Głos Ojca Pio
W poszukiwaniu autentycznej duchowości
Cezary
Sękalski
Pojęcie duchowości jest
dzisiaj bardzo modne. W różnych mediach używa się go często i to poza kontekstem
religijnym. Czym zatem jest duchowość i jak można by ją definiować?
Oblicza
duchowości
W znaczeniu
ogólnym pojęcie to oznacza dążenie człowieka do odkrycia własnej tożsamości i
pójście specyficzną, indywidualną drogą rozwoju. Takie rozumienie duchowości
przeciwstawia się zwykle płytkiemu konsumpcjonizmowi i powierzchownej gonitwie
za przyjemnościami. I nawet na polu kultury świeckiej niekiedy zarzuca się
artystom, że dla mamony i łatwego poklasku schodzą z wąskiej drogi własnego
rozwoju artystycznego, a wybierają szeroki gościniec przeróżnych kompromisów, na
które skazuje ich bezlitosna machina show-biznesu.
Celowo
rozpocząłem niniejszą refleksję nad duchowością od jej świeckiego znaczenia, bo
ludziom wierzącym pojęcie to nazbyt często kojarzy się jedynie z praktykami
religijnymi. Dla wielu chrześcijan uprawianie duchowości to modlitwa,
uczestnictwo we Mszy Świętej i w nabożeństwach, a gdy usłyszą od ołtarza słowa:
„Idźcie ofiara spełniona”, wraz z opuszczeniem świątyni, zdają się opuszczać
także całą sferę sacrum i powracać do profanum, w którym duchowość z założenia
nie może mieć swojego miejsca. Takie ujęcie jest jednak niewystarczające.
Innym
katolikom pojęcie duchowości kojarzy się przede wszystkim z życiem zakonnym i
kapłańskim. Habit i sutanna są dla nich wystarczająco czytelnym znakiem, aby
mogli w jakiś sposób duchowość zlokalizować. Tym bardziej, gdy ktoś jeszcze
poprzez lekturę oswaja się z takimi pojęciami jak duchowość benedyktyńska,
franciszkańska, dominikańska czy ignacjańska... Znana sentencja, że „nie habit
czyni mnicha”, zdaje się zadawać kłam takiemu spojrzeniu. O wiele trudniej
jednak opisać, co danego człowieka czyni mnichem...
Wreszcie
duchowość próbuje się odnaleźć w życiorysach świętych. Pasjonujemy się często
opisami przełomowych momentów z ich życia, takimi jak: spotkanie św. Franciszka
z trędowatym, stygmatyzacja Ojca Pio czy też wizja Chrystusa cierpiącego młodej
Faustyny Kowalskiej. Nazbyt często jednak zapominamy, że duchowość nie została
zarezerwowana jedynie dla ludzi szczególnie wybranych. Wszyscy jesteśmy do niej
zaproszeni. Jej realizacja to nie tylko udział w takim czy innym nabożeństwie,
ale odkrycie własnej drogi do Boga i konsekwentne podążanie nią przez całe
życie.
Szczep
winny i latorośle
Specyfikę
chrześcijańskiej duchowości doskonale oddaje wypowiedź Jezusa: „Ja jestem
prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl,
która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc,
oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. (...) Wytrwajcie we Mnie, a Ja [będę
trwał] w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie – o
ile nie trwa w winnym krzewie – tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie
będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy – latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w
nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić” (J
15, 1-2, 4-5).
W tych
słowach odnajdujemy porównanie życia człowieka do latorośli wszczepionej w krzew
winny. To prawda, że do przeżycia sadzonce winogron wystarczy zanurzenie w
szklance wody, jednak bez wszczepienia w krzew nie można spodziewać się jej
pełnego wzrostu i owocowania. Dopiero gdy zostanie częścią żywej gałęzi i
zacznie ciągnąć soki z korzeni krzewu, można spodziewać się jej prawdziwego
rozkwitu i dojrzałych owoców. Podobnie jest z życiem każdego chrześcijanina.
Jak wiadomo,
sakrament chrztu określa naszą przynależność do Chrystusa. Jednak to, czy przede
wszystkim do Niego zechcemy odnosić wszystkie zamierzenia i pragnienia, z Niego
czy też z innych źródeł czerpać życiowe siły, jest już naszą indywidualną
decyzją. Nierzadko wielu ludzi, choć deklaruje przynależność do tradycji
chrześcijańskiej, niewiele robi, aby w głębszy sposób zakorzenić się w
Chrystusie. Dopiero kiedy przekonają się, że ich życiowe plany, snute z
pominięciem Boga, nie przynoszą spodziewanych rezultatów, a niekiedy nawet
prowadzą do życiowych tragedii, zaczynają szukać Bożej bliskości i próbują w
świetle słowa Bożego zrozumieć swoją dotychczasową drogę. Często jest to
pierwszy moment poważniejszego podejścia do chrześcijaństwa. Ich duchowa droga
tu jednak się nie kończy, ale właściwie dopiero się zaczyna.
W stronę
rozkwitu
Zakorzenienie w Chrystusie nie jest jednorazowym aktem, ale procesem, w którym
stopniowo trzeba odrzucić wszystko, co może zniszczyć tę rodzącą się, wyjątkową
duchową więź. A zatem trzeba w pierwszej kolejności porzucić grzech, a następnie
starać się coraz lepiej dostroić do Bożego prowadzenia w różnych życiowych
okolicznościach. Proces ten domaga się nie tylko częstego korzystania z
sakramentu pojednania i Eucharystii, ale także coraz głębszego poznawania
siebie, a zwłaszcza prześwietlenia światłem Ewangelii całej dotychczasowej
historii swojego życia. Pomocne w tym jest stałe kierownictwo duchowe oraz dobre
systematyczne rekolekcje, które umożliwiają zmierzenie się z własną
przeszłością. Bywa bowiem, że pamięć, nierzadko naznaczona różnymi zranieniami z
dzieciństwa i z lat późniejszych, do dziś deformuje nasze postrzeganie Boga i
samych siebie, a przez to utrudnia odkrycie autentycznego powołania. Dopiero
duchowe uzdrowienie i wyzwolenie z różnych życiowych miraży i kompensacji
sprawia, że nasz wzrok staje się bardziej klarowny, a serce bardziej podatne na
łaskę Bożego prowadzenia. Uzdalnia to człowieka do odkrycia i przyjęcia Bożego
powołania, które wyznacza człowiekowi ramy dalszej drogi rozwoju.
Każdy
chrześcijanin w pewnej perspektywie czasowej musi odpowiedzieć sobie na pytanie:
Czy wolą Bożą jest wybór życia kapłańskiego (w przypadku mężczyzny), zakonnego,
czy też droga rozwoju w stanie świeckim (w małżeństwie, jeśli w tym będzie
większa chwała Boża, lub jako osoba samotna). W każdym z tych przypadków na
kolejnym etapie duchowej drogi dokonuje się coraz głębsze odkrywanie talentów i
charyzmatów, które Duch Święty w nas złożył, abyśmy mogli służyć swoimi darami i
umiejętnościami innym ludziom.
Każdy
człowiek jest przez Boga obdarowany inaczej i jego obowiązkiem jest odkryć,
które z otrzymanych talentów powinien rozwijać najbardziej, aby uczynić je osią
swojego życiowego powołania. Ta selekcja jest bardzo ważna, bo na rozwój
wszystkich możliwości nigdy nie wystarczy nam czasu. Ważne też, żeby w
planowaniu swojego rozwoju pozbyć się nieuporządkowanych przywiązań. W
przeciwnym razie człowiek nieraz pół życia traci na to, aby opłakiwać
niezrealizowane marzenia, zamiast zacząć rozwijać się w dziedzinie, która
bliższa jest jego duchowej tożsamości i w sposób bardziej pewny może doprowadzić
go do owocnej służby innym.
Święta
Teresa od Dzieciątka Jezus pisała: „Jak słońce oświeca równocześnie cedry i
każdy mały kwiatek, jak gdyby był jedynym na ziemi, tak Pan nasz troszczy się o
każdą duszę z osobna, jakby nie miała podobnych sobie; i jak w przyrodzie
następstwo pór roku sprawia, że w oznaczonym dniu może zakwitnąć najdrobniejsza
stokrotka, podobnie wszystko zgodne jest z dobrem każdej duszy”. Bóg sprzyja
więc naszemu pełnemu rozkwitowi, do nas jednak należy, aby pod Jego okiem
właściwie pokierować naszą przyszłością.
Promieniowanie wewnętrznego blasku
Ludzie, u
których następuje harmonijny rozwój talentów i charyzmatów, zaczynają owocować.
Ujawnia się to m.in. w udanym życiu rodzinnym, wspólnotowym oraz w tym, że są
cenieni w pracy zawodowej jako specjaliści i coraz więcej osób zwraca się do
nich po pomoc. Czasem stają się wręcz mistrzami w swojej dziedzinie. Na tym
etapie można już mówić o promieniowaniu duchowości danej osoby. Niekiedy zdarza
się też, że inni ludzie tak bardzo są zafascynowani dojrzałym kształtem czyjegoś
życia chrześcijańskiego, że u takiej osoby chętnie szukają rady duchowej, a
niekiedy pragną pójść analogiczną drogą rozwoju.
Warto
zauważyć, że zakony w swoich początkach były właśnie takimi wspólnotami ludzi
zgromadzonych wokół charyzmatycznego założyciela. Każda zakonna reguła stanowiła
pewien rodzaj odwzorowania świata wartości, jakie w swoje życie wcielał jej
twórca i do jakiego zapraszał swoich naśladowców. Tak więc jedną z ważnych cech
duchowości benedyktyńskiej była stałość miejsca, ujęta jako szczególna wartość
powołania monastycznego. Z kolei powołanie franciszkańskie charakteryzowało się
umiłowaniem skrajnego ubóstwa jako szczególnej wartości duchowej. Jej cechą było
również wędrowne kaznodziejstwo, bliskie także dominikanom, którzy jednak w
swojej formacji większy nacisk kładli na intelekt. Wreszcie reguła jezuitów
podkreślała wagę aktywności apostolskiej i dla niej gotowa była porzucić nawet
wspólnotową modlitwę, która w dotychczasowej wizji życia zakonnego była
nieodzowna.
Recepta
na dziś
Dziś trudno
mówić o jednej duchowości chrześcijańskiej. Należałoby ją raczej postrzegać jako
rzekę życia, która nieustannie szuka sobie najdogodniejszego koryta. Każdy
chrześcijanin winien podejmować wysiłek odkrywania i wcielania w swoje życie
tych elementów życia duchowego, które w najlepszy sposób korespondują z jego
indywidualnym powołaniem. Stąd częsty dzisiaj eklektyzm, a więc zdolność do
korzystania z wielu cennych zaleceń pochodzących z różnych nurtów duchowych,
jeśli są pomocne w naszej drodze do Boga. Takie podejście jest tym bardziej
konieczne, że w dzisiejszych czasach nie można stosować wszystkich reguł sprzed
kilkuset lat, ale trzeba wybrać te, które są bardziej dostosowane do
współczesnych wyzwań.
Z kolei
jednym z podstawowych błędów w życiu duchowym jest sięganie po takie elementy z
jakiejś duchowości, które nijak nie przystają do naszego powołania i są raczej
przeszkodą niż pomocą w osobistej drodze do Boga. Święty Franciszek Salezy
pisał: „Inaczej oddaje się pobożności dworzanin, inaczej rzemieślnik lub sługa
czy panujący, inaczej wdowa, panna lub mężatka”. I zaraz dodawał: „Czy byłoby
stosowne, gdyby biskup chciał żyć w samotności jak kartuz? Co by to było, gdyby
ludzie żyjący w małżeństwie nie chcieli dbać o dobra doczesne jak kapucyni;
gdyby rzemieślnik był cały dzień w kościele jak zakonnik; a zakonnik był zawsze
gotowy do usług wszystkich, co jest obowiązkiem biskupa? Czy nie byłoby to
nieodpowiedzialne, nieznośne, a nawet śmieszne?”.
Warto zatem nieustannie poszukiwać takich nurtów duchowych, które pomogą nam
odkryć to, co umocni naszą więź z Bogiem i uzdolni do lepszej służby ludziom.„Głos Ojca Pio” (50/2008)
• inne
publikacje "Głosu Ojca Pio"
Opublikowane za zgodą

• Głos Ojca Pio |