Karol Wojtyła - Miłość i odpowiedzialność
SPRAWIEDLIWOŚĆ WZGLĘDEM STWÓRCY
Małżeństwo
Monogamia a nierozerwalność
Cały tok rozważań zawarty w poprzednich rozdziałach ze ścisłą wewnętrzną
koniecznością prowadzi do uznania zasady monogamii (jednożeństwa) i
nierozerwalności związku małżeńskiego. Podstawą ostateczną, a zarazem pierwszym
źródłem tej zasady, jest norma personalistyczna sformułowana i wyjaśniona w
rozdziale I. Jeżeli osoba x żadną miarą nie może być dla osoby y przedmiotem
użycia, tylko przedmiotem (a raczej współ-podmiotem) miłości, potrzeba, zatem
odpowiednich ram dla związku mężczyzny i kobiety, w którym pełne współżycie
seksualne realizuje się tak, że równocześnie jest zabezpieczone trwałe
zjednoczenie osób wchodzących w ów związek. Wiadomo, że związek taki nazywa się
małżeństwem. Próby innego rozwiązania problemu małżeństwa - poza ścisłą
monogamią, (w czym już zawiera się nierozerwalność) - są niezgodne z normą
personalistyczną, nie dorastają do jej ścisłych wymagań. Osoba zostaje wówczas
postawiona w sytuacji przedmiotu użycia dla drugiej osoby, w sytuacji takiej
zostaje postawiona zwłaszcza kobieta (x) w stosunku do mężczyzny (y). Tak dzieje
się w wypadku poligynii, o której zwykle myślimy mówiąc o poligamii (poly-gynia
- związek jednego mężczyzny z wielu kobietami, poly-gamia - wielożeństwo).
Wiadomo jednak, że spotykamy się w dziejach ludzkości również z wypadkami
poliandrii (poly-andria - związek jednej kobiety z wielu mężczyznami);
wielożeństwo idzie wówczas w przeciwnym kierunku.
Problem małżeństwa ujmujemy tu przede wszystkim ze względu na zasadę miłowania
osoby ("norma personalistyczna"), czyli traktowania jej w sposób odpowiadający
temu bytowi, jakim osoba jest, Zasada ta godzi się w pełni tylko z monogamią i
nierozerwalnością małżeństwa, a sprzeciwia się zasadniczo wszelkim formom
poligamii, tj. zarówno poligynii, jak i poliandrii; sprzeciwia się również
zasadzie rozerwalności małżeństwa. Merytorycznie, bowiem biorąc, we wszystkich
tych wypadkach osoba zostaje postawiona w sytuacji przedmiotu użycia dla drugiej
osoby. Wobec tego samo małżeństwo jest tylko (a w każdym razie przede wszystkim)
taką instytucją, w ramach, której realizuje się używanie seksualne mężczyzny i
kobiety, ale nie realizuje się trwałe zjednoczenie osób oparte na wzajemnej
afirmacji wartości osoby. Takie, bowiem zjednoczenie musi być trwałe, musi trwać
tak długo, jak długo trwa w relacji dla jednej z tych osób druga. Chodzi tu nie
o jej trwanie duchowe, to, bowiem jest, ponad-doczesne, ale o trwanie w ciele,
które się kończy ze śmiercią.
Dlaczego o to trwanie chodzi? Dlatego, że małżeństwo jest nie tylko duchowym
związkiem osób, ale także cielesnym i ziemskim62 . Zgodnie z odpowiedzią, jakiej
udzielił Chrystus saduceuszom (Mt 19,3-9) pytającym o los małżeństwa po
zmartwychwstaniu ciał - co jest oczywiście przedmiotem wiary - nie będą wówczas
ludzie; żyjący ponownie w ciałach (uwielbionych), "ani się żenić, ani za mąż
wychodzić": Małżeństwo jest ściśle związane z cielesną i ziemską egzystencją
człowieka. Tym się tłumaczy jego naturalne rozwiązanie przez śmierć jednego ze
współmałżonków. Drugi jest wówczas wolny i może zawrzeć ponownie małżeństwo z
inną osobą. W prawie nazywa się to bigamia succesiva (drugie małżeństwo), co
należy ściśle odróżnić od bigamia simultanea - tę nazywa się w języku potocznym
krótko bigamią - jest to związek małżeński z nową osobą przy równocześnie
istniejącym małżeństwie z jakąś osobą dawniej poślubioną. Jakkolwiek drugie
małżeństwo po śmierci współmałżonka jest uzasadnione i dozwolone, to jednak ze
wszech miar godne pochwały jest pozostawanie w stanie wdowieństwa, w ten sposób,
bowiem wyraża się m.in. lepiej zjednoczenie z tą osobą, która odeszła przez
śmierć. Wszak sama wartość osoby nie przemija, a zjednoczenie duchowe z nią może
i winno trwać nadal, również wówczas, kiedy ustało zjednoczenie cielesne. W
Ewangelii, a zwłaszcza w listach św. Pawła, czytamy nieraz o pochwale
wdowieństwa i bezwzględnego jednożeństwa.
W ogóle w nauczaniu Jezusa Chrystusa sprawa monogamii i nierozerwalności
małżeństwa została postawiona stanowczo i definitywnie. Chrystus miał przed
oczyma fakt pierwotnego ustanowienia małżeństwa przez Stwórcę, małżeństwa o
charakterze ściśle monogamicznym (Rdz 1,27; 2,24) i nierozerwalnym, ("Co Bóg
złączył, człowiek niech nie rozłącza") i do niego odwoływał się stale. W
tradycjach, bowiem Jego bezpośrednich słuchaczy, Izraelitów żyła pamięć
poligamii patriarchów oraz wielkich przywódców narodu i królów (np. Dawida,
Salomona), podobnie jak pamięć wprowadzonego przez Mojżesza tzw. listu
rozwodowego, dopuszczającego w pewnych warunkach rozerwanie małżeństwa zawartego
prawnie.
Otóż Chrystus stanowczo przeciwstawił się tym tradycjom obyczajowym, akcentując
pierwotne ustanowienie małżeństwa, pierwotną myśl Stwórcy z nim związaną ("[...]
ale od początku nie było tak"). Ta myśl, idea małżeństwa monogamicznego żyjąca w
myśli i woli Stwórcy, została wypaczona także wśród "narodu wybranego".
Poligamię patriarchów tłumaczy się często wolą posiadania licznego potomstwa, w
ten sposób wzgląd na prokreację jako obiektywny cel małżeństwa usprawiedliwiałby
wielożeństwo w ramach Starego Zakonu, analogicznie usprawiedliwiałby też
wielożeństwo wszędzie tam, gdzie miało - ono służyć temu samemu celowi.
Równocześnie jednak księgi Starego Testamentu dostarczają dosyć dowodów na to,
że wielożeństwo (poligamia) w praktyce przyczynia się do traktowania kobiety
przez mężczyznę jako przedmiotu użycia, w rezultacie do jej upośledzenia oraz do
obniżenia poziomu moralności samego mężczyzny; wskazują na to np. dzieje
Salomona.
Usunięcie poligamii i przywrócenie monogamii oraz nierozerwalności małżeństwa
pozostaje w najściślejszym związku z przykazaniem miłości rozumianym tak, jak je
tu od początku rozumiemy - jako norma personalistyczna. Skoro całe obcowanie i
współżycie osób różnej płci ma dorastać do wymagań tej normy, zatem musi ono
kształtować się według i wokół zasady monogamii i nierozerwalności, "wokół" o
tyle, że zasada: ta rzuca światło na wiele innych szczegółów związanych ze
współistnieniem i obcowaniem mężczyzny i kobiety. (Przykazanie miłości, tak jak
zawiera się ono w Ewangelii, to więcej niż sama "norma personalistyczna", tkwi w
nim równocześnie podstawowe prawo całego porządku nadprzyrodzonego,
nadprzyrodzonego odniesienia do Boga i ludzi. Niemniej "norma personalistyczna"
tkwi w nim z całą pewnością, jest to jakby naturalna zawartość przykazania
miłości, ta treść, którą pojmujemy również bez wiary, samym tylko rozumem.
Dodajmy, że stanowi ona również warunek rozumienia i realizowania pełnej, czyli
nadprzyrodzonej, treści przykazania miłości).
Z wymogami normy personalistycznej kłóci się poligamia, a także rozerwalność
prawnie zawartego małżeństwa (tzw. rozwód), który zresztą w praktyce prowadzi do
poligamii; Rzeczy, te - zwłaszcza jako wyraz potraktowania osoby drugiej płci
jako "przedmiotu reprezentującego tylko wartość seksualną" oraz potraktowania
małżeństwa jako instytucji opartej na tej tylko wartości i jej tylko służącej, a
niesłużącej osobowe; mu zjednoczeniu osób - idą z sobą w parze.
Człowiek jest istotą, która ma zdolność myślenia pojęciowego, a w związku z tym
zdolność kierowania się zasadami ogólnymi. W świetle tych zasad, tj. trzymając
się konsekwentnie normy personalistycznej, trzeba przyjąć, że w wypadkach, w
których wspólne życie małżonków z jakichś prawdziwie poważnych przyczyn
(zwłaszcza z przyczyny zdrady małżeńskiej) staje się niemożliwe, istnieje tylko
możliwość separacji, czyli rozdzielenia małżonków bez zrywania samego
małżeństwa. Oczywiście i separacja jest złem ("koniecznym") z punktu widzenia
istoty małżeństwa, które powinno być trwałą jednością mężczyzny i kobiety. Nie
mniej w tym złu nie zawiera się przekreślenie samej zasady personalistycznej:
żadna z osób, a zwłaszcza kobieta, nie zostaje postawiona zasadniczo w pozycji
przedmiotu użycia dla drugiej. Byłoby tak natomiast, gdyby pomimo faktu, że
przynależała ona po małżeńsku do drugiej osoby (w ramach ważnie zawartego
małżeństwa), ta druga osoba mogła ją porzucić, łącząc się za jej życia po
małżeńsku z inną. Gdy natomiast tylko odstępują od współżycia małżeńskiego oraz
od całej małżeńsko-rodzinnej wspólnoty życia nie łącząc się małżeństwem z innymi
osobami, wówczas sam porządek osobowy nie jest w niczym naruszony. Osoba nie
zostaje zepchnięta do rangi przedmiotu użycia, małżeństwo zaś zachowuje
charakter instytucji służącej osobowemu zjednoczeniu mężczyzny i kobiety, a nie
tylko ich współżyciu seksualnemu.
Musimy przyjąć, że mężczyzna i kobieta współżyjąc z sobą po małżeńsku jednoczą
się jako osoby, a zatem zjednoczenie to trwa tak długo, jak długo te osoby żyją.
Nie możemy natomiast przyjąć, że zjednoczenie to trwa tak długo tylko, jak długo
same osoby tego chcą, to, bowiem właśnie: sprzeciwiałoby się normie
personalistycznej: norma ta bierze, bowiem za podstawę osobę jako byt. Z tego
punktu widzenia mężczyzna i kobieta, którzy w ramach ważnie zawartego małżeństwa
współżyli z sobą po małżeńsku, obiektywnie są zjednoczeni z sobą w sposób
nierozrywalny inaczej jak tylko przez śmierć jednego z nich i niczego nie
zmienia w tym ta okoliczność, że z biegiem czasu któreś z nich lub nawet oboje
przestają tego chcieć, nie może to żadną miarą znieść faktu, że są obiektywnie
zjednoczeni z sobą jako mąż i żona. Może jednemu z nich lub też obojgu zabraknąć
subiektywnego pokrycia dla tego zjednoczenia, może nawet wyrosnąć taki stan
subiektywny, który się temu zjednoczeniu psychologicznie lub
psycho-fizjologicznie sprzeciwia. Stan taki tłumaczy ich rozdzielenie "od łoża i
stołu" (to właśnie jest separacja), ale nie może unicestwić faktu, że są
obiektywnie zjednoczeni, i to jako małżonkowie. Trwałego, dozgonnego utrzymania
tego zjednoczenia domaga się właśnie norma personalistyczna, która stoi ponad
wolą i ponad decyzją każdej z zainteresowanych osób. Inne postawienie tej sprawy
stawiałoby osobę merytorycznie w pozycji przedmiotu "używania", co równa się
zniweczeniu obiektywnego porządku miłości, w którym afirmuje się ponad-użytkową
wartość osoby.
Porządek ten natomiast zawiera się w zasadzie ścisłej monogamii, która utożsamia
się z nierozerwalnością ważnie zawartego małżeństwa.
Jest to zasada trudna, ale równocześnie nieodzowna, jeśli współżycie osób różnej
płci (a pośrednio i całe życie ludzkie, które przecież w ogromnej mierze opiera
się na tym współżyciu) ma stać na poziomie osoby i mieścić się w wymiarach
miłości. Chodzi tu oczywiście o miłość w jej pełnym obiektywnym znaczeniu, o
miłość jako cnotę, a nie tylko w znaczeniu psychologiczno-subiektywnym. Trudność
zawarta w zasadzie monogamii i nierozerwalności małżeństwa pochodzi stąd, że
"miłość" bywa rozumiana i realizowana zbyt wyłącznie w tym drugim znaczeniu, a
nie dosyć w znaczeniu pierwszym. Zasada monogamii i nierozerwalności małżeństwa
zmusza do integracji miłości (por. rozdział poświęcony analizie miłości,
zwłaszcza jego część trzecią). Bez niej małżeństwo jest olbrzymim ryzykiem.
Mężczyzna i kobieta, których miłość gruntownie nie dojrzała, nie skrystalizowała
się jako pełnowartościowe zjednoczenie osób, nie powinni zawierać małżeństwa,
nie są, bowiem przygotowani do tej próby życiowej, jaką ono stanowi. Nie tyle
zresztą chodzi o to, aby w chwili zawierania małżeństwa ich miłość była już
ostatecznie dojrzała, ile o to, aby była ona dojrzała do dalszego dojrzewania w
ramach małżeństwa i przez małżeństwo.
Nie sposób, bowiem zrezygnować z tego dobra, jakim jest monogamia i
nierozerwalność, i to nie tylko ze stanowiska nadprzyrodzonego, z pozycji wiary,
ale również ze stanowiska rozumowego, ludzkiego. Chodzi wszakże o prymat
wartości osoby nad samą wartością sexus oraz o realizację miłości w dziedzinie,
w której łatwo może ją wyprzeć utylitarystyczna "zasada użyteczności", w niej
zaś kryje się afirmacja postawy użycia skierowanej do drugiej osoby. Ścisła
monogamia jest wykładnikiem porządku osobowego.
Wartość instytucji
Rozważania powyższe przygotowały nas do zrozumienia wartości instytucji
małżeństwa. Małżeństwa, bowiem nie można rozumieć jako samego faktu współżycia
płciowego jakiejś pary ludzkiej, mężczyzny i kobiety, ale musimy widzieć w nim
instytucję. Jakkolwiek nie ulega wątpliwości, że o instytucji tej decyduje
realnie ów fakt współżycia cielesnego określonych osób: y i x (stąd owo stare
adagium łacińskie: "Matrimonium facit copula"), to jednak samo współżycie nie
ujęte w ramy instytucji nie jest jeszcze małżeństwem. Słowo "instytucja" znaczy
tyle, co "ustanowienie" lub "urządzenie", które wynika z porządku
sprawiedliwości. Wiadomo zaś, że porządek sprawiedliwości dotyczy spraw
między-ludzkich i spraw społecznych (sprawiedliwość zamienna, sprawiedliwość
społeczna). Otóż małżeństwo jest sprawą między-ludzką i sprawą społeczną.
Sam fakt współżycia seksualnego dwóch ściśle określonych osób, mężczyzny i
kobiety, posiada charakter intymny, z powodów, o których była już mowa w
rozdziale poprzednim (analiza wstydu). Niemniej obie osoby biorące w nim udział
należą do społeczeństwa i z wielu powodów winny usprawiedliwić to swoje
współżycie wobec społeczeństwa. Usprawiedliwienie takie stanowi właśnie
instytucja małżeństwa. Nie chodzi tu wyłącznie o usprawiedliwienie w sensie
legalizacji, uzgodnienia z prawem. "Usprawiedliwić" to znaczy "uczynić
sprawiedliwym". Nie ma to też nic wspólnego z usprawiedliwianiem się, z
podawaniem okoliczności łagodzących, uzasadniających jakoby zgodę na coś, co w
istocie jest złe.
Potrzeba usprawiedliwienia współżycia mężczyzny i kobiety wobec społeczeństwa
zachodzi nie tylko z racji zwyczajnych następstw tego współżycia, ale także z
uwagi na same osoby biorące w nim udział, w szczególności zaś z uwagi na
kobietę. Zwyczajnym następstwem współżycia płciowego mężczyzny i kobiety jest
potomstwo. Dziecko to nowy członek społeczeństwa - społeczeństwo musi je
przyjąć, a nawet (zakładając odpowiednio wysoką organizację społeczeństwa)
zarejestrować. Urodzenie dziecka sprawia, że oparty na współżyciu seksualnym
związek mężczyzny i kobiety staje się rodziną. Rodzina sama jest już
społecznością, małym społeczeństwem, od którego zależy w swym istnieniu każde
wielkie społeczeństwo, np. naród, państwo, Kościół. Zrozumiała rzecz, iż to
wielkie społeczeństwo stara się czuwać nad procesem swego nieustannego stawania
się poprzez rodzinę. Rodzina jest instytucją najelementarniejszą, związaną z
podstawami ludzkiego bytowania63 . Tkwi ona w wielkim społeczeństwie, które sama
wciąż stwarza, a równocześnie odcina się od niego, posiada swój własny charakter
i cele. Jedno i drugie, tj. zarówno immanencja rodziny w społeczeństwie, jak i
jej swoista autonomia i nienaruszalność, musi znaleźć odzwierciedlenie w
prawodawstwie. Punktem wyjścia jest tutaj prawo natury - obiektywizacja tego
porządku, który wynika z samej natury rodziny.
Rodzina jest instytucją, u podstaw, której stoi małżeństwo. Nie można w życiu
wielkiego społeczeństwa ustawić prawidłowo rodziny, nie ustawiając prawidłowo
małżeństwa. Nie znaczy to jednak, że małżeństwo należy traktować tylko i
wyłącznie jako środek do celu, do tego celu, którym jest rodzina.
Jakkolwiek, bowiem małżeństwo naturalną drogą prowadzi do jej zaistnienia i
powinno być na nią otwarte, to jednak przez to samo małżeństwo bynajmniej nie
zatraca się w rodzinie. Zachowuje ono swą odrębność jako instytucja, której
wewnętrzna, struktura jest inna, różna od wewnętrznej struktury rodziny. Rodzina
posiada strukturę społeczeństwa, z którym ojciec, a także matka - każde z nich
na swój sposób - pełni władzę, a dzieci są tej władzy poddane. Małżeństwo nie
posiada jeszcze struktury społeczeństwa, posiada natomiast strukturę
między-osobową jest to związek dwojga osób, ich zespolenie i zjednoczenie.
Ten odrębny charakter instytucji małżeństwa zachowuje się również wówczas, gdy
małżeństwo rozrasta się w rodzinę. To jednak może z różnych powodów nie
nastąpić, a brak rodziny nie odbiera bynajmniej małżeństwu jego właściwego
charakteru. Wewnętrzna i istotna racja bytu małżeństwa nie leży, bowiem tylko w
tym, by stawać się rodziną, ale przede wszystkim w tym, by stanowić trwałe
zjednoczenie osobowe mężczyzny i kobiety oparte na miłości. Małżeństwo służy
przede wszystkim istnieniu - na co wskazywały rozważania zawarte w rozdziale I -
ale opiera się na miłości. Pełną wartość instytucji ma również takie małżeństwo,
które bez żadnej winy, małżonków jest bezdzietne. Inna rzecz, że małżeństwo
niejako pełniej służy miłości, kiedy służy istnieniu, kiedy staje się rodziną.
Tak też należy rozumieć myśl zawartą w twierdzeniu: prokreacja jest
pierwszorzędnym celem małżeństwa. Małżeństwo, które nie może spełnić tego celu,
bynajmniej nie traci przez to swojego znaczenia jako instytucja o charakterze
międzyosobowym. Prócz tego realizacja pierwszorzędnego celu małżeństwa domaga,
się, aby ów charakter między-osobowy był jak najpełniej w nim zrealizowany, aby
miłość małżonków była jak najbardziej dojrzała i twórcza. Trzeba dodać, że jeśli
w jakiejś mierze już jest dojrzała, to dojrzewa tym bardziej przez prokreację.
Małżeństwo stanowi, więc instytucję odrębną o wyraźnie zarysowanej strukturze,
między-osobowej. Instytucja ta rozrasta się w rodzinę, staje się nią, poniekąd
nawet z nią się utożsamia, a jednak raczej trzeba powiedzieć, że tak jak rodzina
przechodzi przez małżeństwo, tak małżeństwo przechodzi przez rodzinę,
potwierdzając się przez nią i w niej i osiągając potrzebną dla siebie pełnię.
Tak, więc np. starzy małżonkowie, którzy żyją otoczeni już nie, tylko swoimi
dziećmi, ale także rodziną tych dzieci, a czasem i wnuków, stanowią wśród tej
kilkustopniowej już rodziny "instytucję", jedność i całość zarazem, która
zgodnie ze swym zasadniczym, charakterem międzyosobowym bytuje i żyje na swych
własnych prawach. Właśnie, dlatego jest instytucją. Prawa zaś, na których opiera
się jej byt, muszą wynikać z założenia normy personalistycznej, to tylko, bowiem
może zapewnić prawdziwie osobowy charakter zjednoczenia dwojga osób.
Ustrój społeczny rodziny wtedy jest dobry, gdy umożliwia i podtrzymuje taki
właśnie charakter małżeństwa. I dlatego np. rodzina wyrosła z poligamii, chociaż
jako rodzina jest liczebniejsza i materialnie biorąc jest potężniejszą
społecznością (tak np. rodziny patriarchów Starego Zakonu), to jednak jej
wartość moralna jest zasadniczo niższa niż rodziny wyrosłej z małżeństwa
monogamicznego. W ustroju tej drugiej o wiele mocniej zaznacza się wartość osób
oraz wartość miłości jako trwałego zjednoczenia tychże osób (co samo przez się
ma duże znaczenie wychowawcze), podczas gdy w ustroju rodziny pochodzącej z
poligamii bardziej zaznacza się sama płodność biologiczna i rozwój ilościowy niż
wartość osoby oraz osobowa wartość miłości.
Znaczenie instytucji małżeństwa leży w tym, że usprawiedliwia w całokształcie
życia społecznego fakt współżycia płciowego określonej pary osób, y i x. Jest to
ważne nie tylko ze względu na następstwa tego faktu - o czym już była mowa - ale
również ze względu na same osoby biorące w nim udział. Jest to również ważne ze
względu na moralną kwalifikację ich miłości, która domaga się jakiegoś
ustawienia wobec innych ludzi, wobec społeczeństwa bliższego i dalszego. I może
nigdzie tak jak tu, gdzie wszystko właściwie dzieje się między dwojgiem ludzi
stanowiąc jakąś funkcję ich miłości, nie okazuje się, że człowiek jest zarazem
jestestwem społecznym. Chodzi, więc o to, aby owa "miłość", która
psychologicznie dla obojga (dla y i x) uzasadnia i jakby uprawnia ich
współżycie, nabrała nadto prawa obywatelstwa wśród ludzi.
Zrazu może im (tj. y i x) wydawać się, że o to nie chodzi, ale z biegiem czasu
muszą dostrzec, że bez tego prawa brakuje ich miłości czegoś bardzo istotnego.
Odczuwają, że winna ona dojrzeć na, tyle, aby można ją było ujawnić przed
społeczeństwem. Inna rzecz: potrzeba ukrywania się ze samym współżyciem
seksualnym płynącym z miłości, inna zaś potrzeba uznania samej miłości jako
zjednoczenia osób ze strony społeczeństwa. Miłość potrzebuje tego uznania, bez
niego nie czuje się w pełni sobą. I nie jest bynajmniej umowną tylko ta różnica
znaczeń, jakie wiąże się ze słowami "kochanka", "nałożnica", "utrzymanka" itp.
oraz "żona", "narzeczona" (wszystkie te słowa oznaczają kobietę, ale dotyczą
również mężczyzny). Raczej, więc czymś umownym i pochodnym jest zacieranie tej
różnicy znaczeń, a różnica sama - czymś pierwotnym, naturalnym i zasadniczym. Na
przykład wyraz "kochanka" w swym współczesnym zabarwieniu znaczeniowym mówi, że
odniesienie danego mężczyzny do "tej" kobiety pozostaje na gruncie używania
"przedmiotu" we współżyciu i obcowaniu seksualnym, podczas gdy wyraz "żona" czy
też "narzeczona" ("oblubienica") mówi o współ-podmiocie miłości mającej pełną
wartość osobową, a przez to i społeczną.
Takie znaczenie posiada instytucja małżeństwa. Wśród społeczeństwa uznającego
zdrowe zasady etyczne i żyjącego wedle nich (bez faryzeizmu i pruderii) jest ona
potrzebna w tym celu, aby świadczyć o dojrzałości samego zjednoczenia mężczyzny
i kobiety, o miłości, jaka ich trwale łączy i zespala. I w tej funkcji
instytucja małżeństwa potrzebna jest nie tylko ze względu na społeczeństwo, z
uwagi na "innych" ludzi, którzy do niego należą, ale także - i to przede
wszystkim - z uwagi na same te osoby, które w małżeństwo wchodzą. Nawet wówczas,
gdyby nie było wokół nich żadnych innych ludzi, instytucja małżeństwa byłaby im
potrzebna (a może nawet jakaś jego "forma", czyli ryt stanowiący o tworzeniu tej
instytucji przez obie zainteresowane strony, y i x). Chociaż więc instytucja
mogłaby się wytworzyć na drodze samych faktów, wśród których decydujące byłyby
właśnie fakty współżycia seksualnego, to jednak stanowczo różniłaby się od nich.
Fakty współżycia seksualnego mężczyzny i kobiety domagają się instytucji
małżeństwa jako naturalnej dla siebie oprawy, instytucja uprawnia, bowiem te
fakty przede wszystkim w świadomości samych osób biorących udział we współżyciu
seksualnym.
Spojrzenie na tę sprawę może nam ułatwić również fakt, że łacińskie słowo
matrimonium, które jest odpowiednikiem naszego "małżeństwo", w szczególny sposób
akcentuje "stan matki", jakby chciało zasugerować szczególną odpowiedzialność za
macierzyństwo tej kobiety, z którą dany mężczyzna współżyje po małżeńsku.
Odpowiedzialność za macierzyństwo to problem, do którego jeszcze powrócimy w tym
rozdziale. Na razie wystarczy stwierdzić, iż fakt współżycia seksualnego "po
małżeńsku" domaga się stanowczo ram instytucji matrimonium, i to z uwagi na samo
odniesienie osoby do osoby. Współżycie seksualne poza małżeństwem, ipso facto
stawia osobę w pozycji przedmiotu użycia dla drugiej osoby. Którą, dla której?
Nie jest wykluczone, że w takiej pozycji staje również mężczyzna w stosunku do
kobiety, zawsze jednak w takiej pozycji staje kobieta w stosunku do mężczyzny.
Łatwo to wywnioskować (przez kontrast) choćby z samej analizy słowa
matri-monium. Współżycie seksualne "po małżeńsku" poza ramami instytucji
małżeństwa jest zawsze obiektywnie biorąc krzywdą kobiety. Jest nią zawsze, a
więc również wówczas, kiedy ona sama na nie zezwala, lub też, co więcej, gdy
sama do niego dąży i pragnie go.
Dlatego też moralnie złe jest "cudzołóstwo" w najszerszym znaczeniu tego słowa.
W takim znaczeniu jest ono zresztą użyte w Piśmie św., w Dekalogu i Ewangelii.
Chodzi nie tylko o fakt współżycia seksualnego z kobietą, która jest "cudzą
żoną", ale o fakt współżycia z każdą kobietą, która nie jest "własną żoną", bez
względu na to, czy ma męża, czy nie. Od strony kobiety zaś chodzi o współżycie z
mężczyzną, który nie jest "jej mężem". Zgodnie z analizą czystości, którą
przeprowadziliśmy w rozdziale poprzednim, jakieś pochodne tak pojętego
"cudzołóstwa" zawierają się także w "uczynkach" wewnętrznych, np. w samym
"pożądaniu" (por. przytoczone już kilkakrotnie zdanie Mt 5,28). Rzecz jasna, że
cudzołóstwo zachodzi szczególnie wtedy, gdy "uczynki" te dotyczą osoby, która
jest, "cudzą żoną" lub "cudzym mężem", wówczas zawiera ono w sobie tym większe
zło moralne, płynące z naruszenia porządku sprawiedliwości, z przekroczenia
granicy pomiędzy "własne" a "cudze". Niemniej jednak granicę tę przekracza się
nie tylko wówczas, gdy się sięga po wyraźnie "cudze", ale zawsze również
wówczas, kiedy się sięga po "nie-własne"64 . O własności - o wzajemnym należeniu
osób do siebie stanowi w tym wypadku instytucja małżeństwa. I dodajmy, co
zostało już uzasadnione poprzednio, że jest ona pełnowartościowa tylko pod
warunkiem monogamii i nierozerwalności.
Wszystko, co powiedziano tutaj w celu wykazania zła moralnego "cudzołóstwa",
służy do stwierdzenia, że moralnie zły jest każdy fakt współżycia seksualnego
mężczyzny i kobiety poza instytucją matrimonium, zarówno, więc stosunki
przed-małżeńskie, jak i poza-małżeńskie. Moralnie zła jest tym bardziej tzw.
programowa "wolna miłość", w niej, bowiem zawiera się odrzucenie instytucji
małżeństwa lub też zredukowanie jej roli w dziedzinie współżycia mężczyzny i
kobiety. Według programu "wolnej miłości" instytucja małżeństwa odgrywa w tej
dziedzinie rolę nie istotną i przygodną. Poprzednia analiza zmierzała do
Wykazania, że małżeństwo odgrywa właśnie rolę jak najbardziej istotną i
konieczną. Bez instytucji matrimonium bowiem osoba we współżyciu seksualnym
zostaje siłą faktu zepchnięta do pozycji przedmiotu użycia dla drugiej osoby (x
dla y), co sprzeciwia się w całej pełni wymaganiom normy personalistycznej, bez
której nie sposób pomyśleć Współżycia osób pozostającego na poziomie prawdziwie
osobowym. Małżeństwo jako instytucja jest nieodzowne dla usprawiedliwienia faktu
współżycia mężczyzny i kobiety ("po małżeńsku") przede wszystkim wobec nich
samych, a równocześnie wobec społeczeństwa.
Skoro mówimy o "usprawiedliwieniu", to jasne, że instytucja małżeństwa wypływa z
obiektywnego porządku sprawiedliwości.
Zachodzi ponadto potrzeba usprawiedliwienia faktu współżycia mężczyzny i kobiety
wobec Boga-Stwórcy. Tego również domaga się obiektywny porządek sprawiedliwości.
Owszem, gruntowna analiza doprowadza nas do przeświadczenia, że
usprawiedliwienie faktu współżycia mężczyzny i kobiety "po małżeńsku" wobec
Stwórcy jest podstawą wszelkiego jego usprawiedliwienia, zarówno "wewnątrz" -
pomiędzy nimi, jak i "na zewnątrz" - wobec społeczeństwa. Inna rzecz, iż do
przeprowadzenia takiej analizy i do przyjęcia wniosków z niej płynących zdolny
jest tylko człowiek religijny, tzn. uznający istnienie Boga-Stwórcy oraz
przyjmujący, że wszystkie byty w otaczającym nas wszechświecie są stworzeniami
tego Boga, pośród nich zaś stworzeniem jest również człowiek-osoba. W pojęciu
"stworzenie" zawiera się szczególny rodzaj zależności od Stwórcy, jest to
mianowicie zależność w istnieniu (być stworzonym - zależeć w istnieniu). Na tej
zależności opiera się z kolei specjalne prawo własności Stwórcy względem
wszystkich stworzeń (dominium altum). Stwórca jest w najgruntowniejszym
posiadaniu każdego z nich, skoro, bowiem o każdym z nich stanowi w ostateczności
istnienie, to zaś pochodzi od Stwórcy, zatem W pewien sposób "wszystko jest
Jego", również, bowiem i to, co stworzenie samo w sobie "stworzyło", opiera się
na istnieniu; działalność stworzeń idzie w kierunku rozwinięcia tego, co realnie
zawiera się w każdym z nich dzięki temu, że istnieją.
Człowiek tym się różni od reszty stworzeń widzialnego świata, że jest zdolny
pojąć to wszystko rozumem. Rozumność stanowi równocześnie podstawę osobowości,
ona warunkuje "wewnętrzność i duchowość bytu i życia osoby. Dzięki swej
rozumności człowiek pojmuje, że jest własnością siebie samego (sui iuris) i
równocześnie - że jest jako stworzenie własnością Stwórcy i przeżywa Jego prawo
własności względem siebie. Taki stan świadomości musi się wytworzyć u człowieka,
którego rozum jest oświecony wiarą. Rozum też pozwala mu dostrzec i nakazuje
uznać to samo u drugiego człowieka, u każdej innej osoby, dane więc jest
własnością siebie samej i równocześnie jako stworzenie - własnością Stwórcy.
Stąd też rodzi się ta podwójna potrzeba usprawiedliwienia współżycia płciowego
mężczyzny i kobiety przez instytucję małżeństwa. Fakt współżycia sprawia,
bowiem, że osoba (x) staje się w pewien sposób własnością drugiej osoby (y), to
równocześnie zachodzi też w przeciwnym kierunku: y jest własnością x. Jeżeli
więc istnieje potrzeba usprawiedliwienia tego faktu we wzajemnej relacji y-x,
x-y, to równocześnie istnieje obiektywna potrzeba usprawiedliwienia go wobec
Stwórcy.
Inna rzecz, że potrzebę tę rozumieją tylko ludzie religijni. "Człowiek
religijny", bowiem znaczy nie tyle "człowiek zdolny do przeżyć religijnych" (jak
się najczęściej mniema); ile przede wszystkim: "człowiek sprawiedliwy względem
Boga-Stwórcy".
Znajdujemy się tutaj u progu zrozumienia "sakramentalności" małżeństwa. Według
nauki Kościoła jest ono sakramentem od początku, tj. od chwili stworzenia
pierwszej pary ludzkiej. "Sakrament natury" został później, w Ewangelii, jeszcze
pełniej uwydatniony przez ustanowienie, a raczej przez objawienie związanego z
nim sakramentu łaski. Łacińskie słowo sacramentum oznacza tyle, co tajemnica,
tajemnicą zaś w jakimś najogólniejszym tego słowa znaczeniu jest to, co nie jest
w całej pełni poznane, bo nie jest w całej pełni widzialne, nie leży, bowiem w
polu bezpośredniego doświadczenia zmysłowego. Otóż poza polem tego
doświadczenia, w sferze samego już tylko "zrozumienia", znajduje się zarówno to
prawo własności, jakie ma każda z osób w stosunku do siebie samej, tym bardziej
zaś to dominium altum, jakie ma w stosunku do każdej z nich Stwórca. Skoro się
jednak to najwyższe prawo własności przyjmuje - a przyjmuje je każdy człowiek
religijny - to małżeństwo musi szukać usprawiedliwienia przede wszystkim w Jego
oczach, musi ono zakładać Jego aprobatę. Nie wystarczy, że kobieta odda swoją
osobę przez małżeństwa mężczyźnie, a on jej swoją. Jeśli każda z tych osób jest
równocześnie własnością Stwórcy, wobec tego i On musi oddać jego jej, a ją jemu,
a w każdym razie musi zaaprobować ich wzajemne oddanie się zawarte w instytucji
małżeństwa65 .
Aprobata ta nie może podlegać zmysłom, może być tylko "zrozumiana" na podstawie
porządku natury. Małżeństwo jako sacramentum naturae to nic innego jak
instytucja matrimonium oparta już na jakimś: zrozumieniu prawa Stwórcy względem
osób zawierających je. Małżeństwo jako sacramentum gratiae zakłada przede
wszystkim pełne zrozumienie tego prawa. Prócz tego jednak sakrament małżeństwa
wyrasta na gruncie tego przeświadczenia - które zawdzięczamy Ewangelii - że
usprawiedliwienie człowieka wobec Boga dokonuje się zasadniczo przez łaskę66 .
Łaskę zaś otrzymuje człowiek przez sakramenty, których udziela Kościół obdarzony
w tym celu przez Chrystusa władzą w porządku nad-przyrodzonym. I dlatego dopiero
sakrament małżeństwa zaspokaja w całej pełni potrzebę usprawiedliwienia faktu
współżycia małżeńskiego wobec Boga-Stwórcy. Tym się też tłumaczy, że
ustanowienie jego przyszło w parze z definitywnym objawieniem porządku
nadprzyrodzonego.
Rozrodczość a rodzicielstwo
Wartość instytucji małżeństwa polega m.in. na tym, że usprawiedliwia ona fakt
współżycia seksualnego kobiety i mężczyzny: "Fakt" rozumiemy tutaj nie
jednorazowo, lecz ciągle - jako wiele faktów. Dlatego małżeństwo ludzkie jest
"stanem" (stan małżeński), czyli instytucją stałą, stwarzającą na całe życie
ramy współistnienia mężczyzny i kobiety. Ramy te nie są oczywiście wypełnione
samymi faktami współżycia płciowego. Chodzi o cały zespół faktów z bardzo
różnorodnych dziedzin, zarówno z dziedziny ekonomicznej, jak i kulturalnej czy
religijnej. Wszystkie razem tworzą bogatą i możliwie wszechstronną wspólnotę
życia dwojga ludzi, najpierw małżeństwa, a później rodziny. Mają one właściwy
sobie ciężar gatunkowy i w jakiś sposób warunkują rozwój miłości mężczyzny i
kobiety, w małżeństwie. Fakty współżycia płciowego posiadają wśród nich własną
specyfikę i osobne znaczenie, pozostają, bowiem w szczególnym związku z rozwojem
miłości osób. Instytucja małżeństwa usprawiedliwia, jak stwierdziliśmy,
współżycie płciowe mężczyzny i kobiety. Instytucja małżeństwa usprawiedliwia
współżycie płciowe określonego mężczyzny z określoną kobietą w tym znaczeniu, że
stwarza obiektywne ramy, w których może się realizować trwałe zjednoczenie osób
(oczywiście pod warunkiem monogamii i nierozerwalności).
Realizacja tego zjednoczenia osób y i x w każdym z osobna akcie współżycia
małżeńskiego stanowi jednak osobny problem moralny, problem wewnętrzny
małżeństwa. Chodzi o to, aby każdy taki akt, każdy stosunek małżeński, posiadał
swą wewnętrzną sprawiedliwość, bez sprawiedliwości, bowiem nie można mówić o
zjednoczeniu osób w miłości. Istnieje, przeto osobny - z punktu widzenia
moralności oraz kultury osoby niezmiernie ważny - problem dostosowania samego
Współżycia małżeńskiego do obiektywnych wymagań normy personalistycznej. Właśnie
w tej dziedzinie realizacja wymagań tej normy jest szczególnie ważna, a
równocześnie - nie ukrywajmy tego - szczególnie trudna, dochodzi, bowiem do
głosu cały splot czynników wewnętrznych oraz okoliczności zewnętrznych, które
ułatwiają sprowadzenie tego aktu wzajemnej miłości osób na poziom "używania".
Jeżeli więc gdzieś, to tu w szczególności należy mówić o odpowiedzialności za
miłość. Dodajmy od razu, że ta odpowiedzialność za miłość osoby dopełnia się
tutaj odpowiedzialnością za życie, a także za zdrowie, jest to cały splot
podstawowych dóbr, które łącznie decydują o etycznej wartości każdego faktu
współżycia małżeńskiego. Można, przeto pogląd na tę wartość kształtować
wychodząc od każdego z tych dóbr z osobna i odpowiedzialności za nie. W książce
tej, zgodnie z jej załażeniem oraz głównym kierunkiem rozważań, wyjdziemy od
tego dobra, jakie stanowi osoba oraz prawdziwie rozumiana miłość. Zdaje się,
bowiem, że to dobro leży najgłębiej w całym tym splocie i warunkuje odniesienie
do pozostałych67 .
Mężczyzna i kobieta, którzy jako małżonkowie jednoczą się w całkowitym
współżyciu seksualnym, przez samo to już wchodzą w orbitę tego porządku, który
słusznie winien być nazywany porządkiem natury.
W rozdziale I, zwróciliśmy uwagę na to, że nie można porządku natury utożsamiać
z "porządkiem przyrodniczym". Jest to, bowiem przede wszystkim porządek
istnienia i stawania się - prokreacji. Otóż to słowo procreatio w jego pełnym
znaczeniu mamy na myśli, gdy stwierdzamy, że porządek natury zmierza do
rozrodczości na drodze współżycia płciowego. Naturalna celowość współżycia
małżeńskiego, każdy fakt współżycia płciowego mężczyzny i kobiety z natury
rzeczy staje w orbicie tej celowości. Rozważany, przeto z całym obiektywizmem
stosunek małżeński nie jest tylko zjednoczeniem osób, mężczyzny i kobiety, w ich
wzajemnej relacji, ale jest ze swej natury (istoty) zjednoczeniem osób w relacji
do procreatio. Wyraz procreatio pełniej oddaje zawartość problemu, podczas gdy
wyraz "rozrodczość" posiada znaczenie raczej czysto "przyrodnicze",
biologiczne68 . Wiadomo zaś, że chodzi w tym wypadku nie tylko o początek życia
w znaczeniu czysto biologicznym, ale chodzi o początek istnienia osoby, stąd
lepiej powiedzieć "prokreacja".
We współżyciu małżeńskim mężczyzny i kobiety dokonuje się, więc spotkanie dwóch
porządków: porządku natury zmierzającego ku rozrodczości oraz porządku
osobowego, który wyraża się w miłości osób i dąży do jak najpełniejszej jej
realizacji69 . Tych dwóch porządków niepodobna rozdzielić, jeden zależy od
drugiego, w poszczególnej mierze odniesienie do rozrodczości (procreatio)
warunkuje realizację miłości.
W świecie zwierzęcym istnieje tylko rozrodczość, która realizuje się na drodze
instynktu. Nie ma tam osób, nie ma, przeto ani możliwości, ani wymagań normy
personalistycznej głoszącej miłość. W świecie osób natomiast instynkt sam
niczego nie rozwiązuje, a popęd seksualny jakby wchodzi w bramy świadomości i
woli dostarczając nie tylko warunków płodności, ale równocześnie swoistego
"tworzywa" miłości. Jeśli sprawa ma być rozwiązana na prawdziwie ludzkim
poziomie, na poziomie osobowym, nie można realizować jednej bez drugiej. Obie
zaś, tj. tak prokreacja (rozrodczość), jak i miłość, realizują się na podstawie
świadomego wyboru osób. Kiedy mężczyzna i kobieta w ramach małżeństwa wybierają
świadomie i dobrowolnie współżycie płciowe, wówczas wraz z nim wybierają
równocześnie możliwość prokreacji, wybierają udział w stwarzaniu (stosując się
do właściwego znaczenia procreatio). I tylko wówczas stawiają swe współżycie
płciowe w ramach małżeństwa na poziomie prawdziwie osobowym, gdy świadomie łączą
w swym postępowaniu jedno i drugie70 .
Tutaj właśnie wyłania się problem rodzicielstwa. Natura zmierza tylko do
rozrodczości (dodajmy, że samo słowo "natura" pochodzi od czasownika nascor -
rodzić się, stąd natura = to, co jest zdeterminowane samym faktem urodzenia).
Rozrodczość wiąże się z biologiczną płodnością, mocą, której dojrzałe jednostki
określonego gatunku stają się rodzicami, wydając na świat potomstwo, czyli nowe
jednostki tegoż gatunku. W obrębie gatunku Homo sapiens dzieje się podobnie.
Człowiek jednak jest osobą i dlatego prosty, naturalny fakt stawania się ojcem
czy matką posiada znaczenie głębsze: nie tylko "przyrodnicze", ale również
osobowe. Fakt ten znajduje - winien znaleźć - swe gruntowne odzwierciedlenie we
"wnętrzu" osoby. Odzwierciedlenie to zawiera się właśnie w treści pojęcia
"rodzicielstwo". Rodzicielstwo ludzkie zakłada, bowiem cały ów proces
świadomości i wyboru woli związany z małżeństwem, a w szczególności ze
współżyciem małżeńskim osób. Ponieważ zaś współżycie małżeńskie jest - i powinno
być - realizacją miłości, i to na poziomie osobowym, przeto w niej też trzeba
szukać właściwego miejsca dla rodzicielstwa. Współżycie płciowe mężczyzny i
kobiety w małżeństwie wtedy tylko posiada pełną wartość zjednoczenia osobowego,
kiedy zawiera się w nim świadomą akceptację możliwości rodzicielstwa. Jest to
prosty wynik syntezy tych dwóch porządków: porządku natury i osoby. Mężczyzna i
kobieta we współżyciu małżeńskim nie pozostają tylko i wyłącznie we wzajemnej
relacji do siebie, ale siłą faktu pozostają w relacji do nowej osoby, która
właśnie dzięki ich zjednoczeniu może być stworzona (procreatio)71 .
Należy tu szczególnie podkreślić słowo "może" ono, bowiem wskazuje na
potencjalny charakter tej nowej relacji. Małżeński stosunek dwojga osób "może"
dać życie nowej osobie. Kiedy zatem mężczyzna i kobieta zdolni do prokreacji
jednoczą się z sobą we współżyciu małżeńskim, wówczas ich zjednoczeniu musi
towarzyszyć ten stan świadomości i woli: "mogę być ojcem", "mogę być matką". Bez
tego ich wzajemny stosunek nie jest wewnętrznie usprawiedliwiony, jest wręcz
niesprawiedliwy. Wzajemna miłość oblubieńcza domaga się zjednoczenia osób. Czym
innym jednak jest samo zjednoczenie osób, a czym innym ich zjednoczenie we
współżyciu płciowym. To drugie staje na poziomie osobowym tylko wówczas, kiedy
towarzyszy mu w świadomości i woli owo "mogę być matką", "mogę być ojcem". Jest
to moment tak ważny, tak decydujący, że bez niego nie można mówić o realizacji
porządku osobowego we współżyciu małżeńskim mężczyzny i kobiety. Na miejscu
zjednoczenia prawdziwie osobowego pozostałoby wówczas tylko jakieś zespolenie
seksualne osobowo niepełnowartościowe. Biorąc rzecz gruntownie i do końca
konsekwentnie, zespolenie to opierałoby się tylko na wartości sexus, nie zaś na
afirmacji wartości osoby. Afirmacji wartości osoby nie można, bowiem odrywać u
obojga, u kobiety i u mężczyzny, od tego stanu świadomości i woli: "mogę być
matką", "mogę być ojcem".
Jeżeli tego nastawienia brak, wówczas ich współżycie płciowe nie znajduje w
pełni obiektywnego usprawiedliwienia wobec nich samych (nie tylko w oczach kogoś
trzeciego, kto rozważa taką sytuację teoretycznie i abstrakcyjnie). Skoro
pozytywnie wykluczy się ze stosunku małżeńskiego potencjalny moment
rodzicielski, zmienia się tym samym wzajemna konfiguracja osób biorących udział
w tym stosunku.
Zmiana ta idzie od zjednoczenia w miłości do wspólnego czy raczej tylko
obustronnego "używania"72 . Dokonuje się ona nieuchronnie, posiada jednak różne
swoje odmiany i odcienie. Spróbujemy wniknąć w nie jeszcze w dalszym ciągu tego
rozdziału, jest to, bowiem problem wymagający dokładniejszej analizy. W każdym
razie trzeba zasygnalizować, iż ta zmiana konfiguracji, w jakiej pozostają do
siebie osoby y i x wówczas, gdy z ich współżycia małżeńskiego zostaje wykluczony
in potentiu moment rodzicielski, przesuwa ich odniesienie wzajemne poza sferę
obiektywnych wymagań normy personalistycznej. W stosunku małżeńskim, w którym
mężczyzna i kobieta całkowicie przekreślają owo "mogę być ojcem", "mogę być
matką", gdy pozytywnie wykluczają rodzicielstwo, zachodzi niebezpieczeństwo, że
- obiektywnie biorąc - w stosunku tym nie pozostaje nic innego prócz używania,
którego przedmiotem jest osoba, oczywiście dla drugiej osoby.
Sformułowanie to posiada taki wydźwięk, że może budzić liczne opory, zarówno w
teorii, jak i w praktyce. Dlatego trzeba przypomnieć to wszystko, co było
przedmiotem naszych rozważań zwłaszcza w rozdziale I. Właściwy stosunek osoby do
popędu seksualnego leży w tym, aby z jednej strony świadomie wykorzystywać go w
kierunku naturalnej jego celowości, z drugiej strony zaś opierać mu się o tyle,
o ile jego konsekwencją miałoby być postawienie stosunku osób y - x poniżej
poziomu miłości, w której afirmuje się wzajemnie wartość osoby w zjednoczeniu
posiadającym prawdziwie osobowy charakter. Stosunek seksualny (małżeński) o tyle
ma taki charakter, o tyle jest zjednoczeniem naprawdę osobowym, o ile nie jest w
nim pozytywnie wykluczona pewna gotowość rodzicielska. Wynika to ze świadomego
odniesienia do popędu: panować nad popędem seksualnym to znaczy właśnie
przyjmować jego celowość w stosunku małżeńskim.
Tu może się zrodzić myśl, iż takie stanowisko poddaje człowieka-osobę "naturze",
gdy przecież na tylu polach człowiek odnosi zwycięstwo nad naturą i opanowuje
ją. Argument pozorny, wszędzie, bowiem człowiek opanowuje naturę przez to, że
dostosowuje się do jej immanentnej dynamiki. Nie ma zwycięstwa nad naturą w
sensie jej gwałcenia. Opanowanie natury może wyniknąć tylko z gruntownego
poznania jej celowości oraz prawidłowości, jaka w niej panuje.
Człowiek opanowuje naturę przez to, że coraz pełniej wykorzystuje ukryte w niej
możliwości. Przeniesienie do naszego problemu wydaje się stosunkowo przejrzyste,
szczegółowo wnikniemy w nie jeszcze w dalszym ciągu tego rozdziału. Na odcinku
popędu seksualnego człowiek również nie może odnieść zwycięstwa nad "naturą"
przez jej gwałcenie, ale tylko przez dostosowanie się do jej immanentnej
celowości dzięki zrozumieniu praw, które rządzą tym popędem, oraz wykorzystanie
ukrytych w nim możliwości. Stąd przebiega transmisja do miłości. Skoro stosunek
seksualny opiera się na popędzie, wciąga drugą osobę w całokształt faktu i
przeżycia, przeto odniesienie do tej osoby pod względem swej wartości moralnej
kształtuje się pośrednio poprzez sposób zaangażowania popędu w stosunku
seksualnym. Człowiek może pozostać wierny osobie we właściwym dla niej porządku
miłości, o ile jest wierny naturze. Gdy gwałci naturę, "gwałci" także osobę
czyniąc ją przedmiotem użycia zamiast przedmiotem miłości.
Gotowość rodzicielska w stosunku małżeńskim chroni miłość, jest nieodzownym
warunkiem zjednoczenia prawdziwie osobowego. Zjednoczenie osób w miłości nie
musi się realizować poprzez stosunek seksualny. Gdy jednak realizuje się w ten
sposób, wówczas personalistyczna wartość stosunku seksualnego nie może być
zabezpieczona bez gotowości rodzicielskiej. Dzięki niej obie zjednoczone osoby
postępują zgodnie z wewnętrzną logiką miłości, respektują jej wewnętrzną
dynamikę i otwierają się ku nowemu dobru, które w tym wypadku jest wyrazem
twórczej siły miłości. Gotowość rodzicielska służy tutaj do przełamania
obustronnego (lub bodaj jednostronnego za przyzwoleniem drugiej strony) egoizmu,
poza którym kryje się zawsze używanie osoby.
Wszystko, jak widać, opiera się na założeniu, wedle, którego zachodzi ścisły
związek między porządkiem natury a osobą oraz realizacją, ludzkiej osobowości.
Trzeba przyznać, że człowiekowi trudno zrozumieć uznać porządek natury jako
pewną "wielkość abstrakcyjną" (zwykle wówczas miesza się go z "porządkiem
przyrodniczym" i przez to właśnie unicestwia)73 . Daleko łatwiej jest pojąć
konstytutywną dla moralności a więc też dla realizacji ludzkiej osobowości -
siłę porządku natury, o ile dostrzega się za nim osobowy autorytet Stwórcy. Stąd
całokształt niniejszych rozważań nosi tytuł "Sprawiedliwość względem Stwórcy".
Samo to pojęcie zostanie jeszcze osobno przeanalizowane.
W praktyce problem o tyle nie jest łatwy, że miłość w związku ze współżyciem
seksualnym, i w ogóle w związku z całym obcowaniem: osób różnej płci, bardzo
łatwo ulega subiektywizacji. W jej następstwie bierze się, za miłość samo
doraźne przeżycie miłosne (erotyczne). Rozumuje się wówczas tak: nie ma miłości
bez przeżyć miłosnych.
Rozumowanie to nie jest całkowicie błędne, jest tylko niepełne. Całościowo,
bowiem ujmując problem, trzeba powiedzieć tak: nie ma miłości bez wzajemnej
afirmacji wartości osoby, na niej, bowiem opiera się osobowe zjednoczenie
mężczyzny i kobiety. Przeżycia miłosne zaś służą temu zjednoczeniu, czyli
miłości) o tyle, o ile nie sprzeciwiają się wartości osoby. A zatem nie
wszystkie przeżycia miłosne (erotyczne) służą naprawdę zjednoczeniu osób y i x w
miłości. Z pewnością nie służą jej te przeżycia, które obiektywnie biorąc
przekreślają w jakiś sposób wartość osoby. Otóż właśnie przeżycia erotyczne
związane ze stosunkiem płciowym mężczyzny i kobiety a wyłączające pozytywnie
moment rodzicielski ("mogę być ojcem", "mogę być matką") przekreślają wartość
osoby. Wartość osoby uwydatnia się bowiem z jednej strony w działaniu w pełni
świadomym oraz w pełni zharmonizowanym z obiektywną celowością świata ("porządek
natury"), z drugiej zaś dzięki wyłączeniu osoby od wszelkiego "używania".
Istnieje gruntowne przeciwieństwo pomiędzy "miłować" a "używać" w odniesieniu do
osoby.
Warto w tym miejscu nawiązać do analizy wstydu oraz do zjawiska prawa) absorpcji
wstydu seksualnego przez miłość, o czym była mowa w rozdziale poprzednim. We
współżyciu małżeńskim zarówno wstyd, jak i proces jego prawidłowej absorpcji
przez miłość wiąże się z dopuszczeniem do głosu gotowości do rodzicielstwa,
owego "mogę być matką", mogę być ojcem". Przy pozytywnym, tendencyjnym
wykluczeniu tej ewentualności współżycie płciowe nabiera cech bezwstydu.
Okoliczność, że współżycie to realizuje się w ramach prawowitego małżeństwa,
zwykle nie zaciera tych cech bezwstydu w poczuciu osób tak właśnie
wykluczających możliwości rodzicielstwa. Inna rzecz, iż poczucie to nie budzi
się u wszystkich osób jednakowo. Może się czasem wydawać, że u kobiet budzi się
ono łatwiej niż u mężczyzn. Z drugiej strony trzeba podkreślić, że ten wstyd
małżeński, (który stanowi fundament czystości małżeńskiej) natrafia na
świadomości zarówno kobiety, jak i mężczyzny na mocny opór. Opór ten wypływa z
lęku przed rodzicielstwem, przed macierzyństwem i ojcostwem. Mężczyzna i kobieta
"boją się dziecka", które nie tylko jest radością, ale także ciężarem, czemu nie
sposób zaprzeczyć. Kiedy jednak lęk przed dzieckiem jest przesadny, wówczas
paraliżuje miłość, bezpośrednio zaś przyczynia się on do stłumienia reakcji
wstydu. Istnieje rozwiązanie prawidłowe, godne osób na, drodze
wstrzemięźliwości, to jednak domaga się opanowania przeżyć erotycznych. Wymaga
to też gruntownej kultury osoby i "kultury miłowania". Autentyczna
wstrzemięźliwość małżeńska wyrasta ze wstydu, który: reaguje negatywnie na każdy
przejaw "używania" osoby, ale i - z drugiej strony - reakcja wstydu okazuje się
tym silniejsza, im bardziej autentyczna jest wstrzemięźliwość, a wraz z nią
kultura osoby i "kultura miłowania".
Jest to reakcja naturalna, elementarny składnik naturalnej moralności. Mogą o
tym zaświadczyć następujące zdania z Autobiografii Gandhiego: "Moim zdaniem
twierdzenie, jakoby akt płciowy był czynnością samorzutną, podobnie jak sen lub
zaspokojenie głodu, jest szczytem ignorancji. Istnienie świata jest uzależnione
od aktu rozmnażania się, a wobec tego, że świat jest domeną, którą rządzi Bóg, i
stanowi odbicie Jego władzy, akt rozmnażania winien podlegać kontroli mającej na
celu rozwój - życia na ziemi. Człowiek, który to rozumie, za wszelką cenę będzie
dążył do panowania nad swoimi zmysłami i uzbroi się w wiedzę, która jest
niezbędna dla fizycznego i duchowego rozkwitu jego potomstwa, a owoce tej wiedzy
przekaże przyszłości i dla jej pożytku". W innym miejscu swej Autobiografii
wyznaje Gandhi, że dwukrotnie w życiu uległ propagandzie zalecającej sztuczne
środki dla wykluczenia możliwości poczęcia. Doszedł jednak do przeświadczenia,
"iż należy raczej działać za pomocą impulsów wewnętrznych, opanowaniem czy też
samokontrolą [...]". Dodajmy, że jest to jedyne rozwiązanie problemu świadomego
rodzicielstwa, świadomego ojcostwa i świadomego macierzyństwa, na poziomie
godnym osób. Nie można zaś, rozwiązując ten problem, pomijać podstawowego faktu,
że człowiek, kobieta i mężczyzna, jest osobą.
W związku z całokształtem wywodów poświęconych rozrodczości i rodzicielstwu dwa
pojęcia domagają się osobnej i szczegółowej zarazem analizy. Pierwsze pojęcie to
"rodzicielstwo in potentia", drugie - "pozytywne wykluczenie prokreacji". Są one
z sobą tak ściśle związane, że - bez zrozumienia pierwszego niepodobna zrozumieć
drugiego.
Pisząc o moralnej prawidłowości współżycia płciowego w małżeństwie, podkreślamy
stale, że zależy ona od włączenia w świadomość i wolą mężczyzny oraz kobiety
gotowości do rodzicielstwa, owego "mogę być ojcem", "mogę być matką", bez niego,
bowiem sam stosunek małżeński osób niedotkniętych wrodzoną albo nabytą
bezpłodnością traci wartość zjednoczenia w miłości, a staje się tylko
obustronnym używaniem seksualnym. Współżycie płciowe mężczyzny i kobiety pociąga
za sobą możliwość poczęcia biologicznego i prokreacji, jest to naturalny skutek
stosunku małżeńskiego. Skutek ten jednakże nie zawsze musi nastąpić. Zależy on
od całego splotu warunków, które człowiek może rozpoznać i do których może
stosować swe postępowanie. Nie mamy żadnych podstaw ku temu, aby utożsamiać
każdy akt współżycia seksualnego z "koniecznością" poczęcia. Ustalone nawet z
naukową dokładnością prawa biologiczne opierają się zawsze na indukcji
niezupełnej i nie wykluczają pewnej przygodności, gdy chodzi o związki pomiędzy
konkretnym stosunkiem płciowym danej pary osób a poczęciem biologicznym. Nie
można, przeto stawiać małżonkom wymagania, aby w każdym swoim stosunku
pozytywnie chcieli prokreacji. W związku z tym przesadne byłoby takie stanowisko
w etyce: stosunek małżeński jest dopuszczalny i godziwy tylko pod tym warunkiem,
że x i y chcą przezeń potomstwa. Byłoby to stanowisko niezgodne z porządkiem
natury, który właśnie wyraża się w pewnej przygodności, gdy chodzi o związek
współżycia płciowego z rozrodczością u poszczególnych par małżeńskich.
Oczywiście, że słuszne jest dążenie do jakiegoś opanowania tej przygodności i
uchwycenia z możliwie największą pewnością związku pomiędzy określonym
stosunkiem małżeńskim a możliwością poczęcia - dążenie to stanowi sam rdzeń
właściwie pojętego "świadomego macierzyństwa".
Wracając jeszcze do wspomnianego stanowiska: stosunek małżeński jest
dopuszczalny i godziwy pod tym tylko warunkiem, że x i y zamierzają przezeń
doprowadzić do prokreacji, trzeba zauważyć, że stanowisko takie może zawierać w
sobie ukryty utylitaryzm (osoba jako środek do celu - o czym już była mowa w
rozdziale I), a wówczas kolidowałoby z normą personalistyczną. Współżycie
małżeńskie wypływa i winno wypływać z wzajemnej miłości oblubieńczej. Jest ono
potrzebne miłości, a nie tylko prokreacji. Małżeństwo jest instytucją miłości, a
nie tylko płodności. Współżycie małżeńskie zaś samo w sobie jest stosunkiem
między-osobowym, jest aktem miłości oblubieńczej, dlatego też intencja i uwaga
winny być skierowane w stronę drugiej osoby, w stronę jej prawdziwego dobra. Nie
wypada skierowywać tej intencji i uwagi w stronę możliwego (in potentia)
następstwa stosunku, zwłaszcza gdyby to łączyło się z odwróceniem uwagi i
intencji od współmałżonka. Dlatego też z pewnością nie chodzi o nastawienie:
"Spełniamy ten akt, wyłącznie, aby być rodzicami". Wystarczy zupełnie
nastawienie: "Spełniając ten akt, wiemy, iż możemy stać się ojcem i matką i
jesteśmy na to gotowi". Jedynie takie nastawienie jest zgodne z miłością i
umożliwia jej wspólne przeżycie. Samo stawanie się matką i ojcem dokonuje się
tylko przy sposobności aktu małżeńskiego; on sam powinien być aktem miłości,
aktem zjednoczenia osób, a nie tylko "narzędziem" czy "środkiem" prokreacji.
Jeśli jednak jakieś przeakcentowanie intencji samej prokreacji zdaje się kłócić
z właściwym charakterem, współżycia małżeńskiego, to tym bardziej kłóci się z
nim pozytywne wykluczenie prokreacji (raczej możliwości prokreacji). Pewne
przeakcentowanie intencji prokreacji tłumaczy się w zupełności w małżeństwie
przez długi czas bezdzietnych; nie stanowi ono wówczas jakiegoś wypaczenia aktu
miłości, raczej uwydatnia tylko naturalny związek miłości z rodzicielstwem.
Natomiast pozytywne wykluczenie możliwości poczęcia odbiera wprost współżyciu
małżeńskiemu ów potencjalny charakter rodzicielski - w pełni usprawiedliwiający
to współżycie przede wszystkim wobec samych osób biorących w nim udział - który
sprawia, że uznają je za wstydliwe i czyste. Kiedy mężczyzna i kobieta,
współżyjąc z sobą po małżeńsku, pozytywnie wykluczają możliwość ojcostwa i
macierzyństwa, wówczas przez to samo intencja każdego z nich odwraca się również
od osoby, a skierowuje się na samo używanie: znika "osoba współtworząca miłość",
a pozostaje tylko "partner przeżycia erotycznego". I to jest najgruntowniej
sprzeczne z właściwą orientacją aktu miłości. Uwaga i intencja w związku z tym
aktem winny być skierowane ku samej osobie, wola przejęta jej dobrem, uczucie
pełne afirmacji jej właściwej wartości. Wykluczając pozytywnie możliwość
prokreacji we współżyciu małżeńskim, mężczyzna i kobieta nieuchronnie przesuwają
całe przeżycie w stronę samej przyjemności seksualnej. Treścią przeżycia staje
się wówczas "używanie", podczas gdy winno nim być właśnie "miłowanie", a
używanie (w drugim znaczeniu słowa "używać") winno tylko towarzyszyć aktowi
małżeńskiemu.
Przez sam fakt pozytywnego wykluczania możliwości rodzicielskich ze współżycia
małżeńskiego skierowuje się intencję w stronę samego "używać". Wystarczy zdać
sobie sprawę z tego, na czym polega to, co tutaj nazywamy "pozytywnym
wykluczaniem" możliwości prokreacji jest to po prostu wykluczanie jej w sposób
sztuczny. Człowiek jako istota rozumna może tak pokierować współżyciem
małżeńskim, aby ono nie spowodowało prokreacji. Może to uczynić dostosowując się
do okresów płodności i bezpłodności u kobiety, tzn. współżyjąc w okresach
bezpłodności, a zaprzestając współżycia w okresach płodności. Prokreacja jest
wówczas wykluczona w drodze naturalnej. Mężczyzna i kobieta nie stosują żadnego
zabiegu ani żadnego środka "sztucznego" w tym celu, aby uniknąć poczęcia.
Dostosowują się tylko do samej prawidłowości natury, do panującego w niej
porządku - okresowość płodności u kobiety jest elementem tego porządku.
Prokreacja w okresie płodności jest z natury umożliwiona, w okresie bezpłodności
jest z natury wykluczona. Czymś innym jednakże będzie pozytywne wykluczenie
prokreacji przez człowieka działającego wbrew porządkowi i prawidłowości natury.
O pozytywnym wykluczeniu prokreacji trzeba mówić wtedy, gdy mężczyzna i kobieta
(sam mężczyzna przy aprobacie kobiety lub też sama kobieta przy aprobacie
mężczyzny) stosują owe "sztuczne" zabiegi czy środki zmierzające do
uniemożliwienia prokreacji. Ponieważ owe środki są sztuczne, przez to droga do
wykluczenia prokreacji sprzeciwia się "naturalności" współżycia małżeńskiego,
czego nie można twierdzić o wykluczaniu prokreacji wówczas, gdy stanowi ono
konsekwencję dostosowania się do okresów płodności i bezpłodności. Jest to
zasadniczo "zgodne z naturą". Czy przez to samo już nie stanowi "pozytywnego"
wykluczenia prokreacji, które właśnie posiada negatywną kwalifikację moralną?
Aby na to odpowiedzieć, trzeba jeszcze dość gruntownie rozważyć od strony
etycznej problem tzw. wstrzemięźliwości okresowej - czynimy to w punkcie
następnym.
Zbierając to wszystko, do czego doprowadziła nas ostatnia analiza, trzeba
stwierdzić, że zachodzi ścisły związek pomiędzy naturalną rozrodczością a
kulturą rodzicielstwa w życiu małżeńskim. Współżycie płciowe małżonków niesie z
sobą możliwość prokreacji i dlatego ich miłość w akcie takiego współżycia domaga
się włączenia możliwości rodzicielstwa, macierzyństwa i ojcostwa. Pozytywne
wykluczenie owej możliwości jest przeciwne nie tylko porządkowi natury, ale
równocześnie także samej miłości - zjednoczeniu kobiety i mężczyzny na poziomie
prawdziwie osobowym. Sprawia ono, bowiem, że samo "używanie" seksualne pozostaje
wówczas treścią aktu małżeńskiego. Trzeba podkreślić, że tylko i wyłącznie
pozytywne wykluczenie możliwości prokreacji wywołuje takie następstwo. Jak długo
bowiem mężczyzna i kobieta w małżeństwie, współżyjąc z sobą płciowo, nie stosują
żadnych zabiegów i sztucznych środków zmierzających do wykluczenia prokreacji in
lootentia, tak długo zachowują w swej świadomości i woli owo "mogę być ojcem",
"mogę być matką". Wystarczy, że gotowi są przyjąć fakt poczęcia, nawet jeśli go
sobie w danym wypadku "nie życzą". Nie jest konieczne, aby wyraźnie chcieli
prokreacji. Mogą też współżyć po małżeńsku nawet pomimo stałej czy okresowej
niepłodności. Sama, bowiem niepłodność nie wyklucza tej postawy wewnętrznej
"mogę", tj. "jestem gotów - jestem gotowa" przyjąć fakt poczęcia, jeśli ono
nastąpi. Inna rzecz, jeśli cno nie następuje, gdyż przez naturę jest wykluczone.
Współżyją przecież i starzy małżonkowie, którzy już nie mogą fizycznie biorąc
stać się rodzicami - prokreacja z natury jest wykluczana. Pomijając jednak takie
okoliczności, na które człowiek nie ma wpływu swą wolą, należy przyjąć, że
wskazana wyżej postawa wewnętrzna usprawiedliwia współżycie płciowe mężczyzny i
kobiety w małżeństwie (usprawiedliwia, czyli "czyni sprawiedliwym");
usprawiedliwia je wobec nich samych wzajemnie i wobec Boga-Stwórcy. W tym wyraża
się właściwa wielkość osoby ludzkiej, że życie seksualne potrzebuje tak
gruntownego usprawiedliwienia. Nie może być inaczej. Człowiek musi pogodzić się
ze swą naturalną wielkością. Właśnie wówczas, gdy tak głęboko wchodzi w porządek
natury, gdy zanurza się niejako w jej żywiołowych procesach, nie może zapominać
o tym, że jest osobą. Niczego w nim nie rozwiąże sam instynkt, wszystko apeluje
do jego "wnętrza", do rozumu i odpowiedzialności. W szczególny zaś sposób
apeluje do niej ta miłość, która stoi u kolebki stawania się rodzaju ludzkiego.
Odpowiedzialność za miłość - na co szczególną uwagę zwracamy w tych rozważaniach
- wiąże się jak najściślej z odpowiedzialnością za prokreację. Dlatego nie
sposób oderwać tutaj miłości od rodzicielstwa. Gotowość na nie stanowi konieczny
warunek miłości.
Wstrzemięźliwość okresowa
Metoda i interpretacje
Z dotychczasowych rozważań wynika, że współżycie płciowe mężczyzny i kobiety w
małżeństwie ma wartość miłości, czyli prawdziwie osobowego zjednoczenia tylko
wówczas, kiedy oboje nie wykluczają pozytywnie możliwości prokreacji, kiedy w
ich świadomości i woli towarzyszy temu współżyciu owo "mogę być ojcem", "mogę
być matką". Jeśli tego brak, to mężczyzna i kobieta powinni zrezygnować ze
współżycia. Tak, więc należy zrezygnować z niego, gdy "nie mogą" czy też "nie
chcą", gdy "nie powinni" być ojcem i matką. Są przeróżne sytuacje, które
mieszczą się w cudzysłowach. Ilekroć jednak wypada mężczyźnie i kobiecie
zrezygnować ze współżycia małżeńskiego oraz z tych przeżyć miłosnych o
charakterze zmysłowo-seksualnym, jakie mu towarzyszą, musi dojść do głosu
wstrzemięźliwość, ona, bowiem warunkuje miłość, czyli takie odniesienie wzajemne
mężczyzny i kobiety (zwłaszcza mężczyzny do kobiety), jakiego domaga się
rzetelna afirmacja wartości osoby. Przypomnijmy, że problematyka
wstrzemięźliwości była rozważana w rozdziale poprzednim w związku z cnotą
umiarkowania - temperantia. Cnota ta jest na swój sposób trudna, wypada, bowiem
opanować poruszenia zmysłowości, w których dochodzi do głosu potężny popęd, a
także nieraz wrażliwość uczuciową, która pozostaje w bliskim związku z samą
miłością mężczyzny i kobiety, jak to widzieliśmy w analizie tej miłości.
Wstrzemięźliwość małżeńska jest o tyle trudniejsza od wstrzemięźliwości poza
małżeństwem, że małżonkowie przyzwyczajają się do współżycia płciowego zgodnie z
naturą stanu, który świadomie wybrali. Z chwilą, gdy rozpoczęli współżycie
małżeńskie, tworzy się nawyk i stała skłonność, powstaje wzajemne
zapotrzebowanie na to, aby współżyć. Zapotrzebowanie to jest normalnym przejawem
miłości, i to bynajmniej nie tylko w znaczeniu zmysłowo-seksualnym, ale również
w znaczeniu osobowym. Mężczyzna i kobieta w małżeństwie w szczególny sposób
przynależą do siebie, są "jednym ciałem" (Rdz 2,24), a wzajemne zapotrzebowanie
osoby na osobę wyraża się również w potrzebie współżycia płciowego. Wobec tego
rezygnacja ze współżycia musi napotykać pewne opory i trudności. Z drugiej
strony zaś, nie rezygnując ze współżycia małżeńskiego, mogą doprowadzić do
nadmiernego rozrostu ilościowego swej rodziny. Problem jest nad wyraz aktualny.
Na tle panujących dzisiaj stosunków obserwujemy, bowiem jakiś kryzys rodziny w
znaczeniu dotychczasowym, tradycyjnym - rodziny licznej, opartej przede
wszystkim na pracy zarobkowej ojca, od wewnątrz zaś podtrzymywanej przez matkę -
serce rodziny. Konieczność czy choćby sama możliwość pracy zawodowej kobiet
zamężnych zdaje się być głównym symptomem tego kryzysu, nie jest to oczywiście
symptom wyizolowany od innych: na sytuację tę składa się wiele czynników różnej
natury.
Pomijając szersze omówienie tego problemu, który leży nieco opodal głównego
tematu naszej książki, choć niewątpliwie bardzo z nim się łączy, trzeba tylko
zaznaczyć, iż właśnie wobec wyżej wymienionych okoliczności postulat
ograniczania potomstwa bywa stawiany z wielką natarczywością. Jak już
wspomnieliśmy w rozdziale I, jest on związany z nazwiskiem T. Malthusa, autora
książki pt. Prawo ludności, stąd mowa o maltuzjanizmie: względy ekonomiczne
przemawiają za koniecznością ograniczania urodzin, środki utrzymania rosną
bowiem w postępie arytmetycznym i dlatego nie nadążają za przyrostem naturalnym,
który idzie w postępie geometrycznym74 . Sformułowany w ten sposób pogląd trafił
na grunt umysłowości urabianej przez sensualistyczny empiryzm oraz związany z
nim utylitaryzm i na tym gruncie wydał nowy owoc w postaci tzw.
neo-maltuzjanizmu. Znamy z rozdziału I (punkt: Krytyka utylitaryzmu) ten pogląd,
wedle, którego rozum ma człowiekowi służyć do wyliczenia możliwego w całym życiu
maksimum przyjemności przy możliwym minimum przykrości, w tym, bowiem zawiera
się synonim powierzchownie rozumianego "szczęścia". Skoro współżycie seksualne
przynosi mężczyźnie i kobiecie tak wielką sumę przyjemności, wręcz rozkoszy,
przeto należy znaleźć środki do tego, aby mogli z niego nie rezygnować także
wówczas, gdy nie chcą potomstwa, gdy "nie mogą" być ojcem i matką (w znaczeniu
określonym powyżej). Jesteśmy u początku wielu metod" neomaltuzjańskich. Rozum
ludzki, bowiem orientując się w przebiegu całego procesu współżycia płciowego
oraz związanej z nim rozrodczości, może istotnie znaleźć różne środki prowadzące
pozytywnie do wykluczenia prokreacji. Neomaltuzjanizm wskazuje przede Wszystkim
na środki takie, które w jakiś sposób naruszają normalny, "naturalny" przebieg
całego procesu współżycia płciowego mężczyzny i kobiety.
Rzecz jasna, iż znajdujemy się wtedy w konflikcie z zasadą wyprowadzoną w
poprzednim punkcie tego rozdziału (Rozrodczość a rodzicielstwo). Współżycie
płciowe mężczyzny i kobiety w małżeństwie znajduje się na poziomie osobowego
zjednoczenia w miłości tylko pod tym warunkiem, że nie wykluczają oni pozytywnie
możliwości prokreacji i rodzicielstwa. Kiedy pozytywnie wykluczyć owo "mogę być
ojcem", "mogę być matką" w świadomości i woli mężczyzny i kobiety, wówczas w
stosunku małżeńskim pozostaje (obiektywnie biorąc) samo używanie seksualne.
W takim razie osoba (np. x) staje się dla drugiej osoby (y) przedmiotem użycia,
co sprzeciwia się normie personalistycznej. Człowiek posiada rozum nie po to
przede wszystkim, aby mógł wyliczyć maksimum przyjemności w swym życiu, ale
przede wszystkim po to, aby mógł poznać prawdę obiektywną, aby na tej prawdzie
opierał zasady posiadające znaczenie bezwzględne (normy) i nimi się z kolei w
życiu kierował. Wtedy żyje w sposób godny tego, kim jest - żyje w sposób
"godziwy"75 . Moralność ludzka nie może opierać się na samej użyteczności, ale
musi sięgać do godziwości. Godziwość zaś domaga się uznania ponad-użytkowej
wartości osoby: w tym miejscu najwyraźniej "godziwość" jest przeciw samej
"użyteczności". Zwłaszcza w dziedzinie seksualnej nie wystarczy stwierdzić, że
dany sposób postępowania jest "użyteczny", trzeba stwierdzić, czy jest on
"godziwy". Jeśli zaś mamy stać konsekwentnie na gruncie godziwości oraz
związanej z nią normy personalistycznej, to jedyną "metodą" regulacji poczęć we
współżyciu małżeńskim może być tylko wstrzemięźliwość. Kto nie chce skutku,
unika przyczyny. Skoro przyczyną poczęcia w znaczeniu biologicznym jest stosunek
płciowy małżonków, zatem jeśli wykluczają poczęcie, winni wykluczyć też sam
stosunek, winni zeń zrezygnować. Zasada wstrzemięźliwości małżeńskiej jest pod
względem etycznym przejrzysta, chodzi jeszcze o problem tzw. wstrzemięźliwości
okresowej.
Powszechnie wiadomo, że płodność biologiczna kobiety jest okresowa. Zachodzą u
niej z natury okresy bezpłodności, które pozwalają się w sposób stosunkowo
prosty oznaczyć. Trudności powstają, gdy chodzi o stosowanie ogólnych reguł dla
poszczególnych kobiet. To sprawa osobna, w tej chwili jednak interesuje nas
zagadnienie czysto etyczne: skoro kobieta i mężczyzna dostosowują swą
wstrzemięźliwość małżeńską do wymienionych okresów bezpłodności w taki sposób,
że współżyją po małżeńsku właśnie wówczas, gdy przewidują, iż na podstawie praw
biologicznych nie będą rodzicami, czy można wówczas twierdzić, że we współżycie
małżeńskie wnoszą gotowość rodzicielską, właśnie owo "mogę być ojcem", "mogę być
matką"? Przecież współżyją po małżeńsku właśnie z tą myślą, aby nie być ojcem i
matką, dlatego właśnie wybierają okres domniemanej bezpłodności kobiety. Czyż
wówczas nie wykluczają "pozytywnie" możliwości prokreacji? Dlaczego metoda
naturalna ma się pod względem moralnym różnić od metod sztucznych, skoro
wszystkie prowadzą do tego samego celu: do wykluczenia prokreacji w życiu
małżeńskim?
Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba przede wszystkim uwolnić się od wielu
skojarzeń, które niesie z sobą wyrażenie "metoda"; mówiąc o metodzie naturalnej,
stosuje się często ten sam punkt widzenia, co przy "metodach sztucznych", tzn.
wyprowadza się ją z założeń utylitaryzmu.
W tym ujęciu metoda naturalna byłaby również tylko jednym ze środków
zmierzających do zapewnienia maksimum przyjemności, jedynie na innej drodze niż
metody sztuczne. Tutaj właśnie leży zasadniczy błąd. Okazuje się, że nie
wystarczy w tym wypadku mówić o metodzie, ale trzeba koniecznie dołączyć
odpowiednią jej interpretację. Wówczas dopiero można odpowiedzieć na pytania
postawione powyżej. Otóż wstrzemięźliwość okresowa jako sposób regulacji poczęć
jest dopuszczalna z tej racji, że w niej zostają ocalone wymagania normy
personalistycznej, a
dopuszczalność jej obwarowana jest pewnymi zastrzeżeniami.
Gdy chodzi o 1, wymagania normy personalistycznej, jak to już stwierdzono
poprzednio, idą w parze z zachowaniem porządku natury we współżyciu małżeńskim.
Metoda naturalna w odróżnieniu od metod sztucznych w dążeniu do regulacji poczęć
wykorzystuje te okoliczności, w których poczęcie biologiczne z natury rzeczy nie
może nastąpić. Wobec tego sama "naturalność" współżycia małżeńskiego nie zostają
naruszona, metody sztuczne natomiast naruszają samą "naturalność" współżycia.
Tutaj bezpłodność jest wyprowadzona z samych zasad płodności, tam zostaje
narzucona wbrew naturze76 . Dodajmy, że zagadnienie to ściśle łączy się z
problemem sprawiedliwości względem Stwórcy (problem ten zostanie jeszcze
przeanalizowany, aby wydobyć jego sens personalistyczny). Ów personalistyczny
walor wstrzemięźliwości okresowej jako metody regulacji poczęć uwydatnia się nie
tyle jeszcze w, zachowaniu "naturalności" współżycia, ile w tym, że podstawą jej
w woli zainteresowanych osób musi być odpowiednio dojrzała cnota. I tu właśnie
ujawnia się znaczenie interpretacji: interpretacja utylitarystyczna wypacza
istotę tego, co nazywamy "metodą naturalną". Istotą, bowiem tej metody jest, że
opiera się ona na wstrzemięźliwości jako na cnocie, która - jak wykazano w
rozdziale poprzednim - bardzo ściśle związana jest z miłością osoby.
Z istotą wstrzemięźliwości jako cnoty łączy się to przeświadczenie, że miłość
mężczyzny i kobiety niczego nie traci na doraźnej rezygnacji z przeżyć
miłosnych, wręcz przeciwnie - zyskuje: zjednoczenie osób staje się głębsze,
ugruntowane w zasadniczej mierze na afirmacji wartości osoby, a nie tylko na
samym przywiązaniu seksualnym. Wstrzemięźliwość jako cnota nie może być
pojmowana jako "środek antykoncepcyjny".
Praktykujący ją małżonkowie gotowi są rezygnować ze współżycia seksualnego
również z innych motywów (np. religijnych), nie tylko w tym celu, aby uniknąć
potomstwa. Wstrzemięźliwość interesowna, wstrzemięźliwość "z wyliczenia", budzi
wątpliwości. Winna ona tak jak każda inna cnota być bezinteresowna,
skoncentrowana na samej "godziwości", nie tylko "użyteczności". Bez tego nie
znajdzie miejsca w prawdziwej miłości osób. Jak długo wstrzemięźliwość nie jest
cnotą, tak długo wobec miłości występuje jako "byt obcy". Miłość mężczyzny i
kobiety musi dojrzeć do wstrzemięźliwości, a wstrzemięźliwość - nabrać dla nich
znaczenia konstruktywnego jako czynnik kształtujący miłość. Dopiero wówczas
"metoda naturalna" znajduje pokrycie w osobach, tajemnica jej, bowiem, leży w
praktykowaniu cnoty, sama "technika" niczego, tutaj nie rozwiązuje.
Zaznaczono powyżej, (2), iż metoda naturalna może być dopuszczona tylko z
pewnymi zastrzeżeniami. Chodzi mianowicie, o stosunek do rodzicielstwa. Jeśli
wstrzemięźliwość ma być cnotą, a nie tylko "metodą" w znaczeniu
utylitarystycznym, to nie może przyczyniać się do zniszczenia samej gotowości
rodzicielskiej u mężczyzny i kobiety, którzy jako małżonkowie współżyją ze sobą
"po małżeńsku". Owo bowiem "mogę być ojcem", "mogę być matką" usprawiedliwia
fakt współżycia małżeńskiego, stawia go na wysokości prawdziwego zjednoczenia
osób. I dlatego nie można mówić o wstrzemięźliwości jako cnocie wówczas, gdy
małżonkowie wykorzystują okresy biologicznej bezpłodności jedynie w tym celu,
aby w ogóle nie mieć dzieci, gdy dla swej wygody współżyją tylko i wyłącznie w
tych okresach. Byłoby to stosowanie "metody naturalnej" wbrew naturze - zarówno
obiektywny porządek natury, jak i sama istota miłości sprzeciwiają się takiemu
postawieniu sprawy77 .
Dlatego też o ile można wstrzemięźliwość okresową traktować, jaka "metodę" w tej
dziedzinie, to tylko i wyłącznie jako metodę regulacji poczęć, a nie jako metodę
unikania rodziny. Bez zrozumienia istoty rodziny nie sposób pojąć etycznej
prawidłowości tego zagadnienia. Instytucja rodziny jest ściśle związana z
rodzicielstwem mężczyzny i kobiety, współ-żyjących z sobą po małżeńsku. Rodzina
jest społecznością naturalną, która w swym istnieniu i działaniu pozostaje
bezpośrednio w zależności od rodziców. Rodzice tworzą rodzinę jako dopełnienie i
rozszerzenie swej miłości. Stworzyć rodzinę to znaczy stworzyć społeczność,
rodzina bowiem: z natury jest społecznością, owszem - społeczeństwem, a jeśli
nie jest społeczeństwem, nie jest sobą.
Do tego zaś, aby być społeczeństwem, potrzebuje rodzina pewnej liczebności.
Okazuje się to najbardziej, gdy chodzi o wychowanie dzieci. Rodzina jest, bowiem
instytucją wychowawczą, w ramach, której nowy człowiek kształtuje swą osobowość.
Dla prawidłowego ukształtowania tej osobowości jest rzeczą bardzo ważną, aby nie
był sam, ale by tkwił w naturalnej społeczności. Mówi się czasem, że "łatwiej
wychować kilkoro niż jedynaka", i mówi się też, że "dwoje to jeszcze nie
społeczność, to dwójka jedynaków". Rodzice obejmują w wychowaniu rolę
kierowniczą, pod tym kierownictwem jednak dzieci wychowują się same, przez to
zwłaszcza, że tkwią i rozwijają się w ramach społeczności dziecięcej - w
gromadce rodzeństwa.
Ten moment musi być brany przede wszystkim pod uwagę przy regulacji poczęć.
Wszelkie społeczeństwo - państwo, naród, w którym rodzinie wypada bytować -
winno zabiegać o to, aby rodzina naprawdę mogła być społecznością. Równocześnie
zaś sami rodzice winni dbać o to, aby przez ograniczanie poczęć nie wyrządzić
krzywdy własnej rodzinie i społeczeństwu. Przecież ono również zainteresowane
jest w odpowiedniej liczebności rodziny. Minimalistyczna postawa małżonków,
zasada życia ułatwionego, musi przynosić szkody moralne zarówno ich rodzinie,
jak i całemu społeczeństwu. W każdym razie ograniczanie poczęć w życiu
małżeńskim nie może być równoznaczne z przekreślaniem postawy rodzicielskiej. Z
punktu widzenia rodziny wstrzemięźliwość okresowa jako metoda regulacji poczęć
jest dopuszczalna o tyle, o ile nie kłóci się z rzetelną postawą rodzicielską.
Zachodzą wszakże takie okoliczności, w których właśnie postawa ta domaga się
rezygnacji z rodzicielstwa, a dalsze powiększanie rodziny byłoby niezgodne z tą
postawą. Mężczyzna i kobieta, kierując się prawdziwą troską o dobro swej rodziny
i pełnym poczuciem odpowiedzialności za rodzenie, utrzymywanie i wychowywanie
swych dzieci, ograniczają wówczas swe współżycie małżeńskie, rezygnują z niego w
tych okresach, w których mogłoby ono przynieść nowe poczęcie, w konkretnych
warunkach bytowania małżeństwa i rodziny niewskazane78 .
Gotowość rodzicielska wyraża się również w tym, że małżonkowie nie usiłują
uniknąć poczęcia za wszelką cenę - gotowi są je przyjąć, jeśli wbrew
przewidywaniom nastąpi. Owa gotowość, "mogę być ojcem", "mogę być matką"
przenika ich świadomość i wolę nawet wówczas, gdy nie życzą sobie poczęcia, gdy
decydują się na współżycie właśnie w okresie, w którym można przewidywać, że ono
nie nastąpi.
Ta gotowość w skali konkretnego aktu małżeńskiego w połączeniu z ogólnym (tj. w
skali całego małżeństwa) nastawieniem rodzicielskim przesądza o wartości
moralnej "metody" okresowej wstrzemięźliwości. Nie można wówczas mówić o jakimś
zakłamaniu, zafałszowaniu prawdziwej intencji, nie można twierdzić, iż mężczyzna
i kobieta wbrew Stwórcy nie chcą być ojcem i matką, skoro niczego takiego sami
nie czynią, co by tę możliwość z ich strony pozytywnie wykluczało (wiadomo zaś,
że mogliby to uczynić). W tym wypadku nie stosują wszelkich środków prowadzących
do danego celu, tych mianowicie, które wyraźnie kłócą się z postawą
rodzicielską, a przeto odbierają współżyciu małżeńskiemu wartość miłości,
pozostawiając tylko wartość "używania".
PRZYPISY:
[«] Por. Myśli o małżeństwie. "Znak" 7: 1957 s. 595-604.
[«] "Rodzina jest tym miejscem, w którym każdy człowiek pojawia się w swej
jedyności i niepowtarzalności [podkr. Autora]. Jest ona - i powinna być - takim
szczególnym układem sił, w którym każdy człowiek jest ważny i potrzebny ze
względu na to, że jest, i ze względu na to, kim jest - układem najgłębiej
"człowieczym", zbudowanym na wartości osoby i na tę wartość wszechstronnie
nastawionym" (Rodzina jako "communio personarum".
"Ateneum Kapłańskie" 66: 1974 t. 83 s. 348).
[«] U podstaw międzyosobowej communio leży właściwa człowiekowi jako osobie
(zakładająca strukturę samo-posiadani i samo-panowania) "zdolność do dawania
siebie, do stawania się darem dla drugich" (O znaczeniu miłości oblubieńczej s.
166). Jednakże, "jeżeli ów bezinteresowny dar siebie ma pozostać darem i
realizować się jako dar w relacji międzyosobowej, [...] musi on być nie tylko
"dawany", lecz także i "odbierany" w całej swojej prawdzie i autentyczności
[podkr. Autora]" (Rodzina jako "communio personarum" s. 355). Do prawdy tej
należy to, iż człowiek dając siebie, (co bynajmniej nie znaczy: "pozbawiając
siebie ontycznej niedostępności" - por. O znaczeniu miłości oblubieńczej s.
165-168) traci niejako prawo do siebie na rzecz osoby, której się dał. Stąd
zarówno "sięganie po cudzą własność" (po cudzego męża lub żonę), jak i dawanie
przez małżonka (małżonkę) siebie komuś trzeciemu jest aktem swoistej kradzieży i
tak głęboko uderza w międzyosobową wspólnotę miłości, jak głęboko konstytuuje tę
wspólnotę bezinteresowny dar z siebie. "Nie można osoby pozbawić daru, jaki
przynosi, nie można jej odbierać w tym dawaniu siebie tego, kim naprawdę ona
jest i co naprawdę zamierza wyrazić swym działaniem" (Rodzina jako "communio
personarum" s. 355).
[«] "Ile razy śledzimy z uwagą całą liturgię tego sakramentu [małżeństwa przyp.
Red.], staje przed nami dwoje ludzi, mężczyzna i kobieta, którzy przychodzą, aby
wobec Boga wyrazić właśnie to, że konstytuują obiektywną sytuację, w której
oboje mają stać się wzajemnie dla siebie darem jako małżonkowie. Do istoty tej
sytuacji, która wówczas się wyraża, a przez to ostatecznie dojrzewa i
konstytuuje jako sakrament, należy także współżycie małżeńskie. Jest ono zawarte
w całokształcie tego powołania życiowego, które oboje wyznają wobec Boga jako
swoją cząstkę z Jezusem Chrystusem we wspólnocie Kościoła. I przez to wyznanie
niejako odbierają siebie wzajemnie z rąk Boga-Stwórcy i Odkupiciela. Odbierają
siebie wzajemnie, aby byli dla siebie darem jako mąż i żona, a w tym zawiera się
sakramentalne potwierdzenie prawa do współżycia seksualnego, które tylko w
przymierzu małżeńskim może być prawidłową formą realizacji ogólnego "prawa daru"
wpisanego w sam byt osoby przez Boga" (O znaczeniu miłości oblubieńczej s. 174).
[«] "Usprawiedliwienie przez łaskę", tj. zwolnienie człowieka z "pierworodnego"
długu, dokonuje się podstawowo i zasadniczo poprzez chrzest. Bunt pierwszych
rodziców uszkodził jednak samą naturę człowieka fizyczną i moralną, co też z
reguły jednostki ludzkie popycha do zaciągania rozlicznych win i osobistych
długów wobec siebie nawzajem, a przede wszystkim wobec Boga, właściciela
wszelkiego bytu. Ludzie z tego tytułu potrzebujący i pragnący usprawiedliwienia
znajdują je w Chrystusie, bo tylko przez Niego i w Nim człowiek może być
"całkiem w porządku" ze swym Stwórcą. Dokonuje się to zasadniczo poprzez
sakrament pokuty, ale także poprzez pozostałe sakramenty, więc i przez
małżeństwo chrześcijańskie.
Obu tych rodzajów "usprawiedliwienia" mieszać nie należy z "usprawiedliwieniem"
samego faktu seksualnego współżycia dokonującym się w obiektywnych i trwałych
ramach zakreślonych przez instytucję małżeństwa jako sacramentum naturae, a więc
na gruncie godziwości wyznaczonej przez prawo naturalne.
[«] Norma personalistyczna odnosi się przede wszystkim do postawy podmiotu
(benevolentia): należy zabiegać o dobro osoby-przedmiotu, a przynajmniej nie
wolno podporządkowywać jej całkowicie własnym celom podmiotu. Wprowadzając
jednak ten postulat w czyn (beneficentia), nie można afirmować osoby-przedmiotu
inaczej, jak tylko realizując poszczególne dobra przedmoralne (życie, zdrowie
itp.), które mają wartość o tyle, o ile służą osobie. Stąd można powiedzieć, iż
wszelkie normy dotyczące realizacji tych dóbr (kategoria słuszności - por.,
przyp. 48) mają charakter teleologiczny: obowiązują, dlatego (i o tyle), że (i o
ile) przestrzeganie ich przynosi osobie-przedmiotowi więcej dobra niż
nieprzestrzeganie. Z tego jednak, że wartość osoby przewyższa wartość wszelkich
dóbr przedmoralnych, nie wynika, że wszelkie normy nakazujące ich realizację
dopuszczają wyjątki. Tym bardziej nie jest tak, aby podmiot mocą swej decyzji
mógł ustanawiać, która norma danej sytuacji go obowiązuje. Właśnie ze sposobu
powiązania dóbr przedmoralnych z dobrem osoby można odkryć określoną tych dóbr
hierarchię, która jest stała w tej mierze, w jakiej stała jest natura ludzka.
Efektywna afirmacja osoby-przedmiotu wymaga, więc ze strony podmiotu starannego
rozpoznania rangi wchodzących w grę dóbr, przedmoralnych. Respekt wobec dóbr
istotnie wiążących się z dobrem i rozwojem osoby ludzkiej wskazuje, w jakim
stopniu postawa podmiotu jest rzeczywiście postawa miłości.
[«] Por. przyp. 26.
[«] Istotne dla sensu współżycia małżeńskiego powiązanie obu tych porządków
podkreśla też encyklika Humanae vitae (por. zwł. nr 12). Dyskusja, jaką ta
encyklika wywołała, dowodzi, jak trudno uchwycić tę szczególną dwu-znaczność
aktu małżeńskiego, za którą stoi określona - w zasadniczych rysach identyczna w
encyklice i w Miłości i odpowiedzialności - wizja osoby ludzkiej i miłości
małżeńskiej. Nie wchodząc w szczegóły tej dyskusji, warto podkreślić
sygnalizowaną przez K. Wojtyłę strukturalną różnicę obu tych porządków: porządek
natury (rozumiany tu jako zespół względnie autonomicznych dynamizmów tkwiących w
człowieku i służących przekazywaniu życia - por. s. 204-205) zmierza ku
rozrodczości, zaś porządek osobowy wyraża się w miłości osób. W porządku natury
zawarte jest odniesienie do określonego skutku aktu małżeńskiego (narodzenie
człowieka), w porządku osobowym chodzi wprost i przede wszystkim o wyrażenie
miłości osobie przez osobę. Ponieważ jednak ciało należy integralnie do ludzkiej
osoby ("dotykając twojej ręki., dotykam ciebie") i przez nie wyraża ona postawę
względem innych osób, stąd i sposób okazywania miłości musi respektować tę
"wewnętrzną logikę", jaką się natura w człowieku rządzi. Właściwością, bowiem
osoby ludzkiej - jak to pokazuje K. Wojtyła w Miłości i odpowiedzialności, a
jeszcze wyraźniej w studium Osoba i czyn (por. zwłaszcza rozdział "Integracja
osoby w czynie") - jest właśnie zdolność wprowadzania porządku natury w ramy
porządku osobowego. Z nadrzędności tego ostatniego nie wynika bynajmniej moralne
prawo do dowolnego manipulowania naturą przeciwnie, przestrzeganie jej
podstawowych praw stanowi nieodzowny warunek możliwości prawdziwej i pełnej
realizacji porządku osobowego. (Por. wcześniej s. 206-207, a także osobne
artykuły Autora: Zagadnienie katolickiej etyki seksualnej oraz Osoba ludzka a
prawo naturalne. "Roczniki Filozoficzne 18: 1970 z. 2 s. 53-59.
Konsekwencją takich założeń antropologicznych w odniesieniu do etyki małżeńskiej
jest między innymi - zawarta zarówno w Miłości i odpowiedzialności, jak i w
Humanae vitae i wywołująca szczególnie ostre kontrowersje - negatywna ocena
wszelkich takich metod regulacji poczęć, które próbują oderwać od siebie oba
porządki i realizować miłość międzyosobową poprzez zniekształcenia owej logiki
natury.
Zaznaczona przez Autora różnica między porządkiem natury a porządkiem osoby
przypomina znane w nowszej literaturze teologicznomoralnej rozróżnienie czynów
na "akty spełniania" (Erfüllungshandlungen) i "akty wyrażania"
(Ausdruckshandlungen). Współcześni autorzy skłonni są jednak traktować obie te
kategorie rozłącznie, natomiast w koncepcji K. Wojtyły - zwłaszcza w odniesieniu
do miłości małżeńskiej - mówić należy raczej o dwu "wymiarach" czynu:
"skutkowym" (właściwym porządkowi natury) oraz "wyrażania" (specyficznie
osobowym), przy czym oba te wymiary winny być - jak wspomniano - w odpowiedni
sposób z sobą harmonizowane.
[«] "Oczywiście, że nie można przyjąć, by mężczyzna i kobieta (wyjąwszy wypadki
nabytej lub wrodzonej bezpłodności) łączyli się w małżeństwo przede wszystkim w
celu wzajemnego dopełnienia czy też obustronnego uzupełnienia się (mutuums
adiutorium), to, bowiem nie jest zgodne z planem Stwórcy zarówno w porządku
natury, czyli w świetle rozumu, jak i w świetle Objawienia oraz w porządku
łaski" (Zagadnienie katolickiej etyki seksualnej s. 16).
[«] "Rodzicielstwo jest faktem wewnętrznym [podkr. Autora] w mężu i żonie jako
ojcu i matce, których udziałem wraz z poczęciem i urodzeniem dziecka staje się
nowa właściwość i nowy stan" (Rodzicielstwo jako "communio personarum". "Ateneum
Kapłańskie" 67: 1975 t. 84 s. 17). "Dzieci wchodzą w małżeńską wspólnotę męża i
żony także i po to, ażeby tę wspólnotę potwierdzić, umocnić i pogłębić. Tak,
więc ich własny udział między-osobowy, communio personarum, doznaje tutaj
wzbogacenia" (tamże s. 21).
[«] Stosunek Stwórcy do tego rodzaju zachowania narzuca się rozumowi w sposób,
jednoznaczny, podobnie jak bez trudności przewidzieć możemy reakcję jakiegoś
ojca widzącego, że dziecko, któremu wręczył, np. kromkę chleba z powidłami,
zjada tylko powidła, a chleb wyrzuca. Jeśli dziecku nie wolno sięgać tylko po
to, co daje przyjemne przeżycie, gdy jest to połączone z tym, co służy życiu, o
ileż bardziej nie godzi się tak czynić dorosłym!
[«] Por. przyp. 26.
[«] Nie jest to oczywiście całkiem ścisłe: gdy rodzi się nowy człowiek, rodzi
się nie tylko nowy "żołądek do napełnienia", ale także nowy pracownik, niekiedy
wynalazca i twórca urządzeń zwielokrotniających efektywność pracy.
[«] Por. przyp. 60.
[«] Natura - przypomnieć warto - nie jest tu rozumiana biologistycznie; chodzi
tu, więc przede wszystkim o to, by inicjatywa osób ludzkich mieściła się w
ramach tej "inicjatywy", jakiej wyrazem jest stwórczy porządek ukonstytuowany
przez Boga. Inicjatywa ludzi "technicznie ubezskuteczniających" współżycie
małżeńskie w ramach tych nie mieści się, i to dość wyraźnie.
[«] Chodzi o postępowanie pozbawione dostatecznej racji moralnej, a więc bez
obiektywnie ważnych powodów podyktowanych godnością osoby. Warunek ten wart jest
podkreślenia, chroni, bowiem przed pochopnym wnioskiem, że współżycie małżeńskie
osób bezpłodnych nie może być cnotliwe.
[«] Unikanie rodzicielstwa w skali konkretnego faktu współżycia nie może być
równoznaczne z unikaniem czy wręcz przekreślaniem rodzicielstwa w skali całego
małżeństwa. Ten moment należy przede wszystkim wziąć pod uwagę" (Miłość i
odpowiedzialność. Wyd. 1. Lublin 1960 s. 185).
<--- początek
•
dalej ---> •
Karol Wojtyła - Miłość i Odpowiedzialność |