliny poszczególnych Kościołów czy Wspólnot kościelnych,
nie może dokonać się bez gruntownej pracy zmierzającej do wzajemnego poznania i
usunięcia przeszkód na drodze pełniejszej jedności. Jednakże w tym jednym możemy
i winniśmy już teraz osiągnąć i ujawnić światu naszą jedność: w głoszeniu
tajemnicy Chrystusa, w ujawnianiu Boskiego, a równocześnie ludzkiego wymiaru
Odkupienia, w zmaganiu się wytrwałym i niestrudzonym o tę godność, jaką każdy
człowiek osiągnął i stale osiąga w Chrystusie, która jest godnością Łaski Bożego
przybrania, a równocześnie godnością wewnętrznej prawdy człowieczeństwa, która —
skoro w powszechnej świadomości świata współczesnego zasługuje na tak zasadnicze
uwydatnienie — jeszcze bardziej się uwydatnia dla nas w świetle tej
Rzeczywistości, jaką jest On: Jezus Chrystus.
Jezus Chrystus jest stałym początkiem i nieustającym ośrodkiem Misji, jaką Sam
Bóg skierował do człowieka. W tej Misji musimy wszyscy uczestniczyć, musimy
skupić w niej wszystkie nasze siły, jest ona bowiem jakby bardziej jeszcze
potrzebna ludzkości naszej epoki niż kiedykolwiek. A jeśli Misja ta zdaje się
napotykać we współczesnej epoce na opory większe niż kiedykolwiek, to
okoliczność ta również świadczy o tym, że jest ona w tej epoce bardziej
potrzebna i bardziej — pomimo oporów — oczekiwana niż kiedykolwiek. Dotykamy
tutaj pośrednio owej tajemnicy Bożej Ekonomii, która zbawienie i łaskę połączyła
z Krzyżem. Nie na darmo Chrystus mówił, że „Królestwo niebieskie doznaje gwałtu
i ludzie gwałtowni zdobywają je” (Mt 11, 12). Mówił też, że „synowie tego świata
roztropniejsi są (...) niż synowie światłości” (Łk 16, 8). Przyjmujemy chętnie
tę naganę, aby jak owi „gwałtownicy Boży”, na których patrzyliśmy tyle razy w
dziejach Kościoła i patrzymy także dzisiaj, zjednoczyć się w poczuciu wielkiej
misji: okazywać światu Chrystusa, pomagać każdemu człowiekowi, aby odnalazł
siebie w Nim, pomagać współczesnemu pokoleniu naszych braci i sióstr, ludom,
narodom, ustrojom, ludzkości, krajom, które znajdują się dopiero na drodze
rozwoju i krajom „przerostu”, wszystkim — poznawać „niezgłębione bogactwo
Chrystusa” (Ef 3, 8), bo ono jest dla każdego człowieka. Ono jest dobrem każdego
człowieka.
Misja Kościoła a wolność człowieka
12. W tej jedności Misji, o której stanowi przede wszystkim Sam Chrystus,
Kościół i wszyscy chrześcijanie muszą odnaleźć to, co już ich łączy wcześniej,
zanim dojrzeje pełne ich zjednoczenie. Jest to jedność apostolska i misyjna —
misyjna i apostolska. W tej jedności zbliżamy się do całego wspaniałego
dziedzictwa ducha ludzkiego, które wypowiedziało się we wszystkich religiach,
jak o tym mówi Deklaracja Soboru Watykańskiego II13. Zbliżamy się; równocześnie
do wszystkich kultur, światopoglądów, do wszystkich ludzi dobrej woli. Zbliżamy
się z tą czcią i poszanowaniem, jakie od czasów apostolskich stanowiły o
postawie misyjnej i misjonarskiej. Wystarczy przypomnieć św. Pawła, choćby jego
przemówienie na ateńskim Areopagu (Dz 17, 22 nn.). Postawa misyjna i misjonarska
zaczyna się zawsze w poczuciu głębokiego szacunku dla tego, co „w człowieku się
kryje” (J 2, 25), dla tego, co już on sam w głębi swojego ducha wypracował w
zakresie spraw najgłębszych i najważniejszych — szacunku dla tego, co już w nim
zdziałał ten Duch, który „tchnie: tam, gdzie chce” (por. J 3, 8). Misja nie jest
nigdy burzeniem, ale nawiązywaniem i nowym budowaniem, choć praktyka nie zawsze
odpowiadała temu wzniosłemu ideałowi. Nawrócenie zaś, które z niej ma wziąć
początek — wiemy dobrze — jest dziełem Łaski, w którym człowiek ma siebie samego
w pełni odnaleźć.
I dlatego Kościół naszej epoki przywiązuje wielką wagę do tego wszystkiego, co
Sobór Watykański II wypowiedział w Deklaracji o wolności religijnej, zarówno w
pierwszej, jak i drugiej części tego dokumentu14. Odczuwamy głęboko
zobowiązujący charakter Prawdy, która została nam objawiona przez Boga.
Odczuwamy szczególnie wielką za tę prawdę odpowiedzialność. Kościół z
ustanowienia Chrystusa jest jej stróżem i nauczycielem, obdarzonym szczególną
pomocą Ducha Świętego, aby tej Bożej prawdy wiernie mógł strzec, aby mógł jej
bezbłędnie nauczać (por. J 14, 26). Spełniając to posłannictwo, patrzymy na
samego Jezusa Chrystusa, na Tego, który jest Pierwszym Ewangelizatorem15,
patrzymy również na Jego Apostołów, Męczenników i Wyznawców. Deklaracja o
wolności religijnej w sposób przekonywujący ukazuje, jak Chrystus Pan, a z kolei
Apostołowie, w przepowiadaniu prawdy, która nie jest ludzka, ale Boża — „Moja
nauka nie jest moja, lecz Tego, który Mnie posłał”, (J 7, 16) Ojca — postępując
z całą mocą ducha, równocześnie zachowują głębokie poszanowanie dla człowieka,
dla jego rozumu i woli, dla jego sumienia i wolności16. W ten sposób sama
osobowa godność człowieka staje się treścią tego przepowiadania, nawet bez słów,
ale przez sposób odnoszenia się do niej. Ten sposób dzisiaj zdaje się odpowiadać
na szczególną potrzebę naszych czasów. Skoro zaś nie wszystko to, w czym różne
systemy, a także poszczególni ludzie, widzą wolność i propagują wolność, okazuje
się prawdziwą wolnością człowieka, tym bardziej Kościół w imię swej Bożej misji
staje się stróżem tej wolności, która warunkuje prawdziwą godność osoby
ludzkiej.
Jezus Chrystus wychodzi na spotkanie człowieka każdej epoki, również i naszej
epoki, z tymi samymi słowami: „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8, 32);
uczyni was wolnymi. W słowach tych zawiera się podstawowe wymaganie i przestroga
zarazem. Jest to wymaganie rzetelnego stosunku do prawdy jako warunek prawdziwej
wolności Jest to równocześnie przestroga przed jakąkolwiek pozorną wolnością,
przed wolnością rozumianą powierzchownie, jednostronnie, bez wniknięcia w całą
prawdę o człowieku i o świecie Chrystus przeto również i dziś, po dwóch
tysiącach lat, staje wśród nas jako Ten, który przynosi człowiekowi wolność
opartą na prawdzie, który człowieka wyzwala od tego, co tę wolność ogranicza,
pomniejsza, łamie u samego niejako korzenia, w duszy człowieka, w jego sercu, w
jego sumieniu. Jakże wspaniałym potwierdzeniem tego byli i stale są ci wszyscy
ludzie, którzy dzięki Chrystusowi i w Chrystusie osiągnęli prawdziwą wolność i
ukazali ją, choćby nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia.
A Jezus Chrystus sam — wówczas, kiedy już jako więzień stanął przed trybunałem
Piłata, kiedy był przez niego pytany, o co oskarżali Go przedstawiciele
Sanhedrynu — czyż nie odpowiedział: „Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem
na świat, aby dać świadectwo prawdzie” (J 18, 37)? Tymi słowami, które
wypowiedział wobec sędziego w decydującym momencie, jakby raz jeszcze powtórzył
wygłoszone ongiś zdanie: „poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. Czyż przez
tyle stuleci i pokoleń, poczynając od czasów apostolskich, Jezus Chrystus nie
stawał wielokrotnie obok ludzi sądzonych z powodu prawdy, czyż nie szedł na
śmierć z ludźmi skazywanymi z powodu prawdy? Czyż wciąż nie przestaje On być
wyrazem i rzecznikiem człowieka żyjącego „w duchu i prawdzie” (por. J 4, 23)?
Tak jak nie przestaje nim być wobec Ojca, tak też i wobec dziejów człowieka.
Kościół zaś — pomimo wszystkich ludzkich słabości, które są również udziałem
jego ludzkich dziejów — nie przestaje podążać za Tym, który powiedział:
„nadchodzi jednak godzina, owszem już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą
oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie, a takich to czcicieli chce mieć Ojciec.
Bóg jest Duchem; potrzeba więc, by czciciele Jego oddawali Mu cześć w Duchu i
prawdzie” (J 4, 23 n.).
III
Człowiek odkupiony i jego sytuacja w świecie współczesnym
Chrystus zjednoczył się z każdym człowiekiem
13. Kiedy poprzez doświadczenia rosnącej jakby w przyśpieszonym tempie rodziny
ludzkiej wpatrujemy się w tajemnicę Jezusa Chrystusa, coraz jaśniej rozumiemy,
że u podstaw tych wszystkich dróg, jakimi zgodnie z wielką mądrością Papieża
Pawła VI17 winien kroczyć Kościół naszych czasów, znajduje się jedna jedyna
droga; droga wypróbowana poprzez stulecia, która jest zarazem drogą przyszłości.
Tę przede wszystkim drogę wskazał nam Chrystus Pan, gdy — jak głosi Sobór — „On,
Syn Boży, przez wcielenie swoje zjednoczył się jakoś z każdym człowiekiem”18.
Kościół widzi więc swoje podstawowe zadanie w tym, aby to zjednoczenie
nieustannie mogło się urzeczywistniać i odnawiać. Kościół temu jednemu pragnie
służyć, ażeby każdy człowiek mógł odnaleźć Chrystusa, aby Chrystus mógł z każdym
iść przez życie mocą tej prawdy o człowieku i o świecie, która zawiera się w
Tajemnicy Wcielenia i Odkupienia, mocą tej miłości, jaka z niej promieniuje. Na
tle narastających w dziejach procesów, które w naszej epoce w szczególny sposób
zdają się owocować, w obrębie różnych systemów, światopoglądów, ustrojów, Jezus
Chrystus staje się jak gdyby na nowo obecny — wbrew wszystkim pozorom Jego
nieobecności, wbrew wszystkim ograniczeniom instytucjonalnej obecności i
działalności Kościoła — Jezus Chrystus staje się obecny mocą tej prawdy i
miłości, która w Nim wyraziła się w jedynej i niepowtarzalnej pełni, chociaż
Jego życie na ziemi było krótkie, a działalność publiczna jeszcze o wiele
krótsza.
Jezus Chrystus jest tą zasadniczą drogą Kościoła. On sam jest naszą drogą „do
domu Ojca” (por. J 14, 1 nn.). Jest też drogą do każdego człowieka. Na tej
drodze, która prowadzi od Chrystusa do człowieka, na tej drodze, na której
Chrystus „jednoczy się z każdym człowiekiem”, Kościół nie może być przez nikogo
zatrzymany. Domaga się tego doczesne i wieczne dobro człowieka. Kościół ze
względu na Chrystusa, z racji tej tajemnicy, która jest własnym życiem Kościoła,
nie może też nie być wrażliwy na wszystko, co służy prawdziwemu dobru człowieka
— jak też nie może być obojętny na to, co mu zagraża. Sobór Watykański II na
wielu miejscach, wypowiedział tę podstawową troskę Kościoła, aby „życie ludzkie
na ziemi uczynić godnym człowieka”19 pod każdym względem, aby czynić je „coraz
bardziej ludzkim”20. Jest to troska samego Chrystusa — Dobrego Pasterza
wszystkich ludzi. W imię tej troski — jak czytamy w Konstytucji pastoralnej
Soboru — „Kościół, który z racji swego zadania i kompetencji w żaden sposób nie
utożsamia się ze wspólnotą polityczną, ani nie wiąże się z żadnym systemem
politycznym, jest zarazem znakiem i zabezpieczeniem transcendentnego charakteru
osoby ludzkiej”21.
Chodzi więc tutaj o człowieka w całej jego prawdzie, w pełnym jego wymiarze. Nie
chodzi o człowieka „abstrakcyjnego”, ale rzeczywistego, o człowieka
„konkretnego”, „historycznego”. Chodzi o człowieka „każdego” — każdy bowiem jest
ogarnięty Tajemnicą Odkupienia, z każdym Chrystus w tej tajemnicy raz na zawsze
się zjednoczył. Każdy człowiek przychodzi na ten świat, poczynając się w łonie
swej matki i rodząc się z niej, jest z tej właśnie racji powierzony trosce
Kościoła. Troska ta dotyczy człowieka całego, równocześnie jest ona na nim
skoncentrowana w szczególny sposób. Przedmiotem tej troski jest człowiek w
swojej jedynej i niepowtarzalnej rzeczywistości człowieczej, w której trwa
niczym nienaruszony „obraz i podobieństwo” Boga samego (por. Rdz 1, 27). Na to
właśnie wskazuje również Sobór, gdy mówiąc o tym podobieństwie przypomina, że
człowiek jest „jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego
samego”22. Człowiek, tak jak jest „chciany” przez Boga, tak jak został przez
Niego odwiecznie „wybrany”, powołany, przeznaczony do łaski i do chwały — to
jest właśnie człowiek „każdy”, najbardziej „konkretny” i najbardziej „realny”:
człowiek w całej pełni tajemnicy, która stała się jego udziałem w Jezusie
Chrystusie, która nieustannie staje się udziałem każdego z tych czterech
miliardów ludzi żyjących na naszej planecie, od chwili kiedy się poczynają pod
sercem matki.
Wszystkie drogi Kościoła prowadzą do człowieka
14. Kościół nie może odstąpić człowieka, którego „los” — to znaczy wybranie i
powołanie, narodziny i śmierć, zbawienie lub odrzucenie — w tak ścisły i
nierozerwalny sposób zespolone są z Chrystusem. A jest to równocześnie przecież
każdy człowiek na tej planecie — na tej ziemi — którą oddał Stwórca pierwszemu
człowiekowi, mężczyźnie i kobiecie, mówiąc: czyńcie ją sobie poddaną (por. Rdz
1, 28). Każdy człowiek w całej tej niepowtarzalnej rzeczywistości bytu i
działania, świadomości i woli, sumienia i „serca”. Człowiek, który — każdy z
osobna (gdyż jest właśnie „osobą”) — ma swoją własną historię życia, a nade
wszystko swoje własne „dzieje duszy”. Człowiek, który zgodnie z wewnętrzną
otwartością swego ducha, a zarazem z tylu i tak różnymi potrzebami ciała, swej
doczesnej egzystencji, te swoje osobowe dzieje pisze zawsze poprzez rozliczne
więzi, kontakty, układy, kręgi społeczne, jakie łączą go z innymi ludźmi — i to
począwszy już od pierwszej chwili zaistnienia na ziemi, od chwili poczęcia i
narodzin. Człowiek w całej prawdzie swego istnienia i bycia osobowego i zarazem
„wspólnotowego”, i zarazem „społecznego” — w obrębie własnej rodziny, w obrębie
tylu różnych społeczności, środowisk, w obrębie swojego narodu czy ludu (a może
jeszcze tylko klanu lub szczepu), w obrębie całej ludzkości — ten człowiek jest
pierwszą drogą, po której winien kroczyć Kościół w wypełnianiu swojego
posłannictwa, jest pierwszą i podstawową drogą Kościoła, drogą wyznaczoną przez
samego Chrystusa, drogą, która nieodmiennie prowadzi przez Tajemnice Wcielenia i
Odkupienia.
Tego to właśnie człowieka w całej prawdzie jego życia, jego sumienia, w jego
nieustannie się potwierdzającej grzeszności, a równocześnie w nieustannie się
ujawniającej dążności do prawdy, dobra, piękna, do sprawiedliwości i miłości,
miał przed oczyma Sobór Watykański II, gdy rysując jego sytuację w świecie
współczesnym, od zewnętrznych komponentów tej sytuacji zstępował stale w
immanentną prawdę człowieczeństwa: „W samym bowiem człowieku wiele elementów
zwalcza się nawzajem. Będąc bowiem stworzeniem, doświadcza on z jednej strony
wielorakich ograniczeń, z drugiej strony czuje się nieograniczony w swoich
pragnieniach i powołany do wyższego życia. Przyciągany wielu ponętami, musi
wciąż wybierać między nimi i wyrzekać się niektórych. Co więcej, będąc słabym i
grzesznym, nierzadko czyni to, czego nie chce, nie zaś to, co chciałby czynić.
Stąd cierpi rozdarcie w samym sobie, z czego z kolei tyle i tak wielkich
rozdźwięków rodzi się w społeczeństwie”23.
Ten człowiek jest drogą Kościoła — drogą, która prowadzi niejako u podstawy tych
wszystkich dróg, jakimi Kościół kroczyć powinien, ponieważ człowiek — każdy bez
wyjątku — został odkupiony przez Chrystusa, ponieważ z człowiekiem — każdym bez
wyjątku — Chrystus jest w jakiś sposób zjednoczony, nawet gdyby człowiek nie
zdawał sobie z tego sprawy: „Chrystus, który za wszystkich umarł i
zmartwychwstał, może człowiekowi przez Ducha swego udzielić światła i sił, aby
zdolny był odpowiedzieć najwyższemu swemu powołaniu”24.
Ponieważ więc ten człowiek jest drogą Kościoła, drogą jego codziennego życia i
doświadczenia, posłannictwa i trudów — Kościół naszej epoki musi być wciąż na
nowo świadomy jego „sytuacji” — to znaczy świadomy równocześnie jego możliwości,
które wciąż na nowo się ukierunkowują i w ten sposób ujawniają. Musi być
równocześnie świadomy zagrożeń, świadomy tego wszystkiego, co wydaje się być
przeciwne temu, aby „życie ludzkie stawało się coraz bardziej ludzkie”25, aby
wszystko, co na to życie się składa, odpowiadało prawdziwej godności człowieka;
po prostu musi być świadomy wszystkiego, co jest temu przeciwne.
Czego lęka się współczesny człowiek
15. Zachowując przeto w żywej pamięci obraz, jaki w sposób tak bardzo wnikliwy i
kompetentny nakreślił Sobór Watykański II, postaramy się obraz ten raz jeszcze
dostosować do „znaków czasu”, a także do wymogów sytuacji, która stale się
zmienia i narasta w określonych kierunkach.
Człowiek dzisiejszy zdaje się być stale zagrożony przez to, co jest jego własnym
wytworem, co jest wynikiem pracy jego rąk, a zarazem — i bardziej jeszcze —
pracy jego umysłu, dążeń jego woli Owoce tej wielorakiej działalności człowieka
zbyt rychło, i w sposób najczęściej nie przewidywany, nie tylko i nie tyle
podlegają „alienacji” w tym sensie, że zostają odebrane temu, kto je wytworzył,
ile — przynajmniej częściowo, w jakimś pochodnym i pośrednim zakresie skutków —
skierowują się przeciw człowiekowi. Zostają przeciw niemu skierowane lub mogą
zostać skierowane przeciw niemu. Na tym zdaje się polegać główny rozdział
dramatu współczesnej ludzkiej egzystencji w jej najszerszym i
najpowszechniejszym wymiarze. Człowiek coraz bardziej bytuje w lęku. Żyje w
lęku, że jego wytwory — rzecz jasna nie wszystkie i nie większość, ale niektóre,
i to właśnie te, które zawierają w sobie szczególną miarę ludzkiej pomysłowości
i przedsiębiorczości — mogą zostać obrócone w sposób radykalny przeciwko
człowiekowi. Mogą stać się środkami i narzędziami jakiegoś wręcz
niewyobrażalnego samozniszczenia, wobec którego wszystkie znane nam z dziejów
kataklizmy i katastrofy zdają się blednąć. Musi przeto zrodzić się pytanie, na
jakiej drodze owa dana człowiekowi od początku władza, mocą której miał czynić
ziemię sobie poddaną (por. Rdz 1, 28), obraca się przeciwko człowiekowi,
wywołując zrozumiały stan niepokoju, świadomego czy też podświadomego lęku,
poczucie zagrożenia, które na różne sposoby udziela się współczesnej rodzinie
ludzkiej i w różnych postaciach się ujawnia.
Ów stan zagrożenia człowieka ze strony wytworów samego człowieka ma różne
kierunki i różne stopnie nasilenia. Zdaje się, że jesteśmy coraz bardziej
świadomi, iż eksploatacja ziemi, planety, na której żyjemy, domaga się jakiegoś
racjonalnego i uczciwego planowania. Równocześnie eksploatacja ta dla celów nie
tylko przemysłowych, ale także militarnych, niekontrolowany wszechstronnym i
autentycznie humanistycznym planem rozwój techniki, niosą z sobą często
zagrożenie naturalnego środowiska człowieka, alienuje go w stosunku do przyrody,
odrywa od niej. Człowiek zdaje się często nie dostrzegać innych znaczeń swego
naturalnego środowiska, jak tylko te, które służą celom doraźnego użycia i
zużycia. Tymczasem Stwórca chciał, aby człowiek obcował z przyrodą jako jej
rozumny i szlachetny „pan” i „stróż”, a nie jako bezwzględny „eksploatator”.
Rozwój techniki oraz naznaczony panowaniem techniki rozwój cywilizacji
współczesnej domaga się proporcjonalnego rozwoju moralności i etyki. Tymczasem
ten drugi zdaje się, niestety, wciąż pozostawać w tyle. I stąd też ów skądinąd
zdumiewający postęp, w którym trudno nie dostrzegać również tych rzeczywistych
znamion wielkości człowieka, jakie w swych twórczych zalążkach objawiły się na
kartach Księgi Rodzaju już w opisie jego stworzenia (por. Rdz 1-2), musi rodzić
wielorakie niepokoje. Niepokój zaś dotyczy zasadniczej i podstawowej sprawy: czy
ów postęp, którego autorem i sprawcą jest człowiek, czyni życie ludzkie na ziemi
pod każdym względem „bardziej ludzkim”, bardziej „godnym człowieka”? Nie można
żywić wątpliwości, że pod wielu względami czyni je takim. Pytanie jednak, które
uporczywie powraca, dotyczy tego co najistotniejsze: czy człowiek jako człowiek
w kontekście tego postępu staje się lepszy, duchowo dojrzalszy, bardziej
świadomy godności swego człowieczeństwa, bardziej odpowiedzialny, bardziej
otwarty na drugich, zwłaszcza dla potrzebujących, dla słabszych, bardziej gotowy
świadczyć i nieść pomoc wszystkim?
Jest to pytanie, które muszą stawiać sobie chrześcijanie właśnie dlatego, że
Jezus Chrystus tak wszechstronnie uwrażliwił ich na sprawę człowieka. Ale
pytanie to muszą stawiać sobie równocześnie wszyscy ludzie, a zwłaszcza te
środowiska i te społeczeństwa, które mają szczególnie aktywny udział w procesach
współczesnego postępu. Patrząc na te procesy i uczestnicząc w nich, nie możemy
tylko poddawać się euforii, nie możemy wpadać w jednostronne uniesienie dla
naszych osiągnięć, ale musimy wszyscy stawiać sobie z całą rzetelnością,
obiektywizmem i poczuciem moralnej odpowiedzialności zasadnicze pytania związane
z sytuacją człowieka dziś i w dalszej perspektywie. Czy wszystkie dotychczasowe
i dalsze osiągnięcia techniki idą w parze z postępem etyki i z duchowym postępem
człowieka? Czy człowiek jako człowiek w ich kontekście również rozwija się i
postępuje naprzód, czy też cofa się i degraduje w swym człowieczeństwie? Czy
rośnie w ludziach, w „świecie człowieka”, który jest sam w sobie światem dobra i
zła moralnego, przewaga tego pierwszego czy też tego drugiego? Czy w ludziach,
pomiędzy ludźmi, pomiędzy społeczeństwami, narodami, państwami rośnie
sprawiedliwość, solidarność, miłość społeczna, poszanowanie praw każdego —
zarówno człowieka, jak narodu czy ludu — czy też, wręcz przeciwnie, narastają
egoizmy różnego wymiaru, ciasne nacjonalizmy w miejsce autentycznej miłości
ojczyzny, a wreszcie dążenie do panowania nad drugimi wbrew ich słusznym prawom
i zasługom, dążenie zwłaszcza do tego, aby cały rozwój materialny,
techniczno-produkcyjny, wykorzystać dla celów wyłącznego panowania nad drugimi,
dla celów takiego czy innego imperializmu?
Oto pytania zasadnicze, których nie może nie stawiać Kościół, ponieważ w sposób
mniej lub bardziej wyraźny stawiają sobie te pytania miliardy ludzi żyjących we
współczesnym świecie. Temat rozwoju i postępu nie schodzi z ust, tak jak nie
schodzi ze szpalt dzienników i publikacji we wszystkich prawie językach
współczesnego świata. Nie zapominajmy wszakże, iż w tym temacie zawiera się nie
tylko twierdzenie i pewność, zawiera się w nim również pytanie i niepokój. To
drugie jest nie mniej ważne jak pierwsze. Odpowiada ono naturze ludzkiego
poznania. Jeszcze bardziej odpowiada podstawowej potrzebie troski człowieka o
człowieka, o samo jego człowieczeństwo, o przyszłość ludzi na tej ziemi.
Kościół, który jest ożywiony wiarą eschatologiczną, uważa równocześnie tę troskę
o człowieka, o jego człowieczeństwo, o przyszłość ludzi na tej ziemi, a więc o
kierunek całego rozwoju i postępu — za istotny dla swego posłannictwa, za
nierozerwalnie z nim związany. Początek tej troski Kościół znajduje w samym
Jezusie Chrystusie — jak o tym świadczą Ewangelie — w Nim też stale pragnie ją
rozwijać, odczytując sytuację człowieka w świecie współczesnym wedle
najważniejszych znaków naszego czasu.
Postęp czy zagrożenie?
16. Jeśli przeto ten nasz czas, czas zbliżającego się do końca drugiego
tysiąclecia naszej chrześcijańskiej ery, jawi się nam jako czas wielkiego
postępu, to równocześnie też jako czas wielorakiego zagrożenia człowieka, o
którym Kościół musi mówić do wszystkich ludzi dobrej woli, o którym musi z nimi
wciąż rozmawiać. Sytuacja bowiem człowieka w świecie współczesnym wydaje się
daleka od obiektywnych wymagań porządku moralnego, daleka od wymagań
sprawiedliwości, a tym bardziej miłości społecznej. Chodzi tutaj nie o co
innego, tylko właśnie o to, co znalazło wyraz już w pierwszym orędziu Stwórcy
skierowanym do człowieka, gdy oddawał mu ziemię, by czynił ją sobie „poddaną”26.
To pierwotne wezwanie zostało potwierdzone w Tajemnicy Odkupienia przez
Chrystusa Pana, czemu wyraz daje Sobór Watykański II, poświęcając szczególnie
piękne rozdziały swego magisterium „królewskości” człowieka, to znaczy jego
powołaniu do uczestniczenia w królewskiej misji (in munere regali) samego
Chrystusa27. Istotny sens tej „królewskości”, tego „panowania” człowieka w
świecie widzialnym, zadanym mu przez samego Stwórcę, leży w pierwszeństwie etyki
przed techniką, leży w prymacie osoby w stosunku do rzeczy, leży w
pierwszeństwie ducha wobec materii.
I dlatego też trzeba gruntownie śledzić wszystkie procesy rozwoju współczesnego,
trzeba niejako prześwietlać poszczególne jego etapy pod tym właśnie kątem
widzenia. Chodzi o rozwój osób, a nie tylko o mnożenie rzeczy, którymi osoby
mogą się posługiwać. Chodzi o to, aby — jak to sformułował współczesny
myśliciel, a powtórzył Sobór — nie tyle „więcej mieć”, ile „bardziej być”28.
Istnieje bowiem bardzo realne i wyczuwalne już niebezpieczeństwo, że wraz z
olbrzymim postępem w opanowaniu przez człowieka świata rzeczy, człowiek gubi
istotne wątki swego wśród nich panowania, na różne sposoby podporządkowuje im
swoje człowieczeństwo, sam staje się przedmiotem wielorakiej — czasem
bezpośrednio nieuchwytnej — manipulacji poprzez całą organizację życia
zbiorowego, poprzez system produkcji, poprzez nacisk środków przekazu
społecznego. Człowiek nie może zrezygnować z siebie, ze swojego właściwego
miejsca w świecie widzialnym, nie może stać się niewolnikiem rzeczy, samych
stosunków ekonomicznych, niewolnikiem produkcji, niewolnikiem swoich własnych
wytworów. Cywilizacja o profilu czysto materialistycznym — z pewnością nieraz
wbrew intencjom i założeniom swych pionierów — oddaje człowieka w taką niewolę.
U korzenia współczesnej troski o człowieka leży z pewnością ta sprawa. Nie
chodzi tu tylko o abstrakcyjną odpowiedź na pytanie, kim jest człowiek, ale o
cały dynamizm życia i cywilizacji, o sens różnych poczynań życia codziennego, a
równocześnie założeń wielu programów cywilizacyjnych, politycznych,
ekonomicznych, społecznych, ustrojowych i wielu innych.
Jeśli sytuację człowieka w świecie współczesnym ośmielamy się określić jako
daleką od obiektywnych wymagań porządku moralnego, daleką od wymagań
sprawiedliwości, a tym bardziej miłości społecznej — to przemawiają za tym
dobrze znane fakty i porównania, które wielokrotnie już znajdowały swój oddźwięk
na kartach wypowiedzi papieskich, soborowych, synodalnych29. Sytuacja człowieka
w naszej epoce nie jest oczywiście jednolita, jest wielorako zróżnicowana.
Różnice te mają swoje przyczyny historyczne. Mają jednak równocześnie swój
potężny wydźwięk etyczny.
Jest przecież dobrze znany fakt cywilizacji konsumpcyjnej, która ma swoje źródło
w jakimś nadmiarze dóbr potrzebnych dla człowieka, dla całych społeczeństw — a
chodzi tu właśnie o społeczeństwo bogate i wysoko rozwinięte — podczas gdy z
drugiej strony inne społeczeństwa, przynajmniej szerokie ich kręgi, głodują, a
wielu codziennie umiera z głodu, z niedożywienia. W parze z tym idzie jakieś
nadużycie wolności jednych, co łączy się właśnie z niekontrolowaną etycznie
postawą konsumpcyjną, przy równoczesnym ograniczaniu wolności drugich, tych,
którzy odczuwają dotkliwe braki, którzy zostają zepchnięci w warunki nędzy i
upośledzenia.
To powszechnie znane porównanie i przeciwstawienie, do którego odwoływali się w
swych wypowiedziach Papieże naszego stulecia, ostatnio Jan XXIII jak też Paweł
VI30, jest jak gdyby gigantycznym rozwinięciem biblijnej przypowieści o bogaczu
i Łazarzu (por. Łk 16, 19 nn.). Rozmiary zjawiska każą myśleć o strukturach i
mechanizmach związanych ze sferą finansów, pieniądza, produkcji i wymiany, które
w oparciu o różne naciski polityczne rządzą w światowej ekonomii. Struktury te i
mechanizmy okazują się jakby niezdolne do usunięcia niesprawiedliwych układów
społecznych odziedziczonych po przeszłości i do stawienia czoła naglącym
wyzwaniom i etycznym imperatywom współczesności. Utrzymując człowieka w
wytworzonych przez siebie napięciach, trwoniąc w przyśpieszonym tempie
materialne i energetyczne zasoby, narażając naturalne środowisko geofizyczne,
struktury te pozwalają tym samym na stałe powiększanie się obszarów nędzy i
związanej z nią rozpaczy, frustracji i rozgoryczenia31.
Stoimy tutaj wobec wielkiego dramatu, wobec którego nikt nie może pozostać
obojętny. Podmiotem, który z jednej strony stara się wydobyć maksimum korzyści —
z drugiej strony zaś tym, który płaci haracz krzywd, poniżeń — jest zawsze
człowiek. Fakt, że w bliskim sąsiedztwie upośledzonych egzystują środowiska
uprzywilejowane, fakt istnienia krajów wysoko rozwiniętych, które w stopniu
nadmiernym gromadzą dobra, których bogactwo staje się nieraz przez nadużycie
przyczyną różnych schorzeń — dramat ten jeszcze zaostrza. Niepokój inflacji i
plaga bezrobocia — oto inne jeszcze objawy tego moralnego nieładu, jaki zaznacza
się w sytuacji świata współczesnego, która przeto domaga się rozwiązań odważnych
i twórczych, zgodnych z autentyczną godnością człowieka32.
Zadanie to nie jest niemożliwe do realizacji. Szeroko rozumiana zasada
solidarności musi tu być natchnieniem dla skutecznego poszukiwania właściwych
instytucji oraz właściwych mechanizmów. Chodzi o dziedzinę wymiany, gdzie należy
się kierować prawami zdrowego tylko współzawodnictwa. Chodzi również o
płaszczyznę szerszego i bardziej bezpośredniego podziału bogactw i władzy nad
nimi, aby ludy zapóźnione w rozwoju ekonomicznym mogły nie tylko zaspokoić swe
podstawowe potrzeby, ale także stopniowo i skutecznie się rozwijać.
Po tej trudnej drodze, po drodze koniecznych przekształceń struktur życia
ekonomicznego, będzie można postępować naprzód tylko za cenę prawdziwej
przemiany umysłów, woli i serc. Zadanie to wymaga stanowczego zaangażowania się
poszczególnych ludzi oraz wolnych i solidarnych narodów. Zbyt często myli się
wolność z instynktem indywidualnego czy zbiorowego interesu lub nawet z
instynktem walki i panowania, niezależnie od zabarwienia ideologicznego, jakie
mu się nadaje. Jest rzeczą oczywistą, że te instynkty istnieją i działają,
jednakże żadna prawdziwie ludzka ekonomia nie będzie możliwa, jeśli nie zostaną
one ujęte, odpowiednio ukierunkowane i opanowane przez głębsze siły, jakie tkwią
w człowieku, przez siły, które stanowią o prawdziwej kulturze narodów. Z tych to
źródeł musi zrodzić się wysiłek, w którym wyrazi się prawdziwa wolność człowieka
i który również w dziedzinie ekonomicznej potrafi ją zabezpieczyć. Sam postęp
ekonomiczny, z tym wszystkim, co należy do jego tylko własnej prawidłowości,
winien stale być planowany i realizowany w perspektywie powszechnego i
solidarnego rozwoju poszczególnych ludzi i narodów, jak to przypomniał w sposób
przekonywujący mój Poprzednik Paweł VI w Populorum progressio. Jeśli tego
zabraknie, wówczas sama kategoria „postępu ekonomicznego” staje się kategorią
nadrzędną, która swym partykularnym wymogom podporządkowuje całokształt ludzkiej
egzystencji — i która dusi człowieka, dzieli społeczeństwa, by ugrzęznąć w końcu
we własnych napięciach i przerostach.
Że podjęcie tych zadań jest możliwe, o tym świadczą pewne fakty i osiągnięcia,
które tutaj trudno szczegółowiej rejestrować. Jedno jest pewne: u podstaw tej
gigantycznej dziedziny należy przyjąć, ustalić i pogłębić poczucie
odpowiedzialności moralnej, którą musi podejmować człowiek. Zawsze — człowiek.
Dla nas, chrześcijan, odpowiedzialność ta staje się szczególnie wyrazista, gdy
przypomnimy sobie — a stale trzeba to sobie przypominać — obraz Sądu
Ostatecznego wedle słów Chrystusa, które zostały zapisane w Ewangelii św.
Mateusza (por. Mt 25, 31 nn.).
Ten eschatologiczny obraz stale trzeba „przykładać” do dziejów człowieka, stale
trzeba czynić miarą ludzkich czynów, jakby podstawowym kwestionariuszem w
rachunku sumienia każdego i wszystkich. „Byłem głodny, a nie daliście Mi jeść
(...) byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie
odwiedziliście Mnie” (Mt 25, 42 n.). Słowa te nabierają jeszcze większej grozy,
gdy pomyślimy, że zamiast chleba i pomocy kulturalnej — nowym, budzącym się do
samodzielnego życia narodom czy państwom dostarcza się nieraz w obfitości
nowoczesnej broni, środków zniszczenia, aby służyły w zbrojnych konfliktach i
wojnach, których domaga się nie tyle obrona ich słusznych praw, ich
suwerenności, ile różnego rodzaju szowinizmy, imperializmy i neokolonializmy.
Wszyscy wiemy dobrze, że obszary nędzy i głodu, jakie istnieją na naszym globie,
mogłyby wkrótce być „użyźnione”, gdyby gigantyczne budżety zbrojeń, produkcji
militarnej, które służą wojnie i zniszczeniu, zostały zamienione w budżety
wyżywienia służące życiu.
Może rozważanie to pozostanie częściowo „abstrakcyjne”. Może da okazję do
oskarżania o winę jednej „strony” przez drugą, zapominającą o swojej własnej
winie. Może też wywoła nowe oskarżenia pod adresem Kościoła. Kościół, który nie
dysponuje żadną bronią, tylko bronią ducha, bronią Słowa i Miłości, nie może
zrezygnować z tego nakazu: „głoś naukę, nastawaj w porę, nie w porę” (2 Tm 4,
2). I dlatego nie przestaje prosić każdej ze stron, prosić wszystkich w imię
Boga i w imię człowieka: Nie zabijajcie! Nie gotujcie ludziom zniszczenia i
zagłady! Pomyślcie o cierpiących głód i niedolę waszych braciach! Szanujcie
godność i wolność każdego!
Prawa człowieka: „litera” czy „duch”
17. Stulecie nasze było jak dotąd stuleciem wielkich niedoli człowieka, wielkich
zniszczeń nie tylko materialnych, ale i moralnych, może nade wszystko właśnie
moralnych. Na pewno nie łatwo jest porównywać pod tym względem epoki i stulecia,
jest to bowiem także funkcja zmieniających się kryteriów historycznych. Niemniej
jednak, nie stosując nawet takich porównań trzeba stwierdzić, że był to jak
dotąd wiek, w którym ludzie ludziom ogromnie wiele zgotowali krzywd i cierpień.
Czy ten proces został zdecydowanie zahamowany? W każdym razie trudno tutaj nie
wspomnieć z uznaniem i głęboką nadzieją na przyszłość o tym wspaniałym wysiłku,
jaki podjęto wraz z powołaniem do życia Organizacji Narodów Zjednoczonych — o
wysiłku zmierzającym do tego, aby określić i ustalić obiektywne i nienaruszalne
prawa człowieka, zobowiązując się wzajemnie do ich przestrzegania. Zobowiązanie
to zostało przyjęte i ratyfikowane przez wszystkie prawie państwa współczesne,
co powinno być gwarancją, że prawa człowieka staną się wszędzie na świecie
podstawową zasadą pracy dla dobra człowieka.
Kościół nie musi zapewniać, jak bardzo ta sprawa wiąże się z jego własnym
posłannictwem we współczesnym świecie. Ona także właśnie leży u samych podstaw
pokoju społecznego i międzynarodowego, jak temu dał wyraz Jan XXIII, Sobór
Watykański II, a z kolei Paweł VI w szczegółowych dokumentach. Pokój sprowadza
się w ostateczności do poszanowania nienaruszalnych praw człowieka — dziełem
sprawiedliwości jest pokój — wojna zaś rodzi się z ich pogwałcenia i łączy się
zawsze z większym jeszcze pogwałceniem tych praw. A jeśli prawa człowieka są
gwałcone w warunkach pokojowych, to staje się to szczególnie dotkliwym i z
punktu widzenia postępu niezrozumiałym przejawem walki z człowiekiem, czego nie
sposób pogodzić z żadnym programem określającym siebie jako „humanistyczny”. A
jakiż program społeczny, polityczny, cywilizacyjny, mógłby zrezygnować z takiego
określenia? Żywimy głębokie przekonanie, że nie ma takiego programu w
dzisiejszym świecie, w którym nawet na gruncie przeciwstawnych sobie
światopoglądów nie wysuwa się zawsze człowieka na pierwszy plan.
Jeśli przeto pomimo takich założeń prawa człowieka bywają na różny sposób
gwałcone, jeśli w praktyce jesteśmy świadkami obozów koncentracyjnych, gwałtów,
tortur, terroryzmu, a także różnorodnych dyskryminacji, to musi to być
konsekwencją innych przesłanek, które podkopują, a często niejako unicestwiają
skuteczność humanistycznych założeń owych współczesnych programów i systemów.
Nasuwa się wniosek o konieczności poddawania tychże stałej rewizji właśnie pod
kątem obiektywnych i nienaruszalnych praw człowieka.
Deklaracja tych praw związana z powstaniem Organizacji Narodów Zjednoczonych nie
miała z pewnością na celu tylko tego, aby odciąć się od straszliwych doświadczeń
ostatniej wojny światowej, ale także i to, aby stworzyć podstawę do stałej
rewizji programów, systemów, ustrojów właśnie pod tym jednym, zasadniczym kątem
widzenia: jest nim dobro człowieka — osoby we wspólnocie — które jako podstawowy
wyznacznik dobra wspólnego musi stanowić istotne kryterium wszystkich programów,
systemów czy ustrojów. W przeciwnym razie życie ludzkie również i w warunkach
pokojowych skazane jest na wielorakie niedole, a w parze z nimi rozwijają się
różne formy przemocy, totalizmu, neokolonializmu, imperializmu, zagrażające
równocześnie współżyciu narodów. Jest bowiem rzeczą znamienną, potwierdzoną
wielokrotnie przez doświadczenia dziejów, iż naruszanie praw człowieka idzie w
parze z gwałceniem praw, narodu, z którym człowiek bywa związany organicznymi
więzami jakby z rozległą rodziną.
Już w pierwszej połowie niniejszego stulecia, w okresie narastających wówczas
totalizmów państwowych, które doprowadziły, jak wiadomo, do straszliwej
katastrofy wojennej, Kościół sformułował wyraźnie swoje stanowisko wobec tych
ustrojów, które rzekomo na rzecz dobra wyższego, jakim jest dobro państwa —
historia zaś wykazała że jest to dobro określonej tylko partii utożsamiającej
siebie z państwem33 — ograniczały prawa obywateli, pozbawiały ich tych właśnie
nienaruszalnych praw człowieka, które mniej więcej w połowie naszego stulecia
doczekały się sformułowania na forum międzynarodowym. Radując się z tego
osiągnięcia wraz z wszystkimi ludźmi dobrej woli, z ludźmi prawdziwie miłującymi
sprawiedliwość i pokój, Kościół świadom tego, że sama „litera” może również
zabijać, podczas gdy tylko „duch ożywia” (por. 2 Kor 3, 6), musi wraz z tymi
ludźmi dobrej woli stale pytać, czy Deklaracja praw człowieka, akceptacja ich
„litery”, wszędzie oznacza zarazem realizację ich „ducha”. Powstają bowiem
uzasadnione obawy, że bardzo często znajdujemy się jeszcze daleko od tej
realizacji, a niejednokrotnie duch życia społecznego i publicznego pozostaje w
bolesnej sprzeczności z deklarowaną „literą” praw człowieka. Taki stan rzeczy,
uciążliwy dla odnośnych społeczeństw, czyniłby zarazem w szczególny sposób
odpowiedzialnymi wobec tychże społeczeństw, a zarazem wobec dziejów człowieka
tych, którzy do niego się przyczyniają.
Sam podstawowy sens istnienia państwa jako wspólnoty politycznej polega na tym,
że całe społeczeństwo, które je tworzy — w danym wypadku odnośny naród — staje
się niejako panem i władcą swoich własnych losów. Ten sens nie zostaje
urzeczywistniony, gdy na miejsce sprawowania władzy z moralnym udziałem
społeczeństwa czy narodu, jesteśmy świadkami narzucania władzy przez określoną
grupę wszystkim innym członkom tego społeczeństwa. Sprawy te są bardzo istotne w
naszej epoce, w której ogromnie wzrosła świadomość społeczna ludzi, a wraz z tym
potrzeba prawidłowego uczestniczenia obywateli w życiu politycznym wspólnoty.
Przy tym nie należy tracić z oczu realnych warunków, w jakich znajdują się
poszczególne narody i konieczności sprężystej władzy publicznej34. Są to zatem
sprawy istotne z punktu widzenia postępu samego człowieka i wszechstronnego
rozwoju człowieczeństwa.
Kościół zawsze uczył obowiązku działania dla dobra wspólnego, przez to samo
starał się wychowywać dobrych obywateli w każdym państwie. Kościół także uczył,
że podstawowym obowiązkiem władzy jest troska o dobro wspólne społeczeństwa:
stąd wynikają jej zasadnicze uprawnienia. Ale właśnie w imię tych założeń
obiektywnego porządku etycznego, uprawnienia władzy nie mogą być rozumiane
inaczej, jak tylko na zasadzie poszanowania obiektywnych i nienaruszalnych praw
człowieka. Tylko wówczas bowiem owo dobro wspólne, któremu służy w państwie
władza, jest w pełni urzeczywistniane, kiedy wszyscy obywatele mają pewność
swoich praw. Bez tego musi dochodzić do rozbicia społeczeństwa, do
przeciwstawiania się obywateli władzy albo też do sytuacji ucisku, zastraszenia,
zniewolenia, terroru, którego dowodów dostarczyły totalitaryzmy naszego stulecia
pod dostatkiem. Tak więc zasada praw człowieka sięga głęboko w dziedzinę
wielorako rozumianej sprawiedliwości społecznej i staje się podstawowym jej
sprawdzianem w życiu organizmów politycznych.
Wśród tych praw wymienia się — i z jakąż słusznością — prawo wolności religijnej
obok prawa wolności sumienia. Sobór Watykański uznał za szczególnie potrzebne w
związku z tym wypracowanie obszernej deklaracji na ten temat. W dokumencie
zatytułowanym Dignitatis humanae35 znalazło wyraz nie tylko teologiczne ujęcie
zagadnienia, ale także ujęcie z punktu widzenia prawa natury — a więc ze
stanowiska „czysto ludzkiego”, w oparciu o te przesłanki, jakie dyktuje samo
doświadczenie człowieka, jego rozum oraz poczucie ludzkiej godności. Z pewnością
bowiem ograniczanie wolności religijnej osób i wspólnot nie tylko jest bolesnym
doświadczeniem tychże osób i wspólnot, ale nade wszystko godzi w samą godność
człowieka niezależnie od wyznawanej religii czy też światopoglądu. Godności
człowieka, jego obiektywnym uprawnieniom sprzeciwia się ograniczanie wolności
religijnej, jej naruszanie. Wspomniany dokument soborowy dość jasno mówi, co
jest takim ograniczaniem i naruszaniem wolności religijnej. Z pewnością mamy
tutaj do czynienia z radykalną niesprawiedliwością wobec tego, co jest
szczególnie głębokie w człowieku, wobec tego, co jest autentycznie ludzkie.
Owszem, samo nawet zjawisko niewiary, areligijności, ateizmu, jako zjawisko
ludzkie, rozumie się tylko w relacji do zjawiska religii i wiary. Trudno więc z
„czysto ludzkiego” nawet punktu widzenia przyjąć takie stanowisko, wedle którego
tylko ateizm ma prawo obywatelstwa w życiu publicznym i społecznym, a ludzie
wierzący niejako z zasady bywają zaledwie tolerowani czy też traktowani jako
obywatele „gorszej kategorii”, a nawet — co już także ma miejsce — odmawia się
im w ogóle prawa obywatelstwa.
Należy — bodaj pokrótce — poruszyć i ten temat, bo i on wchodzi do całokształtu
sytuacji człowieka w świecie współczesnym, bo i on również świadczy o tym, jak
bardzo ta sytuacja jest obciążona uprzedzeniami i wieloraką niesprawiedliwością.
Jeśli powstrzymujemy się od wchodzenia w szczegóły tej właśnie dziedziny, w
której mielibyśmy do tego szczególne prawo i obowiązek, to przede wszystkim z
tej racji, że wraz z wszystkimi, którzy cierpią udręki dyskryminacji i
prześladowania dla Imienia Bożego, kierujemy się wiarą w odkupieńczą moc
Chrystusowego krzyża. Jednak na mocy mego urzędu pragnę w imieniu wszystkich
ludzi wierzących na świecie zwrócić się do tych, od których w jakikolwiek sposób
zależy organizacja życia społecznego i publicznego, z żarliwą prośbą o
uszanowanie religii i pracy Kościoła. Nie prosimy tu o żaden przywilej, ale o
uszanowanie elementarnego prawa. Urzeczywistnianie tego prawa jest jednym z
podstawowych sprawdzianów prawdziwego postępu człowieka w każdym ustroju,
społeczeństwie, systemie czy środowisku.
IV
Posłannictwo Kościoła i los człowieka
Kościół przejęty powołaniem człowieka w Chrystusie
18. Ten, z konieczności pobieżny, rzut oka na sytuację człowieka w świecie
współczesnym jeszcze bardziej skierowuje nasze myśli i serca ku Jezusowi
Chrystusowi, ku Tajemnicy Odkupienia, w której sprawa człowieka wypisana jest ze
szczególną mocą prawdy i miłości. Skoro zaś Chrystus „zjednoczył się jakoś z
każdym człowiekiem”36. Kościół wnikając w głębię tej tajemnicy, w jej pełną i
wszechstronną wymowę, przeżywa zarazem najgłębiej swoją własną istotę i własne
posłannictwo. Nie na darmo Apostoł nazwał Kościół Ciałem Chrystusa (por. 1 Kor
6, 15; 11, 3; 12, 12 n.; Ef 1, 22 n.; 2, 15 n.; 4, 4 n.; 5, 30; Kol 1, 18; 3,
15; Rz 12, 4 n.; Ga 3, 28). Jeśli to Ciało Mistyczne Chrystusa jest — jak z
kolei w związku z całą tradycją biblijną i patrystyczną uczy Sobór — Ludem
Bożym, to znaczy, że każdy człowiek jakoś objęty jest w nim tym tchnieniem
życia, które pochodzi od Chrystusa. W ten sposób też zwrot ku człowiekowi, ku
jego rzeczywistym problemom, ku jego nadziejom i cierpieniom, osiągnięciom i
upadkom sprawia, że Kościół sam jako ciało, jako organizm, jako jedność
społeczna doznaje tych Bożych impulsów, tych świateł i mocy Ducha, które idą od
Chrystusa ukrzyżowanego i zmartwychwstałego — i przez to właśnie żyje swoim
własnym życiem. Nie ma Kościół innego życia poza tym, jakim obdarza go Jego Pan
i Oblubieniec. Właśnie dlatego tak bardzo musi być — również i Kościół —
zjednoczony z każdym człowiekiem, skoro z nim zjednoczył się Chrystus w
Tajemnicy Odkupienia.
To zjednoczenie Chrystusa z człowiekiem samo w sobie jest tajemnicą, w której
rodzi się „nowy człowiek” powołany do uczestnictwa w Bożym Życiu (por. 2 P 1,
4), stworzony na nowo w Chrystusie ku pełni łaski i prawdy (por. Ef 2, 10; J 1,
14. 16). Zjednoczenie Chrystusa z człowiekiem jest mocą i źródłem mocy wedle
tego, co tak zwięźle wypowiedział w Prologu swej Ewangelii św. Jan: Słowo
„Wszystkim tym (...) którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali synami Bożymi”
(J 1, 12). Jest to moc wewnętrznie przemieniająca człowieka, zasada nowego
życia, które nie niszczeje i nie przemija, ale trwa ku żywotowi wiecznemu (por.
J 4, 14). Żywot ten, przyobiecany i darowany każdemu człowiekowi przez Ojca w
Jezusie Chrystusie, przedwiecznym i Jednorodzonym Synu, wcielonym i narodzonym u
progu spełnienia czasów z Dziewicy Maryi (por. Ga 4, 4), jest ostatecznym
spełnieniem powołania człowieka. Jest poniekąd spełnieniem tego „Losu”, który
odwiecznie zgotował mu Bóg. Ten „Boży Los” przebija się ponad wszystkie zagadki
i niewiadome, ponad krzywizny i manowce „ludzkiego losu” w doczesnym świecie.
Jeśli bowiem wszystkie one prowadzą — przy całym bogactwie życia doczesnego —
jakby z nieuchronną koniecznością do granicy śmierci i progu zniszczenia
ludzkiego ciała, Chrystus ukazuje się nam poza tym progiem: „Ja jestem
zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy (...) nie umrze na wieki” (J 11,
25 n.). W Jezusie Chrystusie ukrzyżowanym, złożonym do grobu, a z kolei
zmartwychwstałym, zabłysła człowiekowi raz na zawsze nadzieja życia wiecznego,
nadzieja zmartwychwstania w Bogu (por. Prefacja ze Mszy św. o zmarłych), ku
któremu człowiek idzie poprzez śmierć ciała, dzieląc wraz z całym stworzeniem
widzialnym tę konieczność, jakiej poddana jest materia. Rozumiemy — i staramy
się coraz gruntowniej rozumieć — wymowę tej prawdy, jaką Odkupiciel człowieka
zawarł w zdaniu: „Duch daje życie; ciało na nic się nie przyda” (J 6, 63). Słowa
te — wbrew pozorom — wyrażają właśnie najwyższą afirmację człowieka: ciała,
które ożywia Duch!
Kościół żyje tą rzeczywistością. Żyje tą prawdą o człowieku, która pozwala mu
przekraczać granice doczesności, a równocześnie ze szczególną miłością i troską
myśleć o tym wszystkim, co w wymiarach samej tej doczesności stanowi o życiu
człowieka, o życiu ludzkiego ducha, w którym wyraża się ów odwieczny niepokój,
wedle tych słów św. Augustyna: „stworzyłeś nas, Boże, dla siebie i niespokojne
jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”37. W tym twórczym niepokoju tętni
i pulsuje to, co jest najgłębiej ludzkie: poszukiwanie prawdy, nienasycona
potrzeba dobra, głód wolności, tęsknota za pięknem, głos sumienia. Kościół,
starając się patrzeć na człowieka niejako „oczami samego Chrystusa”, uświadamia
sobie wciąż na nowo, iż jest stróżem wielkiego skarbu, którego nie wolno mu
rozproszyć, który wciąż musi pomnażać. Powiedział bowiem Pan Jezus: „kto nie
zbiera ze Mną, rozprasza” (Mt 12, 30). Ów skarb człowieczeństwa pogłębiony o
niewymowną tajemnicę „Bożego Synostwa” (por. J 1, 12), łaski przybrania za synów
w Jednorodzonym Synu Bożym (por. Ga 4, 5), poprzez którego mówimy do Boga „Abba,
Ojcze” (Ga 4, 6; Rz 8, 15), jest zarazem potężną siłą jednoczącą Kościół
najbardziej od wewnątrz i nadającą sens całej jego działalności. Jednoczy się w
niej Kościół z Duchem Jezusa Chrystusa, z tym Świętym Duchem, którego Odkupiciel
przyobiecał, którego stale udziela, którego zesłanie — objawione w dniu
Pięćdziesiątnicy — wciąż trwa. I przejawiają się w ludziach moce Ducha (por. Rz
15, 13; 1 Kor 1, 24), dary Ducha (por. Iz 11, 2 n.; Dz 2, 38), owoce Ducha
Świętego (por. Ga 5, 22 n.). A Kościół naszej epoki z jeszcze większą zda się
żarliwością, ze świętą natarczywością, powtarza: „Veni, Sancte Spiritus!”
Przyjdź! Przybądź! „Obmyj, co nie święte! Oschłym wlej zachętę! Ulecz serca
ranę. Nagnij, co jest harde! Rozgrzej serca twarde! Prowadź zabłąkane!”
(Sekwencja ze Święta Zesłania Ducha Świętego).
To wołanie do Ducha — i o Ducha — jest odpowiedzią na wszystkie „materializmy”
naszej epoki. One bowiem rodzą wieloraki niedosyt w sercu człowieka. To wołanie
odzywa się z różnych stron i — zdaje się — że w różny sposób też owocuje. Czy
można powiedzieć, że w tym wołaniu Kościół nie jest sam? Można tak powiedzieć,
skoro „zapotrzebowaniu” na to co duchowe dają wyraz różni ludzie, pozornie
nieraz stojący poza widzialnymi wymiarami Kościoła38. Ale czyż to nie jest
zarazem dowodem tej prawdy o Kościele, którą tak wnikliwie uwydatnił Sobór w
Konstytucji Lumen gentium ucząc, że jest on Sakramentem, czyli widzialnym
znakiem zjednoczenia z Bogiem, a zarazem jedności całego rodzaju ludzkiego?39 To
wołanie do Ducha — i o Ducha — nie jest niczym innym, jak wciąż aktualizującym
się wchodzeniem w pełny wymiar Tajemnicy Odkupienia, w której Chrystus
zjednoczony z Ojcem i z każdym człowiekiem, nieustannie udziela nam tego Ducha,
który daje nam świadomość synostwa Bożego i kieruje nas ku Ojcu (por. Rz 8, 15;
Ga 4, 5). I dlatego Kościół naszej epoki — epoki szczególnie głodnej Ducha, bo
głodnej sprawiedliwości, pokoju, miłości, dobroci, męstwa, odpowiedzialności,
godności człowieka — w sposób szczególny musi się zespolić i zjednoczyć wokół
tej Tajemnicy, odnajdując w niej najpotrzebniejsze światła i moce dla swojego
własnego posłannictwa. Jeśli bowiem — jak powiedziano uprzednio — człowiek jest
drogą codziennego życia Kościoła, musi ten Kościół nieustannie być świadomy tej
godności syna Bożego przybrania, jaką człowiek ma w Chrystusie od Ducha Świętego
(tamże), i tego przeznaczenia do łaski i chwały (por. Rz 8, 30), jakie stało się
jego udziałem poprzez wszystko, co składa się na jego życie na tej ziemi.
Rozważając to wszystko wciąż na nowo, przyjmując z coraz bardziej świadomą
wiarą, z coraz bardziej zdecydowaną miłością, Kościół uzdalnia się zarazem do
tej służby człowiekowi, do jakiej wzywa go sam Chrystus Pan, gdy mówi, że Syn
Człowieczy „nie przyszedł, aby Mu służono, lecz aby służyć” (Mt 20, 28). Kościół
spełnia tę swoją służbę, uczestnicząc w troistej posłudze (in triplici munere)
samego swojego Mistrza i Odkupiciela. Tę właśnie naukę, opartą na biblijnym
fundamencie, Sobór Watykański II pełniej odsłonił ze szczególnym pożytkiem dla
życia Kościoła. Kiedy bowiem stajemy się świadomi tego uczestnictwa w troistym
posłannictwie Chrystusa, w troistej Jego posłudze — prorockiej, kapłańskiej i
królewskiej40 — uświadamiamy sobie równocześnie lepiej, czemu ma służyć cały
Kościół jako wielka społeczność i wspólnota Ludu Bożego na ziemi, a także jaki
udział w tym posłannictwie i służbie ma mieć każdy z nas.
Kościół odpowiedzialny za prawdę
19. Tak więc staje przed nami — w świetle błogosławionej nauki Soboru
Watykańskiego II — Kościół jako społeczny podmiot odpowiedzialności za prawdę
Bożą. Z głębokim przejęciem słuchamy samego Chrystusa, kiedy mówi: „nauka, którą
słyszycie, nie jest Moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca” (J 14, 24). Czyż w
tych słowach naszego Mistrza nie dochodzi do głosu ta właśnie odpowiedzialność
za prawdę objawioną, która jest „własnością” samego Boga, a nawet On, „Jednorodzony
Bóg, który jest w łonie Ojca” (J 1, 18) — gdy ją przekazuje jako Prorok i
Nauczyciel — czuje potrzebę podkreślenia, że czyni to z całą wiernością dla jej
Boskiego Źródła. Ta sama wierność musi być konstytutywną właściwością wiary
Kościoła, zarówno wówczas, gdy Kościół naucza, jak też gdy wyznaje. Wiara, jako
swoista cnota nadprzyrodzona, wszczepiona w ludzkiego ducha, pozwala nam
uczestniczyć w poznaniu Bożym, jako odpowiedź na objawione Jego Słowo; właśnie
dlatego jest rzeczą konieczną, by Kościół w wyznaniu i nauczaniu tej wiary
pozostawał ściśle wierny wobec Bożej prawdy,41 i by ta wierność wyrażała się w
żywej postawie zgodnej z rozumem uległości42. Sam Chrystus Pan w trosce o tę
wierność dla prawdy Bożej przyobiecał Kościołowi specjalną pomoc Ducha Prawdy,
wyposażył w dar nieomylności43 tych, którym zlecił przekazywanie tej prawdy, jej
nauczanie (por. Mt 28, 19); jak to dokładnie określił Sobór Watykański I44, a
powtórzył Sobór Watykański II45 — wyposażył również cały Lud Boży w szczególny
zmysł wiary46.
W ten sposób staliśmy się uczestnikami owego posłannictwa Chrystusa — Proroka,
poprzez które spełniamy wraz z Nim posługę Bożej prawdy w Kościele.
Odpowiedzialność za prawdę Bożą oznacza równocześnie jej umiłowanie i dążność do
takiego zrozumienia, które nam samym, a także i drugim, tę prawdę może
przybliżyć w całej jej zbawczej mocy, w jej wspaniałości, w całej głębi i
prostocie zarazem. Umiłowanie to i dążność do zrozumienia muszą iść z sobą w
parze, jak o tym świadczą dzieje Świętych Kościoła. Najwięcej autentycznego
światła rozjaśniającego prawdę Bożą, przybliżającego samą Bożą Rzeczywistość,
mieli zawsze ci, którzy do tej prawdy przybliżali się z czcią i miłością. Była
to nade wszystko miłość do Chrystusa, żywego Słowa Bożej Prawdy, była to z kolei
miłość do jej ludzkiego wyrazu w Ewangelii, w Tradycji, w Teologii. I dzisiaj
również o takie zrozumienie i o taką interpretację Słowa Bożego chodzi nade
wszystko: o taką teologię. Teologia zawsze miała i nadal ma ogromne znaczenie
dla tego, aby Kościół — Lud Boży mógł twórczo i owocnie uczestniczyć w prorockim
posłannictwie Chrystusa. Dlatego też teologowie jako słudzy prawdy Bożej,
poświęcający swe studia i prace dla coraz wnikliwszego jej zrozumienia, nie mogą
nigdy stracić z oczu tego znaczenia swej posługi w Kościele, które zawiera się w
pojęciu „intellectus fidei”. Pojęcie to funkcjonuje jakby w dwustronnym rytmie „intellege,
ut credas; crede, ut intellegas”47, a funkcjonuje prawidłowo wówczas, gdy stara
się służyć nauczaniu (magisterium), którego obowiązek spoczywa w Kościele na
Biskupach zjednoczonych węzłem hierarchicznej wspólnoty z Następcą Piotra, a w
ślad za tym, gdy stara się służyć nauczycielskiej i duszpasterskiej ich trosce
oraz zadaniom apostolskim całego Ludu Bożego.
Tak jak w dawniejszych epokach, tak i teraz — i bardziej jeszcze — jest
powołaniem teologów i wszystkich ludzi nauki w Kościele, ażeby łączyli wiarę z
wiedzą i mądrością, aby przyczyniali się do ich wzajemnego przenikania, jak to
wyrażamy w modlitwie liturgicznej na dzień św. Alberta, doktora Kościoła.
Zadanie owo dzisiaj ogromnie się rozbudowało w związku z postępem ludzkiej
wiedzy, jej metod oraz osiągnięć w poznaniu świata i człowieka. Dotyczy to
zarówno nauk ścisłych (szczegółowych), jak i humanistycznych, jak również
filozofii, o której ścisłych związkach z teologią przypominają dekrety
ostatniego Soboru48. W tym stale się poszerzającym i różnicującym zarazem
terenie ludzkiego poznania musi też stale pogłębiać się wiara przez odsłanianie
wymiaru tajemnicy objawionej, przez zrozumienie prawdy, którą sam Bóg niejako
„dzieli się” z człowiekiem. Jeśli można, a nawet trzeba sobie życzyć, ażeby
olbrzymia praca w tym kierunku uwzględniała pewien pluralizm metod, to jednak
nie może ona odbiegać od zasadniczej jedności Nauczania Wiary i Moralności jako
swego właściwego celu. Dlatego też tak nieodzowne jest ścisłe współdziałanie
teologii z Magisterium. Każdy zaś z teologów w szczególny sposób winien być
świadomy tego, czemu wyraz dał sam Jezus Chrystus, kiedy mówił: „nauka, którą
słyszycie, nie jest moja, ale Tego, który Mnie posłał, Ojca” (J 14, 24). Nikt
przeto nie może uprawiać teologii jako zbioru swoich tyko poglądów, ale musi być
świadom, że pozostaje w szczególnej łączności z tym posłannictwem Prawdy, za
którą odpowiedzialny jest Kościół.
Udział w prorockiej posłudze samego Chrystusa kształtuje życie całego Kościoła w
podstawowym wymiarze. Szczególny udział w tej posłudze mają duszpasterze, którzy
nauczają, którzy stale na różne sposoby głoszą i przekazują naukę wiary i
moralności chrześcijańskiej. To nauczanie, zarówno w swej postaci misjonarskiej,
jak też zwyczajnej, przyczynia się do gromadzenia Ludu Bożego wokół Chrystusa,
przygotowuje do uczestniczenia w Eucharystii, wyznacza drogi życia
sakramentalnego. Synod Biskupów w 1977 r. poświęcił szczególną uwagę katechezie
w świecie współczesnym, a dojrzały owoc jego obrad, doświadczeń i sugestii
znajdzie wkrótce swój wyraz — zgodnie z propozycją Uczestników Synodu — w
odrębnym dokumencie papieskim. Katecheza stanowi z pewnością odwieczną i
podstawową zarazem formę działalności Kościoła, w której przejawia się jego
charyzmat prorocki: świadczenie i nauczanie idą z sobą w parze. A kiedy mowa tu
na pierwszym miejscu o kapłanach, nie sposób nie wspomnieć szerokich rzesz braci
i sióstr zakonnych, którzy poświęcają się pracy katechetycznej z miłości dla
Boskiego Mistrza. Trudno wreszcie nie wspomnieć tylu świeckich, którzy w tej
pracy znajdują wyraz swej wiary i apostolskiej odpowiedzialności.
Owszem, trzeba coraz bardziej dążyć do tego, aby różne formy katechezy i różne
jej dziedziny — poczynając od tej podstawowej, jaką jest katecheza rodzinna:
katecheza rodziców w stosunku do swych własnych dzieci — świadczyły o
powszechnym uczestnictwie całego Ludu Bożego w prorockiej posłudze samego
Chrystusa. Trzeba, ażeby związana z tym odpowiedzialność Kościoła za Bożą prawdę
stawała się coraz bardziej — i na różne sposoby — udziałem wszystkich. A cóż
powiedzieć tutaj o specjalistach z różnych dziedzin, o przedstawicielach nauk
przyrodniczych, humanistycznych, o lekarzach, prawnikach, o ludziach sztuki i
techniki, o nauczycielach różnych stopni i specjalności! Wszyscy oni — jako
członkowie Ludu Bożego — mają swój udział w prorockim posłannictwie Chrystusa, w
Jego posłudze prawdy Bożej, również i przez to, że kierują się rzetelnym
odniesieniem do prawdy w każdej dziedzinie, że wychowują innych w prawdzie i
uczą ich dojrzewać do miłości i sprawiedliwości. Tak tedy poczucie
odpowiedzialności za prawdę jest jednym z podstawowych punktów spotkania
Kościoła z każdym człowiekiem, a także jednym z podstawowych wymagań
określających powołanie człowieka we wspólnocie Kościoła. Kościół naszych
czasów, kierując się odpowiedzialnością za prawdę, musi trwać w wierności dla
swej własnej istoty, w którą wpisane jest posłannictwo prorockie, pochodzące od
samego Chrystusa: „Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam (...) weźmijcie
Ducha Świętego” (J 20, 21 n.).
Eucharystia i pokuta
20. W Tajemnicy Odkupienia, czyli zbawczego dzieła samego Jezusa Chrystusa,
Kościół uczestniczy nie tylko przez wierność dla Słowa, dla Ewangelii swojego
Mistrza przez posługę prawdy — ale równocześnie przez pełne nadziei i miłości
poddanie się zbawczej mocy Jego działania, którą wyraził i zawarł w sposób
sakramentalny nade wszystko w Eucharystii49. Jest ona ośrodkiem i szczytem
całego życia sakramentalnego, poprzez które każdy chrześcijanin doznaje zbawczej
mocy Odkupienia, poczynając od misterium Chrztu św., w którym zostajemy
zanurzeni w śmierci Chrystusa, aby stać się uczestnikami Jego Zmartwychwstania
(por. Rz 6, 3 nn.), jak uczy Apostoł. W świetle tej właśnie nauki jeszcze
jaśniejsze się staje, dlaczego całe życie sakramentalne Kościoła oraz każdego
chrześcijanina osiąga swój szczyt i swą pełnię właśnie w Eucharystii. W tym
Sakramencie bowiem odnawia się stale z woli Chrystusa tajemnica tej ofiary,
którą złożył On z Siebie Samego Ojcu na ołtarzu krzyża, ofiary, którą Ojciec
przyjął, odwzajemniając bezgraniczne oddanie swego Syna, kiedy Ten stał się
posłuszny aż do śmierci (por. Flp 2, 8), swoim Ojcowskim oddaniem — a był to dar
nowego Życia nieśmiertelnego w zmartwychwstaniu, gdyż Ojciec jest pierwszym
Źródłem i Dawcą życia od początku. To nowe Życie, które obejmuje uwielbienie
Ciała ukrzyżowanego Chrystusa, stało się skutecznym znakiem nowego obdarowania
ludzkości Duchem Świętym, przez którego Boże życie, jakie ma Ojciec w Sobie, i
które daje Synowi (por. J 5, 26; 1 J 5, 11), staje się udziałem wszystkich ludzi
zjednoczonych z Chrystusem.
Eucharystia jest najświętszym sakramentem tego Zjednoczenia. Sprawując ją i
zarazem w niej uczestnicząc, jednoczymy się z Chrystusem ziemskim i niebiańskim
zarazem, który teraz wstawia się „za nami przed obliczem Boga” (Hbr 9, 24; 1 J
2, 1), ale jednoczymy się zawsze poprzez zbawczy akt Jego ofiary, przez którą
nas odkupił, tak że za wielką cenę zostaliśmy nabyci (1 Kor 6, 20). A wielkość
ceny naszego odkupienia świadczy zarazem o tej wartości, jaką człowiekowi
przyznaje sam Bóg, świadczy o naszej godności w Chrystusie. Stając się bowiem
„dziećmi Bożymi” (J 1, 12), synami Bożego przybrania (por. Rz 8, 26), na Jego
podobieństwo stajemy się równocześnie wszyscy „królestwem i kapłanami”,
otrzymujemy „królewskie kapłaństwo” (Ap 5, 10; 1 P 2, 9), czyli uczestniczymy w
tym jedynym i nieodwracalnym oddaniu człowieka i świata samemu Ojcu, którego On,
„przedwieczny Syn” (por. J 1, 1 nn. 18; Mt 3, 17; 11, 27; 17, 5; Mk 1, 11; Łk 1,
32. 35; 3, 22; Rz 1, 4; 2 Kor 1, 19; 1 J 5, 5. 20; 2 P 1, 17; Hbr 1, 2), a
zarazem prawdziwy Człowiek raz na zawsze dokonał. Eucharystia jest Sakramentem,
w którym wyraża się najpełniej nasz nowy byt, w którym Chrystus sam, nieustannie
i wciąż na nowo daje w Duchu Świętym świadectwo duchowi naszemu (por. 1 J 5, 5
nn.), że każdy z nas jako uczestnik Tajemnicy Odkupienia ma dostęp do owoców
tego synowskiego „pojednania z Bogiem” (por. Rz 5, 10 n.; 2 Kor 5, 18 n.; Kol.
1, 20 nn.), którego On sam dokonał i stale wśród nas dokonuje przez posługę
Kościoła.
Prawdą zasadniczą, nie tylko doktrynalną ale równocześnie egzystencjalną jest,
że Eucharystia buduje Kościół50, buduje jako autentyczną wspólnotę Ludu Bożego,
jako zgromadzenie wiernych naznaczone tym samym znamieniem jedności, która była
udziałem apostołów i pierwszych uczniów Pana. Eucharystia wciąż na nowo buduje
tę wspólnotę i jedność. Zawsze zaś buduje ją i zawsze odracza na zbawczym zrębie
ofiary samego Chrystusa przez to, że odnawia Jego śmierć krzyżową51, za cenę
której nas odkupił. Dlatego też w Eucharystii dotykamy niejako samej tajemnicy
Ciała i Krwi Pańskiej, jak o tym świadczą słowa ustanowienia, które mocą tego
ustanowienia stały się słowami nieustannego sprawowania Eucharystii przez
powołanych do tego w Kościele szafarzy.
Kościół żyje Eucharystią, żyje pełnią tego Sakramentu, którego zdumiewająca
treść i znaczenie tylokrotnie znajdowało wyraz w nauczaniu Kościoła od
najdawniejszych czasów aż do naszych dni52. Śmiało jednak możemy powiedzieć, iż
nauczanie to, wspierane dociekliwością teologów, ludzi głębokiej wiary i
modlitwy, ascetów i mistyków, w całej swojej wierności dla tajemnicy
eucharystycznej, stale zatrzymuje się niejako na jej progu, niezdolne w całej
pełni ogarnąć i wypowiedzieć wszystkiego, co ją stanowi, co w niej się wyraża i
dokonuje. Zaprawdę, Ineffabile Sacramentum! Podstawowym zadaniem — a przede
wszystkim widzialną łaską i źródłem nadprzyrodzonej mocy Kościoła jako Ludu
Bożego — jest trwać i stale postępować w życiu eucharystycznym, w pobożności
eucharystycznej, rozwijać się duchowo w klimacie Eucharystii. Ale dlatego też
nie wolno nam w naszym sposobie myślenia, praktykowania, przeżywania pozbawiać
tego Sakramentu — zaiste Najświętszego — jego pełnych wymiarów, jego istotnego
znaczenia. Jest on równocześnie Sakramentem-Ofiarą i Sakramentem-Komunią, i
Sakramentem-Obecnością. I chociaż prawdą jest, że Eucharystia zawsze była i być
powinna równocześnie najgłębszym objawieniem się i sprawowaniem ludzkiego
braterstwa uczniów i wyznawców Chrystusa, nie można traktować jej tylko jako
„okazji” do manifestowania tego braterstwa. Należy w sprawowaniu Sakramentu
Ciała i Krwi Pańskiej zachować pełny wymiar Bożej tajemnicy, pełny sens tego
sakramentalnego znaku, w którym Chrystus rzeczywiście obecny jest pożywany,
dusza napełnia się łaską i otrzymuje zadatek przyszłej chwały53. Stąd
konieczność ścisłego przestrzegania zasad liturgicznych oraz tego wszystkiego,
co świadczy o społecznej czci oddawanej samemu Panu, oddawanej tym bardziej, że
w tym sakramentalnym znaku On powierza się nam z tak bezgranicznym zaufaniem,
jakby nie liczył się z naszą ludzką słabością, niegodnością, a także
przyzwyczajeniami, rutyną czy wręcz możliwością zniewagi. Wszyscy w Kościele, a
nade wszystko Biskupi i Kapłani, niech czuwają, aby ten Sakrament Miłości
znajdował się w samym centrum życia Ludu Bożego, aby poprzez wszelkie objawy
czci należnej starano się przede wszystkim okazywać Chrystusowi „miłość za
miłość”, aby stawał się On prawdziwie „życiem naszych dusz” (por. J 6, 52. 58;
14, 6; Ga 2, 20). Nigdy też nie mogą zejść z naszej pamięci te słowa św. Pawła:
„niech przeto człowiek baczy na siebie samego, spożywając ten chleb i pijąc z
tego kielicha” (1 Kor 11, 28).
Owo apostolskie wezwanie wskazuje — bodaj pośrednio — na ścisły związek
Eucharystii z Pokutą. Istotnie bowiem, jeśli pierwszym słowem Chrystusowego
nauczania, pierwszym zwrotem Ewangelii-Dobrej Nowiny było: „Nawracajcie się i
wierzcie w Ewangelię” (metanoeite) (Mk 1, 15), to Sakrament Męki, Krzyża i
Zmartwychwstania w szczególny sposób zdaje się utrwalać i ugruntowywać to
wezwanie w naszych duszach. Eucharystia i Pokuta stają się w ten sposób jakby
dwoistym, a zarazem głęboko spójnym wymiarem autentycznego życia w duchu
Ewangelii, życia prawdziwie chrześcijańskiego. Chrystus, który zaprasza do uczty
eucharystycznej, to zawsze równocześnie ten Chrystus, który wzywa do pokuty,
który powtarza: „nawracajcie się” (tamże). Bez tego stałego i wciąż na nowo
podejmowanego wysiłku w kierunku nawrócenia samo uczestniczenie w Eucharystii
zostałoby pozbawione swej pełnej skuteczności zbawczej. Zanikłaby w nim, a w
każdym razie spłyciłaby się ta szczególna gotowość składania Bogu „duchowej
ofiary” (por. 1 P 2, 5), w której wyraża się, w sposób najbardziej zasadniczy i
powszechny zarazem, nasz udział w kapłaństwie Chrystusa. Kapłaństwo bowiem w
Chrystusie samym łączy się z Jego własną ofiarą, z Jego własnym oddaniem Ojcu. A
to oddanie, właśnie dlatego że jest bezgraniczne, rodzi w nas — ludziach
poddanych wielorakim ograniczeniom — potrzebę coraz dojrzalszego zwrotu do Boga,
stałego i coraz pełniejszego nawrócenia.
W ostatnich latach bardzo wiele uczyniono w tym celu, aby uwydatnić — zgodnie
zresztą z najstarszą tradycją Kościoła — wymiar wspólnotowy pokuty, a zwłaszcza
samego Sakramentu Pokuty, w praktyce Kościoła. Są to pożyteczne poczynania,
które z pewnością posłużą dla wzbogacenia praktyki pokutnej Kościoła
współczesnego. Nie możemy jednak zapominać, że samo nawrócenie jest aktem
wewnętrznym o szczególnej głębi, w którym człowiek nie może być zastąpiony przez
innych, nie może być „wyręczony” przez wspólnotę. Chociaż więc wspólnota
braterska wiernych uczestniczących w nabożeństwie pokutnym ogromnie dopomaga w
akcie osobistego nawrócenia — to jednak w ostateczności trzeba, ażeby w tym
akcie wypowiedział się człowiek sam całą głębią swego sumienia, całym poczuciem
swej grzeszności i swego zawierzenia Bogu, stojąc tak jak Psalmista wobec Niego
samego z tym wyznaniem: „Tylko przeciw Tobie zgrzeszyłem” (Ps 50 [51], 6).
Kościół przeto, zachowując wiernie wielowiekową praktykę Sakramentu Pokuty,
praktykę indywidualnej spowiedzi związanej z osobistym żalem za grzechy i
postanowieniem poprawy, strzeże szczególnego prawa ludzkiej duszy. Jest to prawo
do najbardziej osobistego spotkania się człowieka z Chrystusem ukrzyżowanym i
przebaczającym. Z Chrystusem, który mówi — przez posługę szafarza Sakramentu
Pojednania — „odpuszczają ci się twoje grzechy” (Mk 2, 5); „idź, a od tej chwili
już nie grzesz” (J 8, 11). Jest to, jak widać, równocześnie prawo samego
Chrystusa do każdego z tych, których odkupił, prawo do spotkania się z każdym z
nas w tym kluczowym momencie życia duszy, jakim jest moment nawrócenia, a
zarazem odpuszczenia. Kościół, strzegąc Sakramentu Pokuty, wyznaje przez to w
sposób szczególny wiarę w Tajemnicę Odkupienia jako rzeczywistość żywotną i
życiodajną, która odpowiada ludzkiej grzeszności, ale także pragnieniom ludzkich
sumień. „Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą
nasyceni” (Mt 5, 6). Sakrament Pokuty jest drogą tego nasycenia człowieka
sprawiedliwością, która pochodzi od samego Odkupiciela.
W Kościele, który przede wszystkim w naszych czasach skupia się w sposób
szczególny wokół Eucharystii, który pragnie, aby autentyczna wspólnota
eucharystyczna mogła stawać się znakiem stopniowo dojrzewającej jedności
wszystkich chrześcijan, powinna zatem istnieć żywa potrzeba pokuty
sakramentalnej54, jak również pokuty pojętej jako cnota. Tej ostatniej dał wyraz
Paweł VI w Konstytucji apostolskiej Paenitemini55. Jednym z zadań Kościoła jest
wprowadzenie w życie nauki tam zawartej. Zapewne więc będziemy musieli uczynić
tę sprawę tematem wspólnej refleksji, przedmiotem wielu dalszych ustaleń w duchu
pasterskiej kolegialności i w poszanowaniu różnych w tym względzie tradycji, a
także różnych okoliczności życia współczesnych ludzi. Tym niemniej jest rzeczą
oczywistą, że Kościół nowego Adwentu, Kościół, który stale przygotowuje się na
nowe przyjście Pana, musi być Kościołem Eucharystii i Pokuty. Tylko w tym
duchowym profilu swej żywotności i swej działalności jest on Kościołem Bożej
Misji, Kościołem „in statu missionis”, tak jak ukazał nam jego oblicze Sobór
Watykański II.
Powołanie chrześcijańskie: służyć i królować
21. Tenże Sobór, budując od samych podstaw obraz Kościoła-Ludu Bożego poprzez
wskazanie na troiste posłannictwo samego Chrystusa, w którym uczestnicząc
stajemy się właśnie Bożym Ludem, uwydatnił również ten rys chrześcijańskiego
powołania, który wypada określić jako „królewski”. Aby w pełni ukazać bogactwo
soborowej nauki, należałoby w tym miejscu odwołać się do wielu rozdziałów i
paragrafów Konstytucji Lumen gentium, a także wielu innych dokumentów
soborowych. Wśród tego całego bogactwa jedno wszakże wydaje się najistotniejsze:
uczestniczyć w posłannictwie królewskim Chrystusa to znaczy odnajdować w sobie i
w drugich tę szczególną godność Bożego powołania, którą można określić jako
„królewskość”. Godność ta wyraża się w gotowości służenia na wzór Chrystusa,
który nie przyszedł, aby Jemu służono, ale by On służył (por. Mt 20, 28). Jeśli
zaś w świetle tej Chrystusowej postawy prawdziwie „panować” można tylko „służąc”
— to równocześnie „służenie” domaga się tej duchowej dojrzałości, którą należy
określić właśnie jako „panowanie”. Aby umiejętnie i skutecznie służyć drugim,
trzeba umieć panować nad samym sobą, trzeba posiadać cnoty, które to panowanie
umożliwiają. Nasze uczestnictwo w królewskim posłannictwie Chrystusa — w Jego
właśnie „królewskiej posłudze” — jest ściśle związane z każdą dziedziną
moralności chrześcijańskiej i ludzkiej zarazem.
Sobór Watykański II, ukazując pełny obraz Ludu Bożego, przypominając jakie
miejsce mają w nim nie tylko duchowni, ale i świeccy, i nie tylko
przedstawiciele hierarchii, ale także instytutów życia konsekrowanego, nie
wyprowadził tego obrazu z jakiejś tylko przesłanki socjologicznej. Oczywiście,
że Kościół, jako ludzka społeczność, może być również badany i określany w tych
kategoriach, jakimi posługują się nauki o każdym ludzkim społeczeństwie.
Jednakże kategorie te nie wystarczają. Istotna dla całej wspólnoty Ludu Bożego i
dla każdego jej członka jest nie tylko jakaś specyficzna „przynależność
społeczna”, ale istotne jest dla każdego i dla wszystkich szczególne
„powołanie”. Kościół bowiem jako Lud Boży jest równocześnie — wedle wspomnianej
już nauki św. Pawła, ujętej tak wspaniale przez Piusa XII — „Ciałem Mistycznym
Chrystusa”56. Przynależność doń pochodzi ze szczególnego wezwania połączonego ze
zbawczym działaniem Łaski. Jeśli przeto chcemy przedstawić sobie całą rozległą i
wielorako zróżnicowaną wspólnotę Ludu Bożego, musimy przede wszystkim widzieć
Chrystusa, który każdemu w tej wspólnocie w jakiś sposób mówi: „pójdź za Mną” (J
1, 43). Jest to społeczność uczniów i wyznawców, z których każdy w jakiś sposób
— czasem bardzo wyraźnie uświadomiony i konsekwentny, a czasem słabo
uświadomiony i bardzo niekonsekwentny — idzie za Chrystusem. W tym przejawia się
zarazem na wskroś „osobowy” profil i wymiar tej społeczności, która — pomimo
wszystkich braków życia wspólnotowego w ludzkim tego słowa znaczeniu — jest
wspólnotą właśnie przez to, że wszyscy w jakiś sposób stanowią ją z samym
Chrystusem, choćby tylko przez to, że noszą na swej duszy niezniszczalne znamię
chrześcijanina.
Sobór Watykański II wiele uwagi poświęcił właśnie temu, żeby ukazać, w jaki
sposób ta „ontologiczna” wspólnota uczniów i wyznawców ma się stawać coraz
bardziej również „po ludzku” świadomą wspólnotą życia i działania. Inicjatywy
Soboru w tej dziedzinie znalazły swą kontynuację w wielu dalszych poczynaniach o
charakterze synodalnym, apostolskim i organizacyjnym. Stale jednakże musimy mieć
przed oczyma tę prawdę, że każde z tych poczynań o tyle służy prawdziwej odnowie
Kościoła, o tyle przyczynia się do tego, że niesie on autentyczne światło
Chrystusa, „światłość narodów”57, o ile opiera się na rzetelnej świadomości
powołania i odpowiedzialności za tę szczególną łaskę, jedyną i niepowtarzalną,
dzięki której każdy chrześcijanin we wspólnocie Ludu Bożego buduje Ciało
Chrystusa. Należy tę zasadę, która jest kluczową regułą całej chrześcijańskiej „praxis”,
„praktyki” apostolskiej i duszpasterskiej, praktyki życia wewnętrznego i życia
społecznego — odnieść do wszystkich i do każdego wedle stosownej proporcji. I
Papież musi ją stosować do siebie, i każdy biskup. Muszą tej zasadzie pozostawać
wierni kapłani, zakonnicy i zakonnice. Muszą wedle niej kształtować swoje życie
małżonkowie i rodzice, kobiety i mężczyźni, ludzie różnych stanów i zawodów, od
najwyżej społecznie postawionych do tych, którzy spełniają najprostsze prace.
Jest to właśnie zasada owej „królewskiej służby”, która każdemu z nas nakazuje
za wzorem Chrystusa wymagać od siebie; wymagać właśnie tego, do czego jesteśmy
powołani, i do czego, przyjmując powołanie, sami zobowiązaliśmy się z Łaską
Bożą. Taka wierność powołaniu otrzymanemu przez Chrystusa od Boga niesie z sobą
ową solidarną odpowiedzialność za Kościół, do której Sobór Watykański II chce
wychować wszystkich chrześcijan. W Kościele bowiem jako we wspólnocie Bożego
Ludu, prowadzonego od wewnątrz działaniem Ducha Świętego, każdy ma „własny dar”,
jak uczy św. Paweł (1 Kor 7, 7; por. 12, 7. 27; Rz 12, 6; Ef 4, 7). Ten zaś
„dar”, będąc jego własnym powołaniem, własnym udziałem w zbawczym dziele
Chrystusa, równocześnie służy drugim, buduje Kościół i buduje braterskie
wspólnoty w różnym zakresie ludzkiego bytowania na ziemi.
Wierność powołaniu, czyli wytrwała gotowość „królewskiej służby”, posiada
szczególne znaczenie dla tej wielorakiej budowy, gdy chodzi o zadania
najbardziej zobowiązujące, od których też najwięcej zależy w życiu naszych
bliźnich i całej społeczności. Taką wiernością swemu powołaniu winni się
odznaczać małżonkowie, jak to wynika z nierozerwalnego charakteru sakramentalnej
instytucji małżeństwa. Podobną wiernością swemu powołaniu winni się odznaczać
kapłani, jak to wynika z niezniszczalnego charakteru, który Sakrament Kapłaństwa
wyciska na ich duszach. Przyjmując ten Sakrament, my w Kościele Łacińskim
zobowiązujemy się świadomie i dobrowolnie do życia w dozgonnej bezżenności,
każdy z nas więc musi czynić wszystko, aby z Łaską Bożą zachować wdzięczność za
ten dar i pozostać wiernym zobowiązaniu przyjętemu na zawsze. Podobnie jak
małżonkowie ze wszystkich sił muszą się starać, aby wytrwać w jedności
małżeńskiej, budując tym swoim świadectwem miłości wspólnotę rodzinną i
wychowując nowe pokolenia ludzi zdolnych do tego, aby całe swoje życie znów
poświęcić własnemu powołaniu, czyli owej „królewskiej służbie”, której przykład
i wzór najwspanialszy daje nam Jezus Chrystus. Jego Kościół, który wszyscy
stanowimy, jest „dla ludzi” w tym właśnie znaczeniu, że w oparciu o wzór
Chrystusa58, i współpracując z Łaską, którą On nam wysłużył, możemy osiągnąć owo
„panowanie”, czyli urzeczywistnić dojrzałe człowieczeństwo w każdym z nas.
Dojrzałe człowieczeństwo oznacza pełne użycie daru wolności, który otrzymaliśmy
od Stwórcy, kiedy powołał do istnienia człowieka „na swój obraz i podobieństwo”.
Szczególnym miejscem tego daru staje się poświęcenie bez reszty całej swojej
ludzkiej osoby w duchu oblubieńczej miłości dla Chrystusa, a wraz z Chrystusem
dla wszystkich, do których On skierowuje ludzi — mężczyzn czy kobiety — tak
całkowicie Mu oddanych. Oto ideał życia zakonnego podejmowany przez dawne i nowe
zakony i zgromadzenia, a także przez instytuty świeckie, wedle rad
ewangelicznych.
W naszych czasach nieraz błędnie się mniema, że wolność sama jest dla siebie
celem, że człowiek jest wolny, kiedy jej używa w jakikolwiek sposób, że do tego
należy dążyć w życiu jednostek i społeczeństw. Tymczasem wolność jest wielkim
dobrem wówczas, kiedy umiemy świadomie jej używać dla tego wszystkiego, co jest
prawdziwym dobrem. Chrystus uczy nas, że najwspanialszym wypełnieniem wolności
jest miłość, która urzeczywistnia się w oddaniu i służbie. Do takiej to właśnie
„wolności wyswobodził nas Chrystus” (Ga 5, 1; por. 5, 13) i stale wyzwala.
Kościół czerpie stąd nieustanne natchnienie, wezwanie i impuls dla swego
posłannictwa i swej posługi wśród wszystkich ludzi. Pełna prawda o ludzkiej
wolności jest głęboko wpisana w Tajemnicę Odkupienia. Kościół wówczas w całej
pełni służy ludzkości, kiedy tę prawdę odczytuje z niesłabnącą uwagą, z żarliwą
miłością, z dojrzałym przejęciem, kiedy w całej swej wspólnocie, a równocześnie
poprzez wierność powołaniu każdego chrześcijanina przenosi ją w życie ludzkie i
przyobleka w jego realny kształt. W ten sposób potwierdza się również to, co
powiedziano już powyżej: człowiek jest i wciąż staje się drogą codziennego życia
Kościoła.
Matka naszego zawierzenia
22. Kiedy przeto u początku nowego pontyfikatu myśli moje i serce skierowuję ku
Odkupicielowi człowieka, przez to samo pragnę wejść i wniknąć w najgłębszy rytm
życia Kościoła. Jeśli bowiem Kościół żyje swoim własnym życiem, to tylko dzięki
temu, że czerpie je od Chrystusa, który zawsze tego tylko pragnie, abyśmy to
życie mieli — i mieli w obfitości (por. J 10, 10). Równocześnie ta pełnia życia,
która jest w Nim, jest dla człowieka. Kościół przeto, jednocząc się z całym
bogactwem Tajemnicy Odkupienia, najbardziej staje się Kościołem żywych ludzi —
żywych, bo ożywianych od wewnątrz działaniem Ducha Prawdy (J 16, 13), bo
nawiedzanych miłością, którą Duch Święty rozlewa w sercach naszych (por. Rz 5,
5). Celem wszelkiej w Kościele posługi — apostolskiej, duszpasterskiej,
kapłańskiej, biskupiej — jest zachować tę dynamiczną spójnię Tajemnicy
Odkupienia z każdym człowiekiem.
Kiedy uświadamiamy sobie to zadanie, wówczas jeszcze lepiej zdajemy się rozumieć
co to znaczy, że Kościół jest matką59, a równocześnie co to znaczy, że Kościół
zawsze, a Kościół naszych czasów w szczególności, potrzebuje Matki. Należy się
szczególna wdzięczność Ojcom Soboru Watykańskiego II za to, że tej prawdzie dali
wyraz w Konstytucji Lumen gentium poprzez bogatą naukę mariologiczną w niej
zawartą60. Skoro zaś Paweł VI, natchniony duchem tej nauki, zaczął nazywać Matkę
Chrystusa Matką Kościoła61, co znalazło swój szeroki oddźwięk, niech i Jego
niegodnemu Następcy wolno będzie odwołać się do tej Matki przy końcu niniejszych
rozważań, które wypadało rozwinąć na początku jego papieskiej posługi. Jest
Maryja Matką Kościoła dlatego, że na mocy niewypowiedzianego wybrania samego
Ojca Przedwiecznego62 i pod szczególnym działaniem Ducha Miłości63 dała ludzkie
życie Synowi Bożemu, od którego bierze łaskę i godność wybrania cały Lud Boży, a
„dla którego wszystko i przez którego wszystko” (Hbr 2, 10). Jej własny Syn
chciał wyraźnie rozszerzyć macierzyństwo swej rodzonej Matki — rozszerzyć w
szczególnym znaczeniu, łatwo dostępnym dla ludzkich dusz i serc — wskazując Jej
z wysokości krzyża swego umiłowanego Ucznia jako syna (por. J 19, 26). Chciał
też Duch Święty, ażeby Ona sama, po Wniebowstąpieniu Pańskim, trwała w
Wieczerniku na modlitwie i oczekiwaniu wspólnie z Apostołami aż do dnia
Pięćdziesiątnicy, w którym widzialnie miał narodzić się Kościół, wychodząc z
ukrycia (por. Dz 1, 14; 2). A z kolei całe pokolenia uczniów, wyznawców,
miłośników Chrystusa — tak jak Apostoł Jan — niejako zabierały do siebie (por. J
19, 27) tę Matkę, w ten sposób od początku objawioną w dziejach zbawienia i w
posłannictwie Kościoła. My więc wszyscy, którzy stanowimy dzisiejsze pokolenie
uczniów, wyznawców i miłośników Chrystusa, również pragniemy z Nią szczególnie
się zjednoczyć. Czynimy to z całym przywiązaniem do starej tradycji, a
równocześnie z pełnym poszanowaniem i miłością dla członków wszystkich Wspólnot
chrześcijańskich.
Czynimy to z najgłębszej potrzeby wiary, nadziei i miłości. Jeśli bowiem na tym
trudnym i odpowiedzialnym etapie dziejów Kościoła i ludzkości widzimy szczególną
potrzebę zwrócenia się do Chrystusa, który jest Panem swojego Kościoła i Panem
dziejów człowieka poprzez Tajemnicę Odkupienia — to zdaje się nam, że nikt inny
tak jak Ona nie potrafi nas wprowadzić w Boski i ludzki zarazem wymiar tej
tajemnicy. Nikt tak jak Maryja nie został wprowadzony w nią przez Boga samego.
Na tym polega wyjątkowy charakter Łaski Bożego Macierzyństwa. Macierzyństwo to
nie tylko jest jedyną i niepowtarzalną w dziejach rodu ludzkiego godnością, ale
także jedynym co do swej głębi i co do swego zasięgu uczestnictwem w Boskim
planie zbawienia człowieka przez Tajemnicę Odkupienia.
Tajemnica ta ukształtowała się poniekąd pod sercem Dziewicy z Nazaret, gdy Ona
wypowiedziała swoje „fiat”. Od tego zaś momentu to dziewicze i macierzyńskie
zarazem serce pod szczególnym działaniem Ducha Świętego podąża stale za dziełem
własnego Syna i rozprzestrzenia się ku wszystkim, których Jezus Chrystus objął i
stale obejmuje swą niewyczerpaną miłością. Dlatego też i to serce musi być po
macierzyńsku niewyczerpane. Sam zaś macierzyński rys tej miłości, który
Bogarodzica wnosi w Tajemnicę Odkupienia i w życie Kościoła, wyraża się w
szczególnej bliskości względem człowieka i wszystkich jego spraw. Na tym polega
tajemnica Matki. Kościół, który w Nią się wpatruje ze szczególną miłością i
nadzieją, pragnie coraz głębiej przyswajać sobie tę tajemnicę. W tym bowiem
rozpoznaje zarazem drogę swego życia codziennego, którą jest każdy człowiek.
Odwieczna Miłość Ojca wypowiedziana w dziejach ludzkości przez Syna, którego
Ojciec dał, „aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne”
(J 3, 16), przybliża się do każdego z nas poprzez tę Matkę, nabiera znamion
bliskich, jakby łatwiej dostępnych dla każdego człowieka. I dlatego Maryja musi
się znajdować na wszystkich drogach codziennego życia Kościoła. Poprzez Jej
macierzyńską obecność Kościół nabiera szczególnej pewności, że żyje życiem
swojego Mistrza i Pana, że żyje Tajemnicą Odkupienia w całej jej życiodajnej
głębi i pełni, i równocześnie ten sam Kościół, zakorzeniony w tylu rozlicznych
dziedzinach życia całej współczesnej ludzkości, uzyskuje także tę jakby
doświadczalną pewność, że jest po prostu bliski człowiekowi, każdemu
człowiekowi, że jest jego Kościołem: Kościołem Ludu Bożego.
Stojąc wobec tych zadań, jakie wyrastają na drogach Kościoła — na tych drogach,
które tak wyraźnie już ukazał Papież Paweł VI w pierwszej Encyklice swego
Pontyfikatu — uświadamiając sobie nieodzowność tych wszystkich dróg, a
równocześnie trudności, jakie się na nich spiętrzają, tym bardziej odczuwamy
potrzebę głębokiej więzi z Chrystusem. Odzywają się w nas mocnym echem te słowa,
które On powiedział: „beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J 15, 5). Odczuwamy
także nie tylko potrzebę, ale wręcz potężny imperatyw jakiejś wielkiej,
wzmożonej i spotęgowanej modlitwy całego Kościoła. Tylko modlitwa może sprawić,
żeby te wielkie zadania i spiętrzające się: trudności nie stawały się źródłem
kryzysów, ale okazją i niejako podłożem coraz dojrzalszych osiągnięć w pochodzie
Ludu Bożego ku Ziemi Obiecanej na tym etapie dziejów, gdy zbliżamy się do kresu
drugiego tysiąclecia. I dlatego toż, kończąc to rozważanie gorącym i pokornym
wezwaniem do modlitwy pragnę, abyśmy na tej modlitwie trwali złączeni z Maryją,
Matką Jezusa (por. Dz J, 14), tak jak trwali Apostołowie i Uczniowie Pańscy po
Wniebowstąpieniu w jerozolimskim Wieczerniku (por. Dz 1, 13). I proszę nade
wszystko samą niebiańską Matkę Kościoła, aby raczyła na tej modlitwie nowego
Adwentu ludzkości trwać z nami, którzy stanowimy Kościół, czyli Ciało Mistyczne
Jej rodzonego Syna. Ufam, że poprzez taką modlitwę otrzymamy zstępującego na nas
Ducha Świętego (por. Dz 1, 8) i staniemy się świadkami Chrystusa „aż po krańce
ziemi” (tamże), podobnie jak ci, którzy z Wieczernika jerozolimskiego wyszli w
dniu Pięćdziesiątnicy.
Z Błogosławieństwem Apostolskim.
W Rzymie, u Św. Piotra, dnia 4 m |