Sekty i Fakty
Świadkowie Jehowy w moim życiu
Stowarzyszenie Ruch "Effatha" wystosowało do mnie, autora kilku książek o
świadkach Jehowy, wproszenie, abym zechciał wygłosić prelekcję na dowolny temat
o tej sekcie podczas XX Zjazdu Ruchu w Niepokalanowie (22 - 24 października 1999
r.). Obecny na tym Zjeździe p. Grzegorz Fels, redaktor naczelny pisma "Sekty i
Fakty", wyraził chęć opublikowania tego mojego wystąpienia w dziale świadectwa.
Spełniając jego życzenie, przesyłam ten tekst, który starałem się w dużej mierze
oprzeć na tym, o czym mówiłem na Zjeździe.
Niektórzy z moich przyjaciół i znajomych zdają się sądzić, że to moje
zainteresowanie się sektą świadków Jehowy tchnie przesadą, a może jest nawet
jakimś rodzajem obsesji na ich punkcie. Ja to widzę inaczej. Nie waham się
wyznać, że świadkowie odegrali i nadal odgrywają bardzo ważną rolę w mojej
duchowej i intelektualnej formacji. Z perspektywy minionych lat zaczynam lepiej
widzieć, jak dużo im zawdzięczam! Czy to nie przesada i czy tak może mówić
katolik i do tego kapłan? Sądzę, że może. Ale przyjrzyjmy się nieco temu mojemu
życiu, aby lepiej zrozumieć, dlaczego mogę nawet dziękować Panu Bogu, że na
mojej drodze stanęli już w dzieciństwie świadkowie Jehowy.
Dla kogoś, kto przyszedł na świat w niewielkim i mało znaczącym miasteczku,
gdzieś niedaleko Gorzowa Wlk., obecność ludzi, którzy tak zdecydowanie i tak
bezkompromisowo wyznają swoją wiarę, mogła i powinna wzbudzić spore
zainteresowanie. Sądzę, że do takich osób należałem nie tylko ja.
Od wczesnych lat zastanawiałem się, kim ci wyznawcy Jehowy są i w co wierzą.
Wielu ludzi pogardliwie nazywało ich "kociarzami", "kocią wiarą". Musiało jednak
upłynąć jeszcze sporo lat, zanim świadkowie przestali być już dla mnie tak
tajemniczą społecznością ludzi wierzących inaczej, niż my katolicy.
A wszystko zaczęło się chyba od mojego bezpośredniego kontaktu z pewną rodziną
podzieloną przez Strażnicę: ojciec i dwóch synów - katolicy, matka - świadek
Jehowy, do której dołączą z czasem dwie jej córki. Mogłem być wtedy w trzeciej
albo czwartej klasie szkoły podstawowej, gdy z inicjatywy mojego o rok młodszego
kuzyna, który mieszkał w bezpośrednim sąsiedztwie tej rodziny, znalazłem się w
ich mieszkaniu.
Do dziś utkwiła mi w pamięci taka scena: siedzimy za stołem, a przed nami matka
ze swoją kilkuletnią córeczką na kolanach i otwarta Biblia. Wskazując na Biblię,
kobieta ta powiedziała, że otrzymała ją od pewnej zakonnicy. To zdanie wywarło
na mnie duże wrażenie. Już nie pamiętam, o czym ona nam wtedy mówiła i jakie
teksty z tej Biblii przytaczała.
Niedługo po tym spotkaniu, ponownie stajemy z kuzynem przed tą kobietą. Tym
razem zleca ona nam, a właściwie memu kuzynowi, pewną misję do wykonania.
Otrzymujemy z jej rąk jakąś jehowicką książkę, z którą mamy się udać do naszego
proboszcza i prosić go, aby ją poświęcił! Pamiętam, ze dość długo staliśmy pod
drzwiami plebani, zanim zdecydowaliśmy się zadzwonić. Kiedy w drzwiach ukazał
się ksiądz proboszcz, mój kuzyn wręczył mu książkę i poprosił o jej poświęcenie.
Nasz proboszcz musiał chyba szybko zorientować się, z jakiego źródła pochodzi ta
publikacja, gdyż po krótkim jej przejrzeniu, zapytał tylko, kto nam ją dał.
Widząc jednak nasze spuszczone głowy, gestem ręki kazał nam odejść.
Po powrocie, musieliśmy zdać tej kobiecie szczegółową relację z przebiegu tej
niecodziennej wizyty na plebani. Dobrze utkwiła mi w pamięci wyraźnie
podekscytowana twarz tej kobiety, gdy przysłuchiwała się temu naszemu
opowiadaniu. Dzisiaj oceniam to zdarzenie, jako zwykłą prowokację, zaczepkę ze
strony członków sekty.
Nawiasem mówiąc, zdarzają się czasami świadome najścia na plebanie świadków w
towarzystwie kogoś, kogo tą wizytą pragną umocnić w tej ich wierze. Mało
zorientowany w wierzeniach sekty ksiądz, bardzo często nie potrafi sobie
poradzić w rozmowie ze świadkami i zdenerwowany, każe im sobie pójść. Na ten
moment czekają tylko świadkowie, aby opuścić plebanię w poczuciu odniesionego
"zwycięstwa".
Zauważyłem, że ten mój kuzyn coraz silniej ulegał wpływom świadków Jehowy. Raz
mi się przyznał, że kaszanki to on już nie je, gdyż zabrania tego Biblia.
Próbował mnie nawet przekonać, że we krwi znajduje się życie, chociaż nie umiał
mi tego dokładniej wytłumaczyć.
W późniejszym czasie, gdy mieszkał samotnie z dala od bliskich, przez pół roku
utrzymywał bliskie kontakty z tą sektą. Przestał też chodzić do kościoła.
Podczas moich z nim spotkań, gdy spędzałem wakacje w mym rodzinnym mieście,
musiałem od czasu do czasu wysłuchiwać jego niechętnego stosunku do księży.
Znał też dobrze ich "grzechy", w których poznaniu pomogli mu z pewnością
świadkowie (w późniejszym czasie mogłem się osobiście przekonać, że świadkowie
wiedzą o księżach "wszystko"). Coś go jednak powstrzymywało od włączenia się w
ich szeregi. Myślę, że dużej mierze wpłynęła na to także moja osoba.
Kilka razy, gdy zjawiłem się w jego mieszkaniu, zaraz też przyszli i świadkowie.
Wtedy wiedział on już dobrze, że interesuję się naukami świadków i najwidoczniej
zależało mu na konfrontacji obu wiar. W tych nierzadko gorących i
wielogodzinnych dyskusjach, w których zawzięcie broniłem wiary katolickiej, on
przyjmował raczej postawę biernego obserwatora. Coraz wyraźniej czułem to jego
wewnętrzne rozdarcie. Nie mógł przecież nie dostrzegać mocnych fundamentów wiary
katolickiej, a z drugiej strony coś go jednak mocno pociągało ku wierze
jehowickiej.
Od czasu odejścia od praktyk religijnych, zaczął coraz częściej zaglądać do
kieliszka i szybko popadł w alkoholizm, który przy jego słabym sercu -
doprowadził go do śmierci w wieku zaledwie trzydziestu kilku lat. Jednak pod
koniec życia, nie utrzymywał on już tak bliskich kontaktów ze świadkami. W tym
samym mniej więcej czasie nagrałem na kilku kasetach broszurkę ks. Wł. Majki Czy
tak uczy Pismo Święte. Rozmowy ze świadkiem Jehowy (1975), które miał on -
według relacji jego żony - wielokrotnie przesłuchiwać, zamykając się dla
lepszego skupienia w swoim pokoju.
Chociaż był tak daleko od Kościoła, Pan Bóg okazał mu na krótko przed śmiercią
swe wielkie miłosierdzie. Na kilka dni przed odejściem z tego świata, udał się
do pobliskiej miejscowości i poprosił księdza o spowiedź. W jego przedwczesnej
śmierci zawsze widziałem jeszcze jedną ofiarę nauk Towarzystwa Strażnica, którym
dał się, nie bez własnej winy, w dużym stopniu usidlić.
Nieco lepiej zorientowani w wierzeniach świadków dobrze wiedzą, czym miał być
dla nich rok 1975. Prowadzili wtedy wzmożoną akcję propagandową, ostrzegając
wszystkich przed zbliżającym się "końcem tego złego systemu", czyli końcem
świata. Zjawili się oczywiście i w moim domu. Ponieważ nigdy ich nie
przyjmowaliśmy w domu, nie chciałem i ja wpuścić ich do środka. Ale co mogłem
zrobić, gdy jeden z nich nogą zablokował mi drzwi, abym nie mógł ich przed nimi
zamknąć? W tej sytuacji poprosiłem, żeby udali się ze mną do altanki, gdzie ich
wysłucham.
Poświęcili mi około pół godziny i przez ten czas usiłowali mnie, wówczas
siedemnastolatka, przekonać, że jeśli nie chcę zginąć w przyszłym roku, to
powinienem niezwłocznie przystać do ich organizacji, a wtedy może przeżyję
bliski Armagedon.
Co chwilę odczytywali mi jakieś teksty z Biblii na potwierdzenie swych słów. Gdy
myśleli, że już mnie wystarczająco dobrze nastraszyli, zaczęli roztaczać przede
mną wizję przyszłej szczęśliwości w raju na ziemi. Zapewniali, jak to każdy
będzie miał swój własny dom i wspaniały ogród, rodzący najwyborniejsze owoce. W
tamtym czasie nie byłem jeszcze prawie w ogóle przygotowany do podjęcia z nimi
jakiejkolwiek dyskusji.
Dopiero jak dotarła do mnie wspomniana wcześniej broszurka ks. Wł. Majki, mogłem
z niej po raz pierwszy w życiu zaczerpnąć jakieś konkretne wiadomości na ich
temat. Broszurę tę pożyczył mi mój inny kuzyn, który był w tym czasie w Wyższym
Seminarium Duchownym. Ponieważ wiedziałem, że niedługo będę musiał mu ją
zwrócić, dlatego zaraz zabrałem się do jej przepisywania. Wiele solidnych
argumentów przeciwko błędnym wierzeniom świadków, które w niej znalazłem,
wykorzystywałem później w rozmowach z nimi.
Po ukończeniu studiów i odbyciu służby wojskowej, podjąłem pracę. W Ośrodku
Badań i Kontroli Środowiska w Gorzowie Wlk. pracowałem tylko rok czasu, tzn. aż
do wstąpienia do Zakonu Karmelitów Bosych. To właśnie na ten rok przypada
najgorętszy okres w moich osobistych kontaktach ze świadkami Jehowy.
Zaprzyjaźniłem się wtedy z pewną rodziną, która całą duszą była oddana
organizacji. Dzięki tej rodzinie mogłem uczestniczyć w licznych spotkaniach
zarówno w ich domu, jak i w mieszkaniach innych świadków. W tym czasie zbór ten
nie posiadał jeszcze Sali Królestwa, jak to jest obecnie. Przez cały więc rok
miałem dogodną okazję przyjrzeć się z bliska życiu zboru, uczestnicząc w różnych
spotkaniach.
Po ich zakończeniu, rozpoczynały się zwykle dyskusje ze mną. Zawsze było na nich
"gorąco". Czasami nie wiedziałem już, komu z nich powinienem najpierw
odpowiedzieć, gdy tak całą gromadą atakowali moją katolicką wiarę, przekrzykując
się nawzajem. Jednak nigdy w niczym nie przyznałem im racji, gdy to co mówili,
godziło w naukę i dobre imię Kościoła, tak że pewnego dnia usłyszałem od ojca
tej rodziny słowa:
"Pana to musiał ktoś na nas nasłać. Pana musieli przeszkolić. Pan nigdy nie
cofnął się przed nami ani o krok!" Świadek ten nie wiedział oczywiście o tym, że
zawsze starałem się do każdego z nimi spotkania dobrze duchowo przygotować:
modlitwą i przyjmowaniem Komunii św.
Po odbytych rekolekcjach u Sióstr Karmelitanek Bosych w Gdyni-Orłowie, odczytuję
w sobie powołanie do życia zakonnego. Szybko mi mija roczny nowicjat i udaję się
do Poznania na studia filozoficzne. W naszej seminaryjnej bibliotece klasztornej
natrafiam na książkę ks. Stanisława Ufniarskiego Międzynarodowe Stowarzyszenie
Badaczy Pisma świętego (świadkowie Jehowy) (1947).
To bardzo cenna pozycja o tej sekcie, napisana w oparciu o materiały źródłowe
(praca doktorska). Po jej lekturze moja znajomość organizacji świadków Jehowy
znacznie się pogłębiła. Studia teologiczne odbyłem, zgodnie z wolą przełożonych,
w Rzymie. Korzystam z tej okazji pobytu w Wiecznym Mieście i po trzech latach
powracam do kraju, wioząc ze sobą dosyć bogatą literaturę o świadkach Jehowy w
języku włoskim.
Już we Włoszech mogłem przeczytać głośną książkę Raymonda Franza, bratanka
byłego prezydenta świadków F. W. Franza (zm. 1992), który odszedł z sekty (jego
książka Kryzys sumienia, ukazała się w Polsce dopiero w 1997 r.). Przebywając
tak długo w Rzymie, nie mogłem nie odwiedzić ich potężnego głównego biura na
całe Włochy, które mieści się przy Via delia Bufalotta 1281.
Betel ten odwiedzany jest - jak mogłem się o tym naocznie przekonać przez liczne
grupy świadków z całych Włoch. Pewnego razu dołączyłem do jednej takiej
"pielgrzymki" i przez około godzinę nasza grupa była oprowadzana po całym
kompleksie budynków, które tworzyły jakby małe miasteczko. Najdłużej
zatrzymaliśmy się chyba w halach ogromnej drukarni, doskonale wyposażonej w
najnowocześniejsze maszyny. Zauważyłem, że w tym miejscu świadkowie drukują
swoje materiały w wielu językach. Skorzystałem więc z okazji i nabyłem od nich
sporo tej literatury (po wyjątkowo niskich cenach).
Przez wszystkie te lata, niezależnie od miejsca swego przebywania, starałem się
zbierać wszystkie możliwe do zdobycia publikacje na temat świadków Jehowy. W
naszym ojczystym języku były to najczęściej drobne broszurki i jakieś artykuły z
prasy katolickiej. Gdzieś w połowie lat 90. zrodziła się we mnie myśl, aby
napisać biografię o założycielu sekty, Ch. T. Russellu.
Z literatury wiedziałem, że również świadkowie wydali w przeszłości coś na ten
temat. Postanowiłem zdobyć tę ich pozycję i w tym celu wybrałem się w Krakowie
do pewnego miejsca, o którym wiedziałem, że się w nim gromadzą świadkowie na
studium "Strażnicy". Po przybyciu na miejsce, podszedłem do młodego, może
17-letniego świadka, i spytałem go, czy nie posiada jakiejś pozycji na temat
historii własnego wyznania.
Był on wyraźnie zaskoczony tą moją prośbą i w szczerości, a może i naiwności,
wyznał mi, iż zajmowanie się historią świadków Jehowy jest zajęciem raczej mało
interesującym! Zaraz też dodał, że lepiej zrobię, jeśli zajmę się ich
wierzeniami. Ja jednak starałem się go delikatnie przekonywać, iż najpierw
wolałbym zapoznać się z przeszłością ich organizacji.
W tym właśnie czasie, o czym jeszcze nie wiedziałem, ukazała się w języku
polskim bardzo obszerna książka, opracowana przez ich "braci" z Brooklynu pt.
Świadkowie Jehowy - glosiciele Królestwa Bożego (1995), w której świadkowie
opisują całą swoją "historię", zaczynając od... Adama i Ewy! (a właściwie od
sprawiedliwego Abla, który był dla nich pierwszym na ziemi "świadkiem na rzecz
Jehowy").
Ten młody świadek wyraźnie liczył na to, że pozyska mnie dla organizacji,
dlatego zdradził mi, że posiada już w domu tę najnowszą książkę, na którą w jego
zborze inni dopiero czekają i że chętnie mi ją na jakiś czas pożyczy. Wtedy nie
chciałem mu jeszcze wyjawić, że jestem zakonnikiem, aby zapewnić sobie większą
swobodę działania. Jak było do przewidzenia, umówiliśmy się na spotkanie.
Zaproponowałem mu wówczas, czy nie moglibyśmy się spotkać w jego mieszkaniu,
chociaż dobrze zdawałem sobie sprawę, że świadkowie bardzo niechętnie widzą
"obcych" u siebie. Zdziwiłem się więc niepomiernie, kiedy on tak łatwo przystał
na to i podał mi swój adres. To pierwsze nasze spotkanie, w którym uczestniczyło
kilku świadków, członków jego rodziny, było dosyć chaotyczną wymianą naszych
poglądów na wszystkie możliwe tematy.
Umówiliśmy się więc, że na kolejnym spotkaniu będziemy rozmawiali tylko na jeden
wybrany temat. Zaproponowałem rozmowę na temat Trójcy Świętej, na co oni chętnie
się zgodzili. Nasze spotkanie miało się odbyć za dwa tygodnie.
Pomyślałem sobie wówczas, że dobrze bym zrobił, gdybym przygotował jakieś
krótkie opracowanie na ten temat i podrzucił je temu młodemu świadkowi. Tak też
zrobiłem, dołączając do niego jeszcze inną swoją broszurkę o losie człowieka po
śmierci. Okazało się, iż ten materiał zrobił na tym młodym świadku duże
wrażenie.
Oświadczył on nawet na naszym drugim spotkaniu, że chociaż naucza "prawdy" od 6
lat (!), to jeszcze nigdy w życiu nie spotkał człowieka, który by pisał
komentarze do Biblii. Co więcej, podkreślił, że to, co ja napisałem, odbiega
wprawdzie od ich wiary, ale można i tak odczytywać Pismo Święte! Tego musiało
być już widocznie za wiele dla jego rodziny, która od trzech pokoleń przynależy
do organizacji!
Co prawda umówiliśmy się na trzecie spotkanie, ale on był już nieobecny. Jak
mnie poinformowano, musiał nagle gdzieś wyjechać. Później próbowałem nawiązać z
nim kontakt telefonicznie, ale jego rodzina postarała się szybko o zmianę numeru
telefonu. Moje dwa listy też pozostały bez odpowiedzi. W taki sposób nasz
kontakt się urwał.
A jednak te trzy spotkania miały okazać się przełomowe w moim życiu. Zachęcony
dobrym odbiorem moich krótkich opracowań, postanowiłem dalej kontynuować to moje
pisanie. Tak powstała moja pierwsza książka o świadkach Jehowy pt. Świadkowie
Jehowy. Pochodzenie, historia, wierzenia (1997). Już po trzech miesiącach
rozszedł się cały jej nakład i trzeba było przygotowywać jej dodruk.
Wtedy też uświadomiłem sobie, jak wielkie musi być zapotrzebowanie katolików w
Polsce na tego typu literaturę. Postanowiłem więc pisać dalej. W oparciu o tę
moją pierwszą książkę, napisałem niewielką książeczkę pt. Siewcy kąkolu.
Historia i wierzenia świadków Jehowy (1998). I tę pozycję musiano wkrótce
dodrukowywać.
W tym samym jeszcze roku wydałem drugą książeczkę, która była już pracą
monograficzną pt. Królestwo Boże w nauczaniu świadków Jehowy (1998). Do redakcji
naszego Wydawnictwa Ojców Karmelitów zaczęły napływać listy z całej Polski z
podziękowaniami za wydanie tych książek. Miałem w tym czasie sporo pracy z
odpisywaniem na listy od czytelników.
Najbardziej cieszyły mnie listy od byłych świadków Jehowy. Ale pisali też do
mnie świadkowie Jehowy, którzy informowali mnie, że szykują się do odejścia z
organizacji. W każdym prawie liście znajdowałem jakieś ciekawe uwagi i różne
prośby. Wielu prosiło mnie, abym zwrócił uwagę na inne jeszcze zagadnienia, o
których nic albo bardzo niewiele dotąd napisałem. Moją odpowiedzią na wiele z
tych próśb, było opublikowanie książki pt. Świadkowie Jehowy od wewnątrz (1999
r.).
Dziś, z perspektywy wielu już lat zajmowania się organizacją świadków Jehowy,
wiem, że to moje zmaganie się z błędnymi i szkodliwymi naukami Towarzystwa
Strażnica jeszcze się nie zakończyło, Wiem też, że dzięki tym zmaganiom, mogłem
przez te lata lepiej i głębiej wniknąć w prawdy wiary, które głosi Kościół. I
jestem pewien, że to samo mogłoby powiedzieć wiele innych osób, które tak samo
jak ja zainteresowały się naukami świadków Jehowy.
o. Elizeusz Bagiński OCD
Wadowice
Sekty i Fakty - nr 4/99
• więcej publikacji "Sekty i Fakty"
Opublikowane za zgodą

• RAFAEL Dom Wydawniczy |