Głos Ojca Pio
Magia znaków czy język miłości?
Cezary
Sękalski
Chrystus
działa w znakach sakramentalnych i liturgicznych, ale jeśli zarówno osoba
posługująca się nimi, jak i je przyjmująca dopuszczą się lekceważenia, pozostaną
poza zasięgiem ich zbawczego działania. Liturgia nie oddziałuje bowiem na
człowieka w sposób automatyczny i nie wystarczy podczas Mszy Świętej stać w
obrębie murów okalających kościół, aby doświadczyć pełni oferowanej przez
Chrystusa łaski.
Przed laty dane mi było uczestniczyć w bierzmowaniu zorganizowanym w zakładzie
karnym przeznaczonym dla młodocianych przestępców. W kaplicy zgromadziło się
dziesięciu bierzmowanych więźniów oraz miejscowa wspólnota Odnowy w Duchu
Świętym, spośród której wywodzili się świadkowie bierzmowania (m.in. ja), a
także kilkudziesięciu osadzonych, którzy chcieli uczestniczyć w tej
uroczystości. Kiedy miejscowy proboszcz przy powitaniu wszystkich zebranych
rozwodził się nad tym niezwykłym wydarzeniem, jakim niewątpliwie było
obdarowanie darami Ducha Świętego przestępców, niektórzy z nich odwracali się do
siedzących z tyłu kolegów i wymieniali z nimi porozumiewawcze, rozbawione
spojrzenia. Kiedy jednak głos zabrał biskup i mówił o tym, że otwarcie się na
Boga jest jedyną szansą, aby nie przegrać swojego życia, i że w życiu osadzonych
odrzucenie Boga i Jego prawa doprowadziło do ich skazania, z ich oczu znikły
iskierki wesołości, a w to miejsce zjawiła się nuta zadumy nad swoim życiem.
Wspomnienie to stanęło przed moimi oczami, kiedy zacząłem zastanawiać się nad
naszym stosunkiem do liturgii.
Dwie strony medalu
Myślę, że nasze podejście do liturgii można sprowadzić do dwóch podstawowych
postaw. Pierwszą reprezentował ów proboszcz, który akcent stawiał na obiektywne
wydarzenie liturgiczne, jakim jest Msza Święta. Drugą reprezentował biskup,
który skupił się na subiektywnym odbiorze i dyspozycyjności przyszłych
bierzmowanych wobec oferowanego im znaku liturgicznego. Obydwa podejścia
stanowią dwie strony jednego medalu. Osobno każda z nich w sposób bardzo
okrojony opisuje bogatą rzeczywistość liturgii.
Słowo liturgia pochodzi z języka greckiego i oznacza ludowy czyn (leitos
– ludowy, ergon – czyn, dzieło, działanie). W kulturze greckiej termin
ten nie miał zabarwienia religijnego, lecz społeczno-polityczne. Określano nim
wszelkie świadczenia publiczne podejmowane dla dobra wspólnego, takie jak
podatki czy inne zobowiązania społeczne.
W Kościele katolickim terminem tym określono służbę Bożą – sprawowanie kultu
publicznego poprzez czynności święte, które stanowią kontynuację misji Chrystusa
w Kościele. Z tego punktu widzenia sprawowanie liturgii jawi się jako publiczne
wydarzenie religijne, jednoczące daną społeczność wokół Chrystusa, który poprzez
konkretne znaki sakramentalne ją uświęca. W teologii mówi się o tym, że
sakramenty działają ex opere operato, a zatem na podstawie wykonanego
dzieła. Od strony samego znaku liturgicznego nie jest ważne nawet to, w jaki
sposób i z jakim nastawieniem wykonuje je celebrans, bo ich moc i skuteczność
nie wypływa z jego zdolności czy predyspozycji, ale z samej ofiary Chrystusa.
Religijność czy magia?
To jednak tylko jedna strona medalu. Gdybyśmy chcieli ograniczyć liturgię
wyłącznie do niego, moglibyśmy niepostrzeżenie przesunąć ją na teren magii.
Myślenie magiczne charakteryzuje się bowiem przyznaniem mocy sprawczej pewnym
rytuałom. Uwidacznia się to szczególnie w różnych zabobonnych praktykach:
splunięcie przez lewe ramię na widok czarnego kota ma uchronić nas przez
zwiastowanym nieszczęściem, a dotknięcie guzika na widok kominiarza – zapewnić
następstwo szczęśliwych wydarzeń. Przy czym w magii i zabobonach żadne inne
okoliczności typu: roztropność w życiowych decyzjach czy pracowitość w ogóle nie
mają żadnego znaczenia.
Podobne myślenie prowadzi niekiedy do erozji prawdziwej religijności. Ze
zdumieniem oglądałem kiedyś nagranie zrealizowane ukrytą kamerą. Zarejestrowano
na nim złodzieja, który przeżegnał się przed kradzieżą samochodu. Prawdopodobnie
w jego pojęciu nabożnie wykonany znak krzyża miał go uchronić przed policją.
Ciekawe, czy żywił potem pretensje do Pana Boga, kiedy już okazało się, że
samochód, do którego się włamał, był pozostawioną przez stróży prawa pułapką...
Obrazek ten wskazuje, że można nadużywać także różnych świętych znaków. W tym
przypadku znak krzyża został potraktowany jako działanie magiczne mające danemu
człowiekowi zapewnić powodzenie. Nadużycie polegało na tym, że działanie, które
w ten sposób zostało „poświęcone”, było sprzeczne nie tylko z jakąkolwiek
religijnością, ale i ze zwykłą etyką.
Od gestów zewnętrznych do odruchu serca
Pismo Święte ustami proroków wielokrotnie przestrzega nas przed nadmiernym
zrytualizowaniem naszej religijności. W Księdze Izajasza odnajdujemy
charakterystyczną skargę, w której Bóg stwierdza, że lud zbliża się do Niego
tylko w słowach, sławiąc Go wyłącznie wargami, podczas gdy jego serce pozostaje
z dala od Niego, co oznacza, że cześć oddawana Bogu jest tylko wyuczonym przez
ludzi zwyczajem (por. Iz 29, 13). Tu dochodzimy do drugiej ważnej zasady
określającej skuteczność znaków liturgicznych. Teologowie mówią, że sakramenty
działają ex opere operantis, czyli mocą dokonującego dzieła.
Prawdą jest, że to głównie Chrystus działa w znakach sakramentalnych i
liturgicznych, ale jeśli zarówno osoba posługująca się nimi, jak i je
przyjmująca dopuszczą się lekceważenia, pozostaną poza zasięgiem ich zbawczego
działania. Liturgia nie oddziałuje bowiem na człowieka w sposób automatyczny i
nie wystarczy podczas Mszy Świętej stać w obrębie murów okalających kościół, aby
doświadczyć pełni oferowanej przez Chrystusa łaski. Brak staranności przy
sprawowaniu Najświętszej Ofiary czy antyliturgiczny śpiew mogą na tyle zakłócać
czystość przekazu, że zamiast otwierać człowieka na doświadczenie sacrum,
nie tylko go na nie zamykają, ale jeszcze wywołują dodatkową irytację. Stąd tak
ważna jest ogromna dbałość w przygotowaniu liturgii oraz wewnętrzne usposobienie
do uczestnictwa w niej.
Czy znaki liturgiczne wystarczą?
Trzeba zauważyć, że w ciągu wieków w Kościele katolickim dominowało podejście
kładące nacisk na moc samych znaków liturgicznych. Liturgia odprawiana po
łacinie, w języku nieznanym większości wiernych, była czymś tajemniczym i
wzniosłym, jednak mało komunikatywnym.
Po II Soborze Watykańskim nastąpiła gruntowna zmiana: dopuszczono do liturgii
języki narodowe i przesunięto akcent ku większej wspólnotowości (kapłan staje
twarzą do wiernych itp.). Niekiedy jednak wydaje się, że ciągle jeszcze brakuje
nam tego osobistego podejścia do Chrystusa, przez co liturgia zamiast objawiać
Jego obecność, raczej ukrywa ją za historycznie ukształtowanymi elementami. Nie
jest to oczywiście wina samych znaków liturgicznych ani też w pierwszym rzędzie
sposobu ich celebrowania. Często największą naszą trudność stanowi rutyna i
przyzwyczajenie. Uczestnictwo w liturgii jako we wspomnianym przez proroka
Izajasza „wyuczonym przez ludzi zwyczaju” to za mało, aby móc kosztować jej
zbawczych owoców.
Niekiedy wydaje się, że uczestnicy naszych zgromadzeń liturgicznych przypominają
uczniów, którzy w drodze do Emaus spotkali nieznajomego wędrowca. Słuchali go,
przyglądali się mu z zaciekawieniem, ale przez dłuższy czas tak naprawdę nie
miał on żadnego wpływu na ich życie. Gdyby nie wypowiedziane w ostatniej chwili
słowa „zostań z nami”, przypadkowe spotkanie w drodze szybko stałoby się tylko
odległym wspomnieniem, zacieranym stopniowo przez coraz to nowe, bardziej
aktualne i ekscytujące wydarzenia. Owo wypowiedziane mimochodem „zostań z nami”
nagle doprowadziło uczniów do rozpoznania w nieznanym wędrowcu Jezusa, który
objawił się im przy łamaniu chleba.
Owo wypowiedziane w sercu „zostań z nami” również w naszym przypadku jest
kluczowe dla religijności, jaką reprezentujemy. Tylko ono może sprawić, że Jezus
obecny w Eucharystii będzie miał szansę nie tylko towarzyszyć nam podczas
uroczystych celebracji, ale także w całej naszej codzienności, we wszystkich
sferach naszego życia.
„Głos Ojca Pio” (44/2007)
• inne
publikacje "Głosu Ojca Pio"
Opublikowane za zgodą

• Głos Ojca Pio |