Głos Ojca Pio
Między przyjaźnią a pożądaniem…
Rekolekcje to pobożna albo intelektualna gadanina, a dziewczyny i ksiądz to jest
życie. One od razu wyczują różnicę między przyjaźnią a pożądaniem. Tu jestem
kimś – kobietą, a tu jestem czymś – przedmiotem pożądania.
Z ojcem
Joachimem Badenim OP o roli kobiety w Kościele rozmawia Joanna Piestrak
Coraz częściej słyszy się dzisiaj opinię, że
przez wieki swego istnienia Kościół za mało doceniał kobiety. Czy Ojciec
podziela ten pogląd?
Kościół podzielał poglądy kultury, w której
działał. Myślę, że raczej niespecjalnie wyróżnił się w przeszłości ignorowaniem
kobiety. W historii możemy wskazać kobiety bardzo wpływowe, weźmy choćby
dominikankę, św. Katarzynę Sieneńską – godziła zwaśnione miasta – czy Hildegardę
von Bingen, mistyczkę żyjącą w XII wieku – do niej papież zwracał się z prośbą o
radę.
Dzisiaj wszystko bardzo się zmieniło,
współczesna kultura chce w złym sensie zrównać mężczyznę i kobietę. A Kościół za
tą zmianą nie chce podążyć, zauważając jej antyboskość. Bóg stworzył bogactwo –
różni psychicznie kobieta i mężczyzna mają się w Duchu Świętym pogodzić,
zjednoczyć.
Z drugiej strony trzeba jednak zauważyć za mały
wpływ oddziaływania kobiet w Kościele.
Uważa Ojciec, że kobiety za mało walczą o swoje
miejsce w Kościele?
Jest takie powiedzenie o królowej angielskiej,
że ona panuje, ale nie rządzi. Ono świetnie oddaje problem wpływu kobiety w
Kościele. Popatrzmy na Matkę Boską: czy wydaje papieżowi zarządzenia, jak
prowadzić Kościół? Nie. Czy wtrąca się do rady parafialnej? Też nie. A ma
olbrzymi, niesamowity wpływ – przez pośrednictwo. Dlatego myślę, że –
realizowany w oparciu o ten model – wpływ kobiety w Kościele powinien być
większy, znacznie bardziej czytelny i słyszalny, zwłaszcza w hierarchii. Kobiety
powinny mieć głos doradczy i w taki sposób wpływać na pewne decyzje w Kościele.
Myślę, że gdyby kobiety zabierały głos przy
doborze kandydatów do kapłaństwa, uniknęłoby się wielu takich skandali, jak ten
w Ameryce. Kobieta wyczułaby, co w danym kandydacie „siedzi”: normalny mężczyzna
czy nie. Bo jeśli nie nadaje się do małżeństwa, nie może być też księdzem.
W jaki sposób kobieta to rozpoznaje?
Intuicją. Kobieta z miejsca pozna
homoseksualistę: kiedy wskazuje na niego, kieruje się odczuciem zupełnego braku
zainteresowania jej osobą z jego strony. A wiadomo, że każdy mężczyzna w jakiś
sposób reaguje na kobietę, nie żeby ją od razu podrywał, ale ona czuje, że jest
widziana jako kobieta, a nie tylko jako człowiek.
Skoro kobieta kieruje się intuicją, w jaki
sposób może przekonać mężczyzn, którzy kierują się intelektem, że ma rację i nie
myli się w swoich poglądach? Nie ma przecież dowodu.
Dlatego konieczne jest w Kościele słuchanie
kobiet, poddanie się ich opinii – szczególnie żon i matek, które mają synów,
niekoniecznie w stanie duchownym – bo one, wychowując mężczyznę, doskonale go
poznały.
Czy to znaczy, że lepiej kierować się w życiu
intuicją niż rozumem?
Zależy, o jaką sprawę chodzi i jaka to jest
kobieta. Jestem przekonany, że ona, kierując się sympatią, wyczułaby, co dla
mnie jest dobre, natomiast mężczyzna chciałby mi przede wszystkim udowodnić, że
jego porada jest właściwa i przedstawiłby dowód pierwszy, drugi…, szósty.
Tak dzieje się w małżeństwie: on udowadnia na
przykład, że dla niej zmiana miejsca będzie dobra, ona uważa przeciwnie, że zła,
co okaże się dopiero później. Bo ona – przyszła albo aktualna matka – ma
wyczucie dobra i życia. Mężczyzna, który nie nosił nigdy życia, tylko życiem się
opiekuje, nie ma z nim tego bezpośredniego kontaktu.
Kobieta jest wrażliwa na wszystko, co żywe.
Jeśli zacznie się maskulinizować, wówczas to straci. Będzie miała może bystry
umysł, ale zatraci swą, właściwie boską, tożsamość.
Zdarza się, że mężczyźni pytają o zdanie
kobietę, a potem i tak robią swoje.
Ponieważ myślą, że mają rację. To kwestia czysto
intelektualna, a nie różnicy płci. Kiedy kobiety są bardzo sprawne w
wykonywanych przez siebie zawodach, zaczyna się ich słuchać.
Mam wrażenie, że nadal w Kościele pokutuje
stereotyp kobiety słabej fizycznie, umysłowo i moralnie… Księża tak patrzą na
kobiety, które są dopuszczone tylko do posługi służebnej. W jaki sposób zatem
mają prowadzić partnerską rozmowę?
Prawdą jest, że mimo zmian nadal funkcjonują
niektóre antykobiece relikty przeszłości. Konieczna jest zatem odpowiednia
formacja młodego kleru. Trzeba uczyć ich poznawać kobietę, jej psychikę.
Problem tkwi także w tym, jak poradzić sobie z
umiejscowieniem owej „partnerskiej rozmowy” z kobietami w strukturze Kościoła
tak, aby ich głos był słyszalny.
Ale Kościół nie dopuszcza kobiet do stanowisk!
To powinno się zmienić. Funkcja doradcza kobiet
powinna zostać zinstytucjonalizowana, czytelna. Nasi przełożeni słuchają kobiet.
Nie słyszałem, żeby jakiś dominikanin sprzeciwił się opinii wypowiedzianej przez
kobietę.
A może dominikanie traktują kobiety jak
mężczyzn? Znalazłam taki przykład: Współczesny Teresie z Ávila prowincjał
dominikanów, zapytany, co o niej myśli, odpowiedział: „Żartuje, kto ma ją za
kobietę. W sprawach wiary jest nie tylko mężczyzną, ale mężczyzną z tych
najbardziej brodatych”.
To był komplement na ówczesne czasy. Żeby
podkreślić ważność kobiety, zrównywało się ją w pewnym aspekcie z mężczyzną.
Ale to było nobilitujące tylko dla kobiety, bo
już porównanie mężczyzny do kobiety oznaczało zniewagę.
Oczywiście, ponieważ wtedy niszczy się w nim to,
co ma być jego siłą. Porównując mężczyznę do kobiety, wskazuje się, że jest on
słaby.
Myślę, że kobiety przede wszystkim chcą być
zauważane i traktowane jako partnerki.
To jasne dla każdego dominikanina. Tutaj nie ma
o czym dyskutować.
Bardzo trudno ustawić to partnerstwo w
małżeństwie, zwłaszcza dla kobiety, bo przecież mężczyzna chce rządzić. A według
mnie powinno być tak: różne przedsięwzięcia organizuje mężczyzna, ale co i kiedy
trzeba zrobić, wskazuje kobieta.
Zatem Ojciec uważa, że mężczyzna powinien być
głową, a kobieta szyją.
To dość dobry przykład. W rodzinach właściwie
rządzi matka, chociaż to ojciec zarządza. Jak matki zabraknie, następuje klęska.
Czyli kobiety muszą o ten wpływ zabiegać w
sposób zawoalowany?
Nie. W sposób mądry. Natomiast jeśli ona zechce
się zmaskulinizować, wówczas straci swoją tajemniczość.
Ale Kościół raczej nie bardzo sprzyja ruchom
emancypacyjnym...
Emancypacja to słowo prawie diabelskie, pachnie
zbrodnią – niszczeniem kobiecości. Dlatego, że ruchy te dążą do komunistycznej
„urawniłowki”, co jest dziełem diabła, który chce zrównać stworzone przez Boga
różnice. Jeśli kobieta utraci swą inność, przestanie być sobą, stanie się jakimś
psychicznym dziwactwem.
Dlatego wolę mówić o wpływie kobiety. I uważam,
że wraz z wpływem kobiety w kulturze ogólnej, wzrasta on także w Kościele.
Uważa Ojciec, że aktywne kobiety dążą do wejścia
w męskie role?
Zacząć rządzić – to byłoby pokusą kobiety. A ona
ma mieć wpływ, a nie rządzić za pomocą wydawania decyzji. Tak robi Matka Boska.
Od zarządzeń są mężczyźni, w tym wypadku księża.
A jeśli nie biorą pod uwagę kobiecego głosu?
Trzeba ich do tego nakłonić. Kto ma to zrobić,
nie wiem.
No właśnie, sprawa jest problematyczna. Skoro
kobiety dążące do większej aktywności są hamowane przez mężczyzn, jak znaleźć
drogę porozumienia między nimi?
Myślę, że to kwestia dobrej woli. I księża się
do tego powoli przyzwyczajają. Trzeba udowodnić księdzu, że wpływ kobiety jest
bardzo ważny dla jego decyzji.
A jeśli ksiądz boi się kobiety i przed nią
ucieka?
Istnieje taki lęk, rzeczywiście. U nas,
dominikanów, tego nie widzę. Ale wśród starego pokolenia kleru tak, chyba tak.
Przynajmniej taka jest legenda, że stary proboszcz i stary mnich są antykobiecy.
Może byli kuszeni i bali się tego. Możliwe.
Nie uważa Ojciec, że ten kuszony człowiek
bardziej powinien się bać własnego wnętrza, tego, co się z nim dzieje, niż tej
kobiety?
To kwestia wychowania duchowieństwa. Gdy ja
byłem magistrem kleryków, istniała izolacja od kobiet, dzisiaj zupełnie już tego
nie ma. U nas na krużgankach klerycy spotykają się z dziewczynami codziennie,
prowadzą duszpasterstwo dziewcząt. Zupełnie się kobiet nie boją. Dla przykładu:
jeden z naszych diakonów prowadził grupę młodzieżową i poruszał temat miłości.
Nie bał się o niej mówić, mimo iż przypuszczalnie niektóre z dziewczyn
podkochiwały się w nim.
Nie widzę żadnego lęku przed kobietami wśród
młodego pokolenia dominikanów, wśród starszego też go nie ma. W tej chwili
jestem najstarszy (tylko jeden dominikanin w Polsce jest starszy ode mnie), a ja
się kobiet nie boję. Może dlatego, że wstąpiłem do zakonu późno, wpierw
ukończyłem studia w Krakowie, miałem dużo koleżanek.
Ale ten, który wstępuje do zakonu albo do
seminarium prosto po maturze, rzeczywiście może mieć takie lęki. Kobieta bywa
dziś czasem bardzo prowokacyjna. Dlatego klerycy słusznie boją się pewnego typu
kobiet, o wyraźnie prowokacyjnym stroju.
Uważa Ojciec, że kobieta powinna ubierać się do
kościoła w szaty pokutne?
To kwestia smaku. Zwykle ma się wyczucie, jak
się ubrać na daną okazję. Z pewnością żadna z moich znajomych nie pójdzie z
głębokim dekoltem na Mszę Świętą.
Ale czy kobieta może eksponować swoją kobiecość,
swój sposób bycia i myślenia?
Jak najbardziej. Sposób myślenia kobiety jest
bardzo ważny, bo intuicyjny i komplementarny w stosunku do mężczyzny. W
małżeństwach tak powinno być. Mąż chce coś udowodnić, a kobieta od razu wyczuje
fałsz.
Co cennego kobieta ma do zaoferowania wspólnocie
Kościoła?
Opinię. Głos. Róbcie to, róbcie tamto. Zwykle w
duszpasterstwie akademickim do pewnego stopnia rządzą dziewczyny. Ich główna
broń to intuicja. Pamiętajmy, że intuicja prawie zawsze bywa prawdziwa. Trzeba
tylko ją po męsku sprawdzić.
Czy kobieta jest zagrożeniem dla kapłańskiej
czystości?
Zależy, jak się zachowuje. Jeśli księża
zauważają, że są podrywani, jej wpływ skończy się od razu. Jeśli nie proponuje
spotkania sam na sam, to w czym rzecz?! Duszpasterz musi być duchowo bardzo
blisko kobiety, ale nie w sposób intymny. Czyli musi kobietę bardzo dobrze
poznać.
Czy jako duszpasterz podpatrywał Ojciec
dziewczyny? Patrzył, jak się zachowują, słuchał, o czym rozmawiają?
Zupełnie nie wkładałem w to żadnego wysiłku.
Duszpasterz musi być zupełnie naturalny. Nie może być „młodzieżowy”, nie może
„obserwować”. Właściwie nic nie może. On tylko musi być.
Przed laty jakiś młody duszpasterz tańczył,
śpiewał. Zapytałem dziewczyn: jak wam się podoba? Odpowiedziały: kolegów już
mamy, a chcemy mieć księdza. Czyli kobieta wyczuwa kapłaństwo, odmienność
powołania kapłańskiego.
Takie zdarzenia uczą bycia kapłanem o wiele
lepiej niż rekolekcje. Bo rekolekcje to pobożna albo intelektualna gadanina, a
dziewczyny i ksiądz to jest życie. One od razu wyczują różnicę między przyjaźnią
a pożądaniem. Tu jestem kimś – kobietą, a tu jestem czymś – przedmiotem
pożądania.
Uważa Ojciec, że każdy ksiądz powinien przejść
takie rekolekcje z życia?
Świetnie by mu to zrobiło. Odpada wtedy lęk
przed kobietą, szczególnie młodą. I wtedy młody, przystojny duchowny nie udaje
tatusia, tylko jest bardzo bliski.
Niektórzy twierdzą, że czysta przyjaźń między
mężczyzną a kobietą nie jest możliwa.
Na pewno jest możliwa, ale bardzo rzadka. Wymaga
odpowiedniego opanowania. Są tego przykłady: św. Franciszek i św. Klara czy św.
Jordan z Saksonii i św. Diana. Bywa sporo takich całkiem normalnych przyjaźni:
człowiek-mężczyzna – człowiek-kobieta – człowiek-człowiek. I nie ma w nich na
pierwszym miejscu pożądania bycia razem na całe życie.
Czy Ojciec ma przyjaciółki?
Przyjaźniłem się z wieloma kobietami, z jednymi
bardziej, z drugimi mniej. Nie uważam, żeby to było coś szkodliwego. Oswojenie
się z kobiecością jest dobre. Nie spoufalenie, ale oswojenie.
Gdybym miał się radzić w sprawach osobistych,
spytałbym o zdanie młodej dziewczyny.
Myśli Ojciec, że ona by dobrze doradziła mimo
braku doświadczenia życiowego?
Świetnie! Ponieważ ona wyczuje, co dla mnie jest
dobre, a co złe.
W jaki sposób mężczyzna powinien odkrywać
tajemniczość kobiety?
Nie jest łatwo. Mężczyzna zasadniczo działa tak:
kocham, ślub, kropka. Natomiast kobieta nieustannie widzi dalej. Mężczyzna
często coś zalicza i chciałby wszystko poustawiać na półkach, a kobieta wie, że
życia nie można zamknąć w sztywnych ramach. Mężczyzna w tym względzie grzeszy
sztucznością, a kobieta patrzy z uśmiechem, bo wie, że wszystko jest
krótkotrwałe i zniknie za parę dni.
Myśli Ojciec, że mężczyzna ma mniejszą zdolność
przewidywania tego, co się stanie?
Tak uważam. Kobieta w szczególny sposób odczuwa
brak prawdy, bo jest na nią bardzo wrażliwa. Podam przykład: w naszym
duszpasterstwie „Przystań” jest Zosia, uczennica gimnazjum, która po wysłuchaniu
mojej konferencji napisała bardzo dobrą pracę z Eckharta, choć to bardzo trudny
średniowieczny dominikański teolog z XIV wieku. Używane przez niego struktury
myślowe są bardzo skomplikowane, a mimo to Zosia wyczuła tajemniczość podejścia
apofatycznego – czyli poznania przez niepoznanie – co stanowi istotę myślenia
Eckharta.
Gdzie Ojciec nauczył się tak dobrze rozumieć
kobiety?
Przede wszystkim to wynik siedemdziesięciu lat
opieki Matki Boskiej. Położyła mi rękę na plecach. Było to we Lwowie, dwa lata
przed wojną. Dzięki jej opiece ominąłem wszystkie istotne błędy życiowe – to
jest kobieta.
Czy może Ojciec podać przykład tej szczególnej
opieki Matki Bożej?
Zawirowanie wojenne. Ja się zaręczyłem i
dostałem na lewą rękę obrączkę. Nagle poczułem, że nie powinienem nosić znaku
przyszłej jedności z człowiekiem. To nie do pomyślenia. Lepiej się upić,
wytrzeźwieć, wyspowiadać i pójść do zakonu. Nie wiedziałem, co z tym zrobić i
wrzuciłem tę obrączkę do Atlantyku. Byłem wtedy służbowo na Gibraltarze. Wyraźny
znak – to nie jest dla Ciebie.
Jak Ojciec go rozpoznał?
To się widzi. Trzeba tylko pozwolić Matce Bożej
prowadzić w sposób nieprzewidywalny, ale zawsze skuteczny. Ona zrobi po swojemu.
Nie rozkazuje, tylko ustawia życie. W moim przypadku zrobiła to bezbłędnie. Moim
zdaniem byłem nieudacznikiem życiowym, bo jako świecki nic bym nie robił.
Natomiast w zakonie jest ten luksus, że robi się tylko to, co się umie. I znowu
Matka Boża dała mi do robienia to, co umiałem – przełożeni powierzyli mi funkcję
duszpasterza.
To znaczy, że Ojciec zupełnie oddał swoje życie
w ręce kobiety?
Całkowicie, w tak zwaną świętą niewolę. Tak samo
było z papieżem Janem Pawłem II, a wyrażały to słowa „Totus Tuus”, zaczerpnięte
od św. Ludwika Marii Grigniona de Montfort. Są one dość kiczowate, ale bardzo
głębokie: to, co mam, oddaję jej – duszę i ciało, wszystko. Ja to zrobiłem w
1943 roku w Szkocji, jeszcze przed zakonem. A potem, w zakonie z początku Maryja
była bardzo, bardzo blisko, a później mnie puściła. Dobra matka nigdy nie
rozpieszcza. Wszystko musiałem robić sam. Pod koniec życia znowu jest bardzo
blisko.
Jak to rozumieć?
To kwestia kontemplacji – kontemplacji tajemnicy
Boga na pierwszym miejscu. Bardzo ważna jest różnica – nie pragnąć widzeń (bo
można bardzo łatwo wpaść w diabelski podstęp), natomiast pragnąć opieki.
Chociażby teraz wyraźnie czuję, że jestem osłonięty jej opieką.
Może to właśnie bliskość Matki Bożej, a także
własnej matki powoduje zanik lęku przed kobietą. A moja mama była bardzo ładna,
bardzo tajemnicza i bardzo piękna.
Czego Ojca nauczyła mama?
Nie uczyła mnie niczego, od tego byli
nauczyciele. Ale dała mi odczuć, co to znaczy być kochanym – nie czule, ale
mocno.
A jaka jest różnica między czułym a mocnym
kochaniem?
Moja mama była Szwedką, byłem więc przez nią
bardzo kochany, ale nie rozpieszczany. Ten szwedzki chłód okazał się jednak dla
mnie najlepszy. Dzięki takiemu wychowaniu we wrześniu 1939 roku gładko przeżyłem
totalną zmianę życia i utratę wszystkiego, co miałem. Natomiast w polskiej
rodzinie jest pieszczota nieustannie krążąca między matką a ojcem, między
rodzicami i dziećmi. Dlatego polskie żony są świetne: bardzo czułe, bardzo
kobiece, nie udają, że są mężczyznami i potrafią zrobić z mieszkania mały raj.
Ja myślę, że ten raj bardzo mocno siedzi w
człowieku, a małżeństwo ma być powrotem do pierwotnego szczęścia. Pan Bóg
błogosławi seks, a diabeł zrobił z tego porno, by zdeprawować i zniszczyć
kobietę. Sakrament małżeństwa bywa przez księży trochę ignorowany. Ta cała
koncepcja kontaktu fizycznego się nam nie podoba. Ale o dziwo, Pan Bóg jako
najwyższe dobro wybrał właśnie tę niby gorszą drogę.
Wydaje mi się, że dzisiejszy mężczyzna nie ma
ochoty na poznawanie tej tajemnicy…
Dlatego jest to jeden z powodów kryzysu
małżeństw. Ja widzę doskonale, czego nie rozumie mężczyzna: w psychice kobiety
istnieje kącik – zarezerwowany tylko dla niej – w którym jest ona tylko kobietą.
Jeśli zechce – może do niego dopuścić mężczyznę. Powoli odsłoni mu tajemnicę
swojej kobiecości. Prawdziwy mężczyzna będzie dążył do tego, żeby poznać
tajemnicę kobiecości własnej żony.
Dla mężczyzny piękno kobiety to tajemnica.
Dobrze, jeśli jest ładna fizycznie, ale istnieje w niej też szczególna piękność
duchowa. Co to jest? Poprawność moralna, życie zgodne z przykazaniami, a także
niewyrażalny, bardzo tajemniczy wdzięk, właściwy tylko dla niej.
Najpiękniejszy boski zamysł wobec kobiety to
umiejętność pięknego życia. Kobieta jest jego nauczycielką. Dlatego nosiła jego
Syna. To zastanawiające, dlaczego musiał się urodzić z kobiety? Przecież Bóg
mógł Go stworzyć jako człowieka. A jednak musiało być zwiastowanie, poczęcie i
narodzenie. Wszystko to przebóstwia najbardziej intymne sprawy kobiety. Każda
ciąża jest odbiciem planu Bożego. Dlatego najgorsze jest przerywanie ciąży.
Czego najbardziej boi się mężczyzna u kobiety?
Że nim zawładnie. Pożądanie osłabia mężczyznę.
Jeśli ona to wykorzysta, on znajdzie się w złej niewoli. Szkołą duszpasterstwa
jest bliskość bez poufałości. Dziewczyny są bardzo kochane, ale nie są pożądane.
Z tego nie zrobi się wykładu, to trzeba przeżyć.
U nas, dominikanów duży nacisk się kładzie na
kontemplację tego, co Pan Bóg stworzył, także na kontemplację myśli Bożej w
kobiecości. Trzeba widzieć kobietę prawdziwą, tak jak ją widzi Pan Bóg – jako
strażniczkę życia. Ona ma nosić życie i ma jego doskonałe wyczucie. Ponieważ Pan
Bóg jest samym życiem, kobieta jest bardzo blisko Pana Boga.
Bliżej niż mężczyzna?
Często tak. Kobieta to devotus semineus sexus
– pobożna płeć żeńska. Kiedyś po spowiedzi jakaś dziewczyna ze wsi (bo w chustce
była) zatrzymała mnie, by zapytać, dlaczego Pan Bóg chce, żeby Go chwalić,
przecież Jego chwała jest nieskończona (kontemplacja i kobieta!). Przypomniałem
jej wówczas o św. Tomaszu, który uczy, że chwaląc Boga, uszczęśliwia się Go.
Rozpłakała się.
Czy Ojciec zawsze tak myślał o kobietach?
Skąd! Ja cały czas się rozwijam. Może dzięki
zakonowi?...
Zakon nauczył Ojca rozumienia kobiety? A to
niebywałe!
Na pewno. Gdybym się ożenił, do końca nie
rozumiałbym jednej kobiety. Kropka. Więcej by nic nie było. A tak w różnym
stopniu rozumiem prawie wszystkie kobiety. Ślub bezżenności i czystości daje
obiektywne widzenie kobiety.
Często mąż nie rozumie swojej żony, bo
zakochanie zaślepia. Jeśli natomiast będzie ją kochał miłością przyjaźni,
dopiero wtedy ją zrozumie. Nie równorzędni partnerzy, ale partnerzy w swoim
rodzaju. To jest konieczne. Ale partnerstwo to bardzo płynna rzecz, bo dzień po
dniu buduje życie. A każdy dzień jest bardzo inny. Pewna żona powiedziała mi
niedawno, że w rodzinie bardzo groźna jest monotonia.
U nas w klasztorze pozornie jest monotonia,
regulamin klasztorny, ciągle to samo. Ale życie zakonne, oderwane od życia
świeckiego, wszystko obiektywizuje. Daje obiektywne spojrzenie na wszystko. To
kwestia kontemplacji: kto trwa w tajemnicy Boga, wiele zobaczy. Samotność z
Bogiem w celi jest bardzo trudna, ale to najwyższa forma nauki.
W jaki sposób kobieta powinna dążyć do
świętości?
Jak zwykle – poprzez miłość. Byle nie była
dewotką, bo dewocja jest bardzo groźna. Wówczas Bóg przestaje być tajemnicą, a
staje się przedmiotem niekiedy sztucznie rozpętanych uczuć. Taka postawa
niestety grozi kobietom, ale tylko starszym. Nie znam młodej dewotki.
Czy kobieta powinna zamknąć się przed światem w
swoim dążeniu do świętości?
Ma jak najbardziej żyć w świecie, normalnie. To
ciekawe, że Syn Boży był najnormalniejszym z ludzi. Łaska buduje na naturze. Na
sztuczności nie można zbudować świętości. Kobieta powinna być taka, jaką ją Pan
Bóg stworzył, najbardziej naturalna, wtedy jest podstawą do osadzania się łaski.
Czyli szkoła życia jest dobrą drogą do
świętości?
Najlepszą. Kiedyś miałem wywiad pod tytułem
„Mistyka w kuchni”. Mówiłem w nim o tym, że kobieta może gotować zupę z myślą o
mężu. Kręcenie zupy w garnku – to jest mistyka na co dzień – ofiarna miłość
mężczyzny i kobiety. Nie musi to być zakon ani też wielka wizyjna mistyka.
Nie obawiał się Ojciec przed wydaniem książek,
że inni księża będą Ojca wytykać palcami i kpić, że zakonnik, a taki znawca
kobiet?
Ja już mam taką opinię. Chociażby Pani z tej
racji rozmawia teraz ze mną. Nie miałem pojęcia, że tyle wiem o kobiecie. Nigdy
o tym nie myślałem ani nie studiowałem kobiecości. Żyłem tylko wśród młodzieży
żeńskiej przez trzydzieści lat. I to wystarczyło.
Niedawno zaproponowano mi książkę o mężczyźnie.
Odmówiłem. Mężczyzna jest nudny. O mężczyźnie nic nie napiszę. Nie próbuję
nawet. To nieciekawe jest.
Przecież Ojciec jest mężczyzną!
Ale nie wydaję się sobie specjalnie interesujący
ani tajemniczy.
„Głos Ojca Pio” (nr 52/2008)
Ojciec Joachim Badeni
urodził się 14 X 1912 roku w Brukseli. Pochodzi z arystokratycznej
polsko-szwedzkiej rodziny. Ukończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim.
Podczas II wojny światowej walczył w wojsku
polskim. W 1939 roku w Rumunii zaręczył się z córką tamtejszego urzędnika MSZ.
Po kilku latach stwierdził jednak, że małżeństwo
nie jest dla niego i w 1943 roku wstąpił do seminarium duchownego w Anglii,
a rok później do nowicjatu dominikanów.
W 1947 roku wrócił do Polski, gdzie po trzech
latach przyjął święcenia kapłańskie. Zasłynął jako duszpasterz akademicki
w Poznaniu, Wrocławiu i Krakowie, a także jako opiekun duchowy wielu małżeństw.
Krąży nawet powiedzenie, że „tylko Badeni dobrze cię ożeni”.
W wieku dziewięćdziesięciu kilku lat wydał
książki „Kobieta. Boska tajemnica” i „Kobieta i mężczyzna. Boska miłość”. Obie
spotkały się z ogromnym zainteresowaniem czytelników. Od tej pory ojciec Joachim
uważany jest za znawcę tematyki kobiecej i małżeńskiej.„Głos Ojca Pio” (52/2008)
• inne
publikacje "Głosu Ojca Pio"
Opublikowane za zgodą

• Głos Ojca Pio |