Głos Ojca Pio
Chrześcijanin w „cywilizacji guzika"
Piotr Jordan Śliwiński OFMCap
Masz ci los! Nie tak dawno Mika Brzezinski,
prezenterka jednego z dzienników ważnej stacji amerykańskiej telewizji odmówiła
podania jako informacji dnia, że Paris Hilton wychodzi z więzienia. Zrobił się
z tego prawdziwy news i szereg ważnych dzienników podało go w serwisie dnia.
Rozumiem prezenterkę, dla której kolejny etap przygód
łóżkowo-rozrywkowo-jakichśtam jeszcze nie jest faktem do odtrąbienia po całej
kuli ziemskiej. Z drugiej jednak strony wspomniana aktorka oraz inne piosenkarki
czy sportowcy tworzą współczesny olimp. Gwiazdy, gwiazdeczki, kometki i
meteoryty show-biznesowe kreują dzięki massmediom mitologię współczesnego
świata, stają się wzorami do nieraz zupełnie bezkrytycznego naśladowania, miarą
szczęścia i sukcesu życiowego.
Bardzo często wobec zalewu tego typu
zainteresowań i informacji chrześcijanin czuje dziś bezradność. Jak ma się
przebić z prawdą Ewangelii? Może jest ona niemedialna? I często taka
konfrontacja powoduje albo całkowitą bierność połączoną z ukrywaniem swych
religijnych poglądów, albo prowadzi do mentalności gettowej – obwarowania w tym,
co wydaje się jedynie chrześcijańskie, katolickie, kościelne. Często ta druga
postawa łączy się z szukaniem wrogów ukrytych we własnych szeregach.
Chrześcijanin staje się zmęczonym rycerzem, a przecież nie tylko miecz i tarczę
ma dzierżyć. Pilota od różnych urządzeń też.
Guzik i jego królestwo
Dzisiejsza pop-kultura rozwija się w cywilizacji
nazywanej przez niektórych filozofów „cywilizacją guzika”. Wszystko jest poddane
naszej woli, każda maszyna ma ten jeden ważny wyłącznik albo sterowana jest za
pomocą pilota, który obsługujemy, który stanowi o naszej władzy. Guziko-władcy!
Naciskamy guzik i maszyny od razu realizują naszą wolę. I tak do czasu od
naciśnięcia przycisku do realizacji zamówienia ogranicza się nasza cierpliwość.
Powoduje to, że wszystko, co spotyka człowieka w życiu, musi być po pierwsze
użyteczne, a po drugie skuteczne. To oczekiwanie chętnie przerzucamy na kontakty
z innymi ludźmi.
Zapewne niejednokrotnie zauważyliśmy, że podczas
rozmowy z przypadkowo spotkanym znajomym zaczynamy się denerwować, pozostając
zbyt długo w roli słuchacza. Rozmowa ma być skuteczna – informacje, parę
pozdrowień, miłych słówek i dalej. Guziko-władca jest nastawiony na możliwość
wyłączenia urządzenia, które nie jest potrzebne w danym momencie. A człowieka
się nie da, ot tak, wyłączyć. Dobrze, gdy pokornie słucha on komunikatu
guziko-władcy, gorzej, jeśli sam ośmiela się mówić i oczekuje wysłuchania.
Nieumiejętność słuchania guziko-władcy to jego
znaczące kalectwo. Prowadzi ono do utraty zdolności porozumiewania się z innymi
ludźmi oraz – nierzadko – trudności także w życiu religijnym, np. na modlitwie
czy podczas spowiedzi. Boga także nie można dowolnie włączyć i wyłączyć. On,
mówiąc poprzez sumienie i słowo, choćby to głoszone w trakcie niedzielnych
liturgii, nie tylko nakazuje właściwe postępowanie, ale jeszcze domaga się, aby
słuchać rzeczy niemiłych. A my, guziko-władcy, nawet jeślibyśmy chcieli Go
posłuchać, często nie wiemy, jak to zrobić.
Coraz częściej nasza podstawowa codzienna
komunikacja sprowadza się do SMS-ów i rozmów przez komórkę. Dają one pozór
bliskości (bo mogę, przebywając w domu, rozmawiać z osobami, które znajdują się
w każdym niemal miejscu kuli ziemskiej), ale takie porozumiewanie się z reguły
jest powierzchowne, bo przecież też guziko-władne. W konsekwencji człowiek
napotyka coraz większe trudności w mówieniu o problemach ważnych i w
rzeczywiście głębokim kontakcie z rozmówcą.
Szybkość i powierzchowność komunikacji oraz
porównywanie spotykanych ludzi do reprezentantów show-biznesowego olimpu
sprawia, że zaczynamy „ślizgać się” po rozmowach, a ostatecznie i po ludziach.
Zauważamy, jak nasz rozmówca jest ubrany, jakich używa perfum, ale często nie
potrafimy powiedzieć, co właśnie przeżywa i z jakimi zmaga się problemami, ani
też jak możemy się z nim spotkać. Nie wiemy o nim nic. Człowiek bywa wtedy
traktowany jak telewizor albo komputer: pozostajemy przy nim, jeśli proponuje
ciekawe komunikaty, ale gdy tylko przestają być one interesujące, korzystamy
z guzika, zmieniamy program albo kanał, przechodzimy na kolejną stronę www czy
też najzwyczajniej przestajemy korzystać z komunikatora. Przykro – jeśli dotyczy
to znajomego spotykanego podczas spacerów z psem, dramatycznie – jeśli
zawieszamy dialog z najbliższymi osobami, przeraźliwie – gdy traktujemy Boga
jako nudziarza.
W poszukiwaniu bliskości
Guzikowa władza nie eliminuje wszakże tęsknoty
za bliskością drugiego człowieka. Pojęcie o niej kształtują wszakże życio-mity
gwiazdek show-biznesu. Jest odlotowo, fajnie, jest chemia, magia, klimat, czyli
jest miła chwila, bliskość ciał i psychiczne odprężenie, mierzone stwierdzeniem:
„Z nim/nią to się dobrze czuję”. A potem wielka rozpacz, bo chwila minęła i
przypłynęła rzeka codziennych trudnych spraw. I nie ma klimatu ani odlotu.
Jednak to nie tylko inni mają być „odlotowi” dla
mnie, również oni stawiają mi podobne wymagania. Konieczność bycia stale
atrakcyjnym w kontaktach z innymi zmusza do nieustannego sprawdzania się,
ciągłego porównywania się z nimi. Muszę się rozwijać jak inni, ba, nawet
bardziej i intensywniej. W ten sposób zaczyna dominować model „człowieka kuli”,
który winien się rozwijać we wszystkich kierunkach. Uwidacznia się to już w
kształceniu dzieci: mają one biegle mówić po angielsku i francusku, jeździć
konno, pojąć sztukę fechtunku, tańczyć, znać biologię i świat teatru... Kultura
bardzo często stawia dzisiaj człowieka w centrum. To on ma być tym, który o
wszystkim decyduje. I bardzo często w takiej pozycji ustawia się też wobec Pana
Boga, który ma tylko pomóc w odniesieniu sukcesu. Relacja z Nim ma stanowić
zaledwie jedną z osi rozwoju, i to tylko wspomagającą.
Rozwijający się człowiek, prawdziwy
guziko-władca, choć wyposażony w różne instrumenty elektronicznego kontaktu, w
znajomość języków obcych, możliwość przemieszczania się po całym świecie,
przymioty niezbędne do bycia królem towarzystwa, bardzo często czuje się samotny
i wyobcowany. Coraz częściej słyszymy o tragicznych wypadkach w gimnazjach,
gdzie obok sprawców dojmującego zła byli także niemi świadkowie, całkowicie
bierni, jakby osoba cierpiąca była dla nich zupełnie obojętna. A zatem mamy
samotność ofiary i obcość ludzi, którzy są świadkami wydarzającego się zła. Tu
nie wystarczy przyciśnięcie guzika odpowiedniej maszyny, urządzenia. Odpowiedni
przycisk trzeba znaleźć we własnym wnętrzu. Sytuacje takie wskazują na
pogłębiające się doświadczenie osamotnienia człowieka wobec zła, które czyha w
różnych przestrzeniach życia społecznego i osobistego.
Idące w parze poczucie osamotnienia i
wyobcowania często prowadzą do zamknięcia się człowieka w sobie, ale mogą być
również powodem do poszukiwania drogi ku światłu i odkrywania prawdy, że
człowiek nie jest sam. Samotność staje się wówczas wyzwaniem do odkrywania
wyzwalającej religijnej relacji do Boga.
Wysiłek wiary
Chrześcijaństwo także chce, aby człowiek odniósł
sukces, jednak proponowana przezeń miara sukcesu jest zupełnie inna, zakłada ono
bowiem model stożka: owszem, rozwijaj się, ale w taki sposób, abyś coraz
bardziej zbliżał się do centralnej osi, którą jest relacja z Chrystusem, a nie
od niej uciekał w pragnienie samospełnienia. Bywa jednak tak, że od Chrystusa
oczekuje się jedynie komfortu psycho-duchowego: Ewangelia ma potwierdzać wartość
człowieka, jego znaczenie w oczach Bożych. Przy tym nie chce on słyszeć o
wymaganiach, nie potrzebuje pouczeń, a jedynie żąda pomocy w rozwiązywaniu
swoich problemów. Bóg kocha człowieka, ale także pokazuje prawdę o życiu.
Wskazuje drogę do przełamania obcości i samotności, ale ma to być wysiłek
dążenia po szlaku przez Niego wskazanym, a nie naciśnięcie jednego z dostępnych
guzików.
Niektórzy ludzie chcą bowiem przyjmować
wymagania chrześcijaństwa, tak jak się bierze samochód w leasing: „Dobrze,
proszę ojca, spróbuję, może będzie mi to odpowiadać”. Ja mówię na to: Powoli!
Ewangelia to nie samochód. Nie można wziąć jej w leasing i za pół roku czy dwa
lata odstawić, bo nie pasuje, i rozpatrzyć inną możliwość. Trzeba wybrać i
zdecydować się na bycie z Chrystusem!
Bywa też tak, że od religii oczekuje się efektu
terapeutycznego: „Ale świetna spowiedź, czuję się o wiele lepiej”. Nie można
jednak doświadczenia religijnego mierzyć jedynie skalą własnych uczuć, bo dobre
samopoczucie może być uwarunkowane przez wiele różnorodnych czynników – wypicie
wspaniałej kawy albo wysokie ciśnienie baryczne – i niekoniecznie mieć
jakikolwiek związek z rzeczywistym doświadczeniem bliskości Boga.
W doświadczeniu religijnym potrzeba wiary,
potrzeba prośby o przymnożenie wiary, aby nie pozostać wyłącznie na poziomie
sentymentalizmu, co niestety bardzo często się zdarza: „Proszę ojca, nie czuję,
że Bóg tu jest, więc pójdę poza kościół, na górkę, tam czuję Boga”. A jeśli
będzie padać i tam też nie poczuje się Jego obecności, to gdzie należy pójść? Tu
pojawia się kolejny wymiar dzisiejszej kultury – wszechdominacja subiektywnego
poczucia.
A przecież Chrystus, kiedy wisiał na krzyżu, nie
miał dobrych uczuć, a właśnie wtedy był najściślej zjednoczony z Ojcem. Również
Ojciec Pio, który przeżywał tyle cierpień, nie był bez przerwy radosny i pełen
sympatycznych uczuć, ale codziennie podejmował wysiłek wiary. Nie można bowiem
wiary utożsamiać jedynie z uczuciem ani z wrażeniem danym właśnie w tej chwili.
Samarytański model bliskości
W życiu duchowym bardzo rzadko się zdarza, że w
jednym momencie, w jednej sekundzie można rozwiązać jakiś problem. Życie duchowe
to pewne itinerarium, droga – pełna wysiłku i trudu. Ojciec Pio mówił, że
ludzie w różnym tempie zbliżają się do Boga: jedni idą pieszo, inni jadą
pociągiem. Ważne jest jednak, żeby wszyscy utrzymali właściwy kierunek. Owszem,
w życiu duchowym istnieją również błyskawiczne, znaczące nawrócenia, ale później
za tym doświadczeniem idzie zwyczajny, codzienny wysiłek, prosty jak różaniec
odmawiany po długiej pracy, jak gest cierpliwości uczyniony wobec męża, żony czy
dziecka.
W drodze przez codzienność, w pielgrzymce ku
Bogu chrześcijanin nie jest i nie może być odizolowany od współczesnej kultury.
Ma jednak dobrze rozpoznać w niej ślady Bożej obecności, a więc powinien być
uważny i odważny. Nade wszystko jednak winien pielęgnować przyjaźnie i tworzyć
wspólnoty. Potrzebny jest ten charyzmat spotkania, by móc się spotykać w grupie
przyjaciół Boga, którzy w różnych zawirowaniach wypływających z naszej kultury
wzajemnie się wspierają: modlitwą, obecnością, towarzyszeniem, dobrym słowem.
Dobrze, jeśli uczą się wzajemnie odkrywać to, co wartościowe we współczesnej
pop-kulturze.
Myślę, że ta atmosfera bliskości opierającej się
na przyjaźni wzajemnej i przyjaźni z Bogiem przeżywanej na modlitwie, na
słuchaniu słowa Bożego, na wspólnej celebracji sakramentów będzie przyciągać
innych. Bo potrzeba dzisiaj, aby chrześcijanie przełamywali obcość i samotność,
która wielu z nich dotyka.
Chrześcijaństwo bowiem pokazuje bliskość inaczej rozumianą. Ukazuje ją Chrystus
w przypowieści o miłosiernym Samarytaninie: pobity przez zbójców, leżący przy
drodze człowiek nie był ani fajny, ani miły, ani kontakt z nim nie budził
wspaniałych uczuć, dlatego zarówno kapłan, jak i lewita go minęli. Jedynie
Samarytanin dostrzegł w nim człowieka, dostrzegł w nim kogoś, kto potrzebuje
pomocy. Na tym właśnie polega prawdziwe przeżywanie bliskości: odkrycie godności
człowieczeństwa, odkrycie potrzeby relacji z kimś, kogo muszę spotkać, komu mam
coś do ofiarowania.
„Głos Ojca Pio” (47/2007)
• inne
publikacje "Głosu Ojca Pio"
Opublikowane za zgodą

• Głos Ojca Pio |